Muzyka średniowiecza, czyli triumfy Agnieszki Budzińskiej-Bennett

Czasem spędza miesiące na przygotowaniach krótkiego utworu. Musi odczytać i zrozumieć tekst, celnie zinterpretować notację muzyczną. A kiedy już wszystko będzie gotowe, sprawdzić, czy to się w ogóle da zagrać albo zaśpiewać.

09.01.2024

Czyta się kilka minut

Agnieszka Budzińska-Bennett, sierpień 2022 r. // fot. Laelia Milleri / materiały prasowe
Agnieszka Budzińska-Bennett, sierpień 2022 r. // Fot. Laelia Milleri / Materiały prasowe

W gronie artystów, których można dziś z czystym sumieniem określić mianem ambasadorów kultury polskiej na świecie, znalazło się kilka osób, których kariery śledziłam od samego początku. Agnieszka Budzińska-Bennett zajmuje wśród nich pozycję wyjątkową. Przede wszystkim dlatego, że poszła triumfalnie tą samą ścieżką, którą zaczęłam nieśmiało wydeptywać na początku lat 90. 

Początki żeńskiego ansamblu muzyki średniowiecznej, który przez blisko dekadę współprowadziłam z Aldoną Czechak, były równie zwariowane, jak cała tamta epoka. Wspominałam kiedyś, że pięknie było, lecz trudno. Doświadczenia zdobywane na kursach mistrzowskich na Zachodzie – za pieniądze uciułane, pożyczone, wyżebrane po instytucjach i fundacjach – częściej bywały przedmiotem drwin niż autentycznego zainteresowania polskich środowisk muzycznych. Sama dziś nie dowierzam, że mimo to udało się osiągnąć kilka istotnych sukcesów: przede wszystkim porzucić rozpowszechniony wówczas w Polsce „naśladowczy” model wykonawstwa historycznego na rzecz modelu zaangażowanego, wymagającego badań źródłowych, pracy na rękopisach, studiów porównawczych nad tradycjami wokalnymi, rozwijania umiejętności świadomej improwizacji. 

Tak się jednak złożyło, że mniej więcej w tym samym czasie zajęłam się krytyką. Konflikt interesów narastał. Stopniowo odchodziłam od działalności artystycznej. A może po prostu zabrakło mi determinacji, pracowitości, charyzmy i talentu – wszystkich tych cech, które Agnieszkę wyniosły na sam szczyt i uczyniły z niej jedną z czołowych specjalistek w tej wąskiej i trudnej dziedzinie. Na miarę europejską, o ile nie światową.

Pątniczka

Pamiętam, kiedy skontaktowała się ze mną po raz pierwszy, jeszcze jako studentka muzykologii na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Sama miała już za sobą kilka prestiżowych kursów, między innymi u brytyjskich sopranistek Evelyn Tubb i Emmy Kirkby, związanych długoletnią współpracą z ansamblem The Consort of Musicke. Uczestniczyłam wówczas w programie badań nad twórczością Hildegardy von Bingen, zainicjowanym przez Barbarę Thornton i wspieranym przez Benjamina Bagby’ego z legendarnego zespołu Sequentia. Blisko dwa lata kursowałam między Polską, Belgią i Niemcami, zbierając wiedzę i doświadczenia, które co kilka miesięcy konfrontowaliśmy podczas intensywnych sesji w domu Barbary i Benjamina w Kolonii.

Agnieszka – od dzieciństwa rozkochana w epoce średniowiecza, od czasów licealnych zasłuchana w nagrania pionierów wykonawstwa historycznego, na studiach konfrontująca swoje życiowe pasje z warsztatem muzykologicznym – wypytywała o wszystko w najdrobniejszych szczegółach. Jej zapał, determinacja i tyleż niezłomne, ile słuszne poczucie własnej wartości zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. Ta bystra, pełna energii dziewczyna o egzotycznej urodzie była jak żywe srebro. Pomyślałam sobie, że jeśli uda jej się wziąć udział w kursach prowadzonych przez współzałożycieli Sequentii, wyniesie z nich po stokroć większe korzyści niż ja. Udało się dwukrotnie. A intuicja mnie nie zawiodła.

Po latach zaczęłyśmy mówić do siebie „siostro”. Początki naszej wędrówki w dziedzinę muzyki dawnej okazały się bowiem zaskakująco zbieżne. Agnieszkę od początku fascynowała współpraca, działania zespołowe. Choć przeszła sumiennie wszystkie szczeble edukacji muzycznej w rodzinnym Szczecinie i na zakończenie nauki w liceum uzyskała dyplom z fortepianu, nie zaprzyjaźniła się z nim nigdy. Przy klawiaturze czuła się samotna: fascynował ją świat średniowiecznych smoków i bohaterów, dwornej miłości, kunsztownej poezji, nad którą od dziecka ślęczała z dykcjonarzami, chłonąc magię obco brzmiących słów i melodii zapomnianej mowy. Czytała skandynawskie sagi i „Pieśń o Nibelungach”, a potem konfrontowała swoje lektury z „Tetralogią" Wagnera. „Beowulfa” pochłonęła jak najlepszy kryminał. Do dziś ma słabość do literatury fantasy i dziwnych seriali, między innymi do „Ragnarok”, norweskiej opowieści z niejednym morałem, której twórcy dokonali brawurowej reinterpretacji nordyckich mitów, by przyciągnąć przed ekrany współczesnych, niepewnych własnej tożsamości nastolatków. Wrażeniami z kolejnych odcinków dzieliłyśmy się niedawno na Messengerze, pokładając się ze śmiechu i pilnując, żeby nikt nie zaglądał nam przez ramię.

Ja latami dłubałam przy swoich krytykach, esejach i felietonach, Agnieszka poświęciła się bez reszty archeologii muzycznej i coraz bardziej udanym próbom ożywienia tego świata w praktyce wykonawczej. Po ostatnim semestrze poznańskiej muzykologii, w 1997 roku, rozpoczęła studia w Szwajcarii, w Schola Cantorum Basiliensis, jednym z najważniejszych ośrodków mediewistyki muzycznej, a zarazem mateczników wykonawstwa historycznego. W SCB kształcili się między innymi Gustav Leonhardt i Jordi Savall; w murach tej uczelni narodziła się także Sequentia, owoc wspólnego koncertu dyplomowego Thornton i Bagby’ego; tam uczył śpiewu charyzmatyczny kontratenor Richard Levitt, członek legendarnego Studio der frühen Musik, ulubiony nauczyciel Agnieszki, Andreasa Scholla i… Stinga, który korzystał z jego wskazówek, przygotowując płytę z pieśniami Dowlanda. Tam właśnie, w klasie Heidrun Rosenzweig, Agnieszka opanowała podstawy gry na harfie średniowiecznej. Tam założyła w 1997 żeński zespół Peregrina – czyli Wędrowniczka – którego nazwa nawiązuje nie tylko do „pielgrzymowania” muzycznych idei po średniowiecznej Europie, ale też do biografii tworzących go śpiewaczek, które w poszukiwaniu muzycznego Świętego Graala przywędrowały do Szwajcarii także ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Finlandii.

Po drodze, niejako mimochodem, Agnieszka nauczyła się sześciu języków, w tym niezbędnej w jej pracy łaciny. Ukończyła skandynawistykę, odbyła też podyplomowe studia muzykologiczne na Uniwersytecie w Bazylei. Pracując jako asystentka w Archiwum Mikrofilmów tamtejszego Instytutu Muzykologii poznała swojego przyszłego męża Lucasa Bennetta, a tym samym pożeniła szczęśliwie światy muzyki średniowiecznej i współczesnej (Lucas, teoretyk i muzykolog, specjalizuje się w twórczości XX i XXI wieku, jego ojciec, kompozytor Gerald Bennett, długoletni współpracownik Pierre’a Bouleza, któremu pomagał zakładać słynny paryski IRCAM, jest jednym z najwybitniejszych na świecie autorytetów w dziedzinie muzyki komputerowej i elektroakustycznej). Swoją imponującą edukację Agnieszka przypieczętowała ukończonymi summa cum laude studiami w dziedzinie prowadzenia zespołów wokalnych w Schola Cantorum Basiliensis oraz obronionym w Poznaniu doktoratem o subtilitas, czyli tym, co słychać, a czego nie słychać w motetach okresu ars antiqua. A było to w roku 2010.

Grabię, stawiam i podlewam

Zespół Peregrina miał już wtedy w dorobku dwie płyty: „Mel et lac” z XII-wiecznymi pieśniami maryjnymi oraz „Filia praeclara” ze śpiewami starosądeckich klarysek, za którą nominowałam Agnieszkę po raz pierwszy do Paszportów „Polityki”. Nominacja przemknęła niezauważona. Rok później pozyskałam już niewielkie lobby, dzięki czemu Agnieszka trafiła do finałowej trójki „za pasję badaczki, która przygotowuje programy koncertów i nagrań w toku żmudnej pracy muzykologicznej, filologicznej i historycznej. Za znakomitą płytę »Crux« z paryską muzyką wielkanocną z przełomu XIII i XIV wieku”. Paszport znów ją ominął.

W roku 2012, z uporem godnym Katona Starszego, nawoływałam jurorów do otwarcia uszu na kolejne dokonania artystki, zgłaszając jej kandydaturę „za kolejną doskonałą płytę »Veiled Desires«, antologię, która opowiada o życiu, duchowości i seksualności średniowiecznych zakonnic muzyką tamtej epoki. Za umiejętność wpisywania działalności artystycznej w szerszy dyskurs społeczny i historyczny. Za rzetelność badań źródłowych, które są niezbywalnym elementem pracy muzyków wykonujących muzykę dawną”. Znów finał, znów odmowa wydania paszportu. Agnieszka wyściskała mnie w kuluarach i poprosiła grzecznie, acz stanowczo, żeby już więcej jej nie nominować.

Prośbę spełniłam. Nie przepuściłam jednak żadnej okazji do kazań o Świętej Agnieszce z Bazylei i jej solidnym rzemiośle, które nie potrzebuje żadnych paszportów. Doceniłam, że w 2016 roku powierzono jej pieczę artystyczną nad olbrzymim projektem nagrania wszystkich „Melodii na Psałterz polski" Mikołaja Gomółki z Chórem Polskiego Radia, ale wciąż brakowało mi w Polsce oddźwięku na to, co sercom nas obu najbliższe: na muzykę średniowiecza. Wolną od przepychu, łatwą tylko z pozoru, w rzeczywistości wymagającą od wykonawców maksymalnej precyzji i skupienia – pod pewnymi względami podobną japońskim ogrodom zen, w których mieści się cały wszechświat, gdzie żwir grabi się godzinami w fale, a na maleńkiej przestrzeni ustawia się kilka kamieni w taki sposób, żeby nie dało się wszystkich objąć wzrokiem.

Nie każdy lubi monochromatyczne pejzaże z piasku, mchu i skalnych odłamków. Nie każdy też czuje się w nich bezpiecznie. Agnieszka postanowiła więc tym spokojniej grabić, ustawiać i podlewać swoją ukochaną muzykę, żeby dać słuchaczowi przestrzeń i pomóc mu wydobyć z niej jak najwięcej znaczeń. Sama kiedyś wspominała hipnotyzujący występ Benjamina Bagby’ego, który improwizował obszerny fragment staroangielskiego poematu epickiego „Beowulf”, akompaniując sobie na sześciostrunnej lirze. Jego monolog ciągnął się przeszło godzinę, z tekstu dało się wyodrębnić tylko pojedyncze zrozumiałe słowa, a i tak, zdaniem Agnieszki, każdy się domyślał, w którym momencie potwór „ruszył trzecim pazurem lewej tylnej łapy”.

I z czasem podobnie zaczęło się dziać na jej koncertach. Jakby każdy rozpoczynał się, niczym w „Beowulfie", słynnym zawołaniem „Hwaet!”, które tłumaczy się zwykle jako „słuchajcie!”. Tymczasem znaczy ono dosłownie „czekajcie” i odbiorcy posłusznie czekają. Aż wyłoni się sens, aż przed oczyma zarysuje się obraz, aż setki dźwięków, niepozornych jak kwiaty perzu, ułożą się w symboliczny wzór. Bardziej dociekliwi zaczną później szukać kontekstów. Mniej dociekliwi – albo po prostu zmęczeni chaosem współczesnego świata – zadowolą się czystym pięknem kompozycji.

Agnieszka w pełni zdaje sobie sprawę, że nie można narzucić odbiorcom jednie słusznego modelu słuchania. Muzyk-mediewista trawi czasem miesiące na przygotowanie krótkiego utworu: musi go rozszyfrować na kilku poziomach: odczytać i zrozumieć tekst, celnie zinterpretować notację, osadzić kompozycję w kontekście społecznym, historycznym bądź liturgicznym, w razie potrzeby skojarzyć ją z odpowiednim instrumentarium. Jeśli pojawią się wątpliwości, rozstrzygnąć je w archiwum albo poprosić o pomoc kolegów po fachu. Kiedy już wszystko będzie gotowe, sprawdzić, czy to się w ogóle da zagrać albo zaśpiewać. Jeśli nie, wrócić do punktu wyjścia i zacząć wszystko od nowa. Człowiek się namęczy, a słuchacz i tak może puścić niepozorny drobiazg mimo uszu. Trzeba więc umiejętnie ułożyć program, w przypadku muzyki średniowiecznej znacznie bardziej podatny na kaprysy akustyki, architekturę wnętrza i ogólny charakter przestrzeni.

Z bliska

Dlatego wybierając się na szwajcarskie koncerty w ramach projektu „Kras 52”, realizowanego przez Agnieszkę we współpracy z Instytutem Adama Mickiewicza, poprosiłam organizatorów o możliwość wysłuchania tego samego programu dzień po dniu: w późnogotyckim kalwińskim kościele w Biel w kantonie Berno i nazajutrz w XV-wiecznym Haus zum Hohen Dolder w Bazylei, dawnej siedzibie średniowiecznego stowarzyszenia z wioski klasztornej St. Alban, do którego obowiązków należał między innymi nadzór nad miejscowymi winnicami, rozstrzyganie sporów granicznych i ochrona przeciwpożarowa dóbr klasztoru.

Rękopis określany tajemniczą sygnaturą Kras 52 znajdował się kiedyś w zbiorach warszawskiej Biblioteki Ordynacji Krasińskich przy ulicy Okólnik. Trafił tam w 1857 roku, na mocy legatu Konstantego Świdzińskiego, bibliofila, kolekcjonera dzieł sztuki i mecenasa, który przed śmiercią zgromadził zbiór większy, niż liczyła ówczesna biblioteka Ossolińskich. Przeszło połowa kolekcji – wraz z gmachem – poszła z dymem w październiku 1944 roku, w pożarze wznieconym przez okupantów po klęsce powstania warszawskiego. Manuskrypt odnalazł się cudem trzy lata po wojnie, w Bawarskiej Bibliotece Państwowej w Monachium, gdzie po oprawie z jasnej skóry i ozdobnym napisie „Rękopism z wieku XV” rozpoznał go Karol Estreicher. Oprócz kazań Jakuba de Voragine, zbioru „Gesta Romanorum” oraz traktatu o wypędzaniu demonów zawiera ponad czterdzieści utworów zapisanych czarną notacją menzuralną, z muzyką twórców schyłkowej fazy ars nova i wczesnej polifonii franko-flamandzkiej, a także siedem z dziewięciu zachowanych kompozycji Mikołaja z Radomia oraz inne muzyczne zabytki związane z Krakowem i dworem Władysława Jagiełły.

Pierwsza część projektu, zatytułowana „Regina Gloriosa”, obejmuje repertuar maryjny – fascynujące świadectwo przenikania się wpływów włoskich, awiniońskich i miejscowych, a także najwcześniejszych w Polsce, nieśmiałych jeszcze eksperymentów z polifonią zachodnią. Agnieszka, tym razem z zespołem Dragma – złożonym z jej stałych współpracowników – przedstawiła jeden z najsubtelniejszych i najbardziej wyrafinowanych programów ostatnich lat. Podzielony na cztery części (msza maryjna, muzyka na Boże Narodzenie i Objawienie, muzyka na Ofiarowanie Pańskie oraz modlitwy maryjne przedzielone Magnificat), wykonany w pięcioosobowym zaledwie składzie, nie tylko ukazał leciutką, półprzezroczystą jak pergamin fakturę tych utworów, lecz także, za sprawą przemyślanego układu i kilku mądrze dobranych uzupełnień z innych źródeł, skutecznie podtrzymał uwagę wszystkich odbiorców. Bez efekciarstwa, za to wypróbowaną metodą delikatnych kontrastów – zmysłowego sopranu Agnieszki z anielskim, skupionym głosem Tessy Ross, intrygujących dialogów harfy z lutnią Marca Lewona, rozmów prowadzonych tak wyrazistym szeptem instrumentów, że ilekroć do gry włączały się fidele Jane Achtman i Elizabeth Rumsey oraz giterna Lewona, średniowieczny ansambl dawał wrażenie całkowitej pełni.

Ta sama muzyka – ulatująca jak słup światła pod sklepienie kalwińskiej świątyni – w maleńkiej, wyłożonej skrzypiącymi deskami sali Haus zum Hohen Dolder, przemawiała do słuchaczy wprost, czasem z odległości niespełna metra. I znów, po raz kolejny, mogłam się przekonać o jakości tych wykonań, podobnie jak o mistrzostwie śpiewu operowego przekonuję się w skromnych teatrach na pięćset miejsc. W takich warunkach muzyk staje przed widownią obnażony jak w chwili narodzin. Ecce homo. Ecce mulier. Każdy niedostatek warsztatu wybrzmiałby w tej izbie głosem trąby jerychońskiej.

Kiedy już było po wszystkim, kiedy – jak za dawnych dobrych lat – wysprzątaliśmy wspólnie salę i pozmywaliśmy naczynia, rodzina Agnieszki zaprosiła mnie na kolację do restauracji, której nazwy nie zdradzę. Sami poszukajcie, gdzie w Bazylei można zjeść najprawdziwszą duszoną głowiznę i ossobuco. Bo jeszcze to mnie łączy z Agnieszką, jej mężem Lucasem, ukochanym teściem Geraldem i jego partnerką Pam, że lubimy dobrze zjeść i popić ucztę dobrym winem. Uwielbiamy też gotować, znajdując w tym rozkosz podobną szperaniu w dawnych archiwach. Następnym razem same przyrządzimy skorzonerę z czerwoną soczewicą albo kurczaka na ostro z dynią. Być może w tej sztuce dorównam jeszcze Agnieszce.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Latynistka, tłumaczka, krytyk muzyczny i operowy. Wieloletnia redaktorka „Ruchu Muzycznego”, wykładowczyni historii muzyki na studiach podyplomowych w Instytucie Badań Literackich PAN, prowadzi autorskie zajęcia o muzyce teatralnej w Akademii Teatralnej w… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 2/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Czekajcie, słuchajcie