Reklama

Żywoty buntowniczek

Żywoty buntowniczek

16.09.2019
Czyta się kilka minut
Charlotte Gordon: W najczarniejszych snach nie przewidywałam, że moje bohaterki – Mary Wollstonecraft i Mary Shelley – staną się tak ważnym punktem odniesienia w bieżącej debacie politycznej.
JASON GROW / CONRAD FESTIVAL
M

MICHAŁ SOWIŃSKI: Mary Wollstonecraft i jej córka, Mary Shelley, towarzyszą Ci już od dobrych kilku lat. Nie jesteś nimi zmęczona?

CHARLOTTE GORDON: O wspaniałych kobietach mogę rozmawiać bez końca. Nigdy nie zawracałabym innym głowy sprawami, których nie uważam za ważne i interesujące. Tylko tak mogę być uczciwa wobec moich czytelników i słuchaczy. A przy okazji to doskonałe remedium na znużenie oraz wypalenie zawodowe.

Opowieści o silnych, niezależnych kobietach są dziś potrzebne bardziej niż jeszcze parę lat temu?

Och, zdecydowanie! Dlatego też napędza mnie silne poczucie misji. W ostatnich latach klimat polityczny w USA zrobił się wyjątkowo mroczny, dlatego potrzebujemy wzorców, a XIX-wieczne bojowniczki o wolność i równość nadają się do tego idealnie. Szczególnie jako inspiracja dla nastolatków, bo o nich martwię się najbardziej. Nie możemy sobie pozwolić na wychowywanie nowego pokolenia w poczuciu beznadziei i bezsilności.

Wcześniej pisałaś o XVII-wiecznej amerykańskiej pisarce Anne Bradstreet, a także o Hagar i Sarze – biblijnych żonach Abrahama, kluczowych postaciach dla wszystkich trzech monoteistycznych religii. Jak dobierasz bohaterki swoich książek?

Na wszystkie trafiałam nieco przypadkiem. Na przykład odkryłam, że Bradstreet mieszkała dosłownie naprzeciwko mojego domu, więc nie mogłam zignorować tej koincydencji. A co do moich buntowniczek – trochę wstyd się przyznać, ale długo nie wiedziałam, że Mary Woll- stonecraft była matką Mary Shelley. To również odkryłam przypadkiem, gdy przygotowywałam się do prowadzenia kursu z literatury XIX-wiecznej. Weszłam wtedy na nowo w ich światy i uważnie przestudiowałam olbrzymią literaturę poświęconą jednej i drugiej. Po wielu miesiącach badań dotarło do mnie, że piszę o nich książkę.

Zapewne wiele osób podejmuje tego typu decyzje w przemyślany i racjonalny sposób. Ale w moim przypadku ta czy inna bohaterka po prostu łapała mnie za gardło i nie puszczała, dopóki nie skończyłam książki. Nie miałam wyboru, ale za każdym razem to była czysta przyjemność.

Gdybyś pisała książki o mężczyznach, kwestie genderowe i feministyczne nie dominowałyby każdej rozmowy. To oczywiście ważny kontekst w biografiach Twoich bohaterek, ale przecież tylko jeden z wielu.

Pytasz, czy to bywa frustrujące? Tak, bywa, ale najwyżej przez chwilę.

Męskich biografii nikt tak łatwo nie redukuje do kwestii płci.

To prawda, dlatego zawsze opowiadam o całym życiu moich bohaterek. Wtedy trudniej zamknąć je w kilku hasłach. Z drugiej strony, niektóre z tych kobiet stały się kluczowe dla rozwoju feminizmu. A nigdy dość przypominania o bohaterkach. Poza tym różnie bywa z tymi oczywistościami. Na początku każdego semestru proszę moich studentów, żeby wymienili kilka wybitnych pisarek języka angielskiego – pojawia się Jane Austen, po dłuższej ciszy czasem ktoś nieśmiało dodaje J.K. Rowling i na tym koniec. Niestety, wciąż brakuje nam podstawowej wiedzy.

Męscy bohaterowie Twojej książki – Percy Shelley, Byron i reszta ówczesnej śmietanki intelektualnej – wychodzą na zarozumiałych narcyzów, do tego żerujących na swoich partnerkach.

Gdy zaczynałam pisać książkę, też tak myślałam, ale akurat w przypadku Percy’ego zmieniłam zdanie. On miał koszmarne dzieciństwo, był ofiarą brytyjskiego systemu edukacji, do tego najprawdopodobniej cierpiał na szereg zaburzeń psychicznych. Do tego był nieszczęśliwie zakochany w Byronie, choć chyba nie zdawał sobie z tego sprawy. Z pewnością był niesamowitym artystą, ale beznadziejnym mężem.

W biografii Wollstonecraft i Shelley jest tyle podobieństw i symetrii, że aż trudno uwierzyć, że tak długo ignorowano rolę, jaką matka odegrała w życiu córki.

Mary Wollstonecraft zmarła na gorączkę połogową 10 dni po jej urodzeniu. Najprawdopodobniej dlatego większość badaczy uznała, że ta relacja nie ma większego znaczenia. A to nieprawda. Z wielu powodów ich życiorysy były do siebie wręcz niewiarygodnie podobne. Stąd pomysł na przeplatające się rozdziały o jednej i drugiej. Nie zaplanowałam tego z góry, tak po prostu wyglądały ich życia.

To była bardzo nietypowa relacja.

Shelley jako nastolatka była bezgranicznie zakochana w swojej zmarłej matce – czytała w kółko jej książki, paliła świeczki pod jej portretem, przesiadywała przy jej grobie. Często zastanawiała się, co na jej miejscu zrobiłaby matka – kobieta o bardzo liberalnych i progresywnych poglądach, nie tylko w kwestii równouprawnienia płci. Przedwczesna śmierć Wollstonecraft zawsze bardzo mnie smuciła, dlatego opowiadając równolegle o życiu obu kobiet, chciałam, żeby choć w mojej książce mogły się na chwilę spotkać.

Uwielbienie Shelley dla matki jest poruszające, ale ciągłe życie w jej cieniu musiało odcisnąć swoje piętno.

Oczywiście, to była bardzo złożona relacja, czasem wręcz toksyczna. Gdyby było inaczej, zapewne świat nie doczekałby się „Frankensteina”. Shelley musiała też czuć się winna śmierci matki. W jednej z jej powieści pojawia się nawet mroczny wątek kazirodztwa, gdzie córka wchodzi w erotyczną relację z ojcem, żeby zastąpić mu zmarłą żonę. Jeżeli zsumuje się te wszystkie niepokojące zachowania i fantazje, to z pewnością otrzymamy obraz osoby o bardzo skomplikowanej psychice. Ale może bez tego nie zostałaby genialną pisarką?

Istnieją wielowiekowe tradycje opisywania relacji ojca i syna – w przypadku matki i córki takie wzorce, poza kilkoma wyjątkami, pojawiają się dopiero w kulturze nowoczesnej, a i tak nie ma ich za wiele.

W moich badaniach szczególnie zwracam uwagę na sposób, w jaki historia przekazywana jest kolejnym pokoleniom. Być może dlatego tak bardzo fascynują mnie opowieści o kobietach, które przecież przez wieki były wykluczone z tego procesu. Gdy zaczynałam karierę akademicką, profesorami byli niemalże wyłącznie mężczyźni, dlatego czuję silną odpowiedzialność – zarówno przed pokoleniami kobiet, które żyły przede mną, jak i tymi, które dopiero nadejdą – żeby z odpowiednią precyzją i pieczołowitością zadbać o tę spuściznę. A mamy przed sobą jeszcze bardzo wiele pracy.

Wiele historii o niezwykłych kobietach z przeszłości tylko przypadkiem dotarło do naszych czasów – synowa Shelley była bliska zniszczenia większości dokumentów o swojej teściowej. Trudno nawet szacować, ile podobnych postaci straciliśmy bezpowrotnie.

Jako historyczka nabieram z wiekiem coraz większej pokory wobec ogromu rzeczy, których jeszcze nie wiemy – i zapewne nigdy nie poznamy. Ale z drugiej strony, wciąż odkrywamy nowe dokumenty, zazwyczaj strzępki, a czasem całe manuskrypty. Najczęściej XIX-wieczne dzienniki, listy, niekiedy nawet teksty literackie, które nie miały szansy zaistnieć w szerszej świadomości swojej epoki. Lubię myśleć, że historie tych ludzi są ciągle z nami i wystarczy trochę wysiłku, aby je odnaleźć. Trzeba tylko zaufać intuicji i przestać przejmować się opiniami konserwatywnych ekspertów z góry zakładających, co jest wartościowe, a czym nie warto zaprzątać sobie głowy.

Ale nawet zakładając najlepszą wolę, wciąż istnieje ryzyko, że nie znajdziemy już wiele – bo przecież dopiero od kilku pokoleń kobiety mają szeroki dostęp do edukacji oraz innych narzędzi niezbędnych, żeby zaistnieć w kulturze.

Być może, ale nawet wtedy mamy przed sobą dużo pracy. Dorobek przeszłych pokoleń, który udało nam się ocalić, wciąż wymaga krytycznej analizy i reinterpretacji, aby udało się go włączyć do współczesnego kanonu kultury. O biblijnych postaciach – Sarze i Hagar, napisano bardzo niewiele, a przecież ciągle możemy się o nie spierać. To właśnie jest największe wyzwanie, jakie stoi przed współczesną humanistyką – zmiana hierarchii wartości i poszerzanie debaty publicznej o obszary, które tradycyjnie uważane były za nieistotne. Na przykład popularna literatura kobieca z XIX w., którą ciągle wiele osób uważa za bezwartościową. Ale właściwie dlaczego? Bo opowiadała o codziennym życiu? Bo pisały ją kobiety? Sama zmiana optyki pozwala odkrywać zupełnie nowe obszary rzeczywistości.

A co z tymi, którzy nie mieli żadnych szans na pozostawienie po sobie śladu?

Jest ich zdecydowana większość! W szkole uczymy się o królach, arystokratach i innych przedstawicielach najbardziej uprzywilejowanych grup społecznych. Pozostałe 99 procent: chłopi, robotnicy, niewolnicy i wielu innych pozostaje bez głosu. Ważnym gestem jest już samo uznanie tego faktu, bo dla wielu to wciąż nie jest oczywiste. Oprócz tego z pomocą przychodzi kultura materialna – przedmioty, które były używane w codziennym życiu, ubrania, meble... Moja studentka pisze fascynującą pracę o przepisach kulinarnych – niewiarygodne, ile rzeczy można się z nich dowiedzieć! Z kolei moja doktorantka bada XIX-wieczne biblie białych plantatorów z Georgii. Pojawia się w nich zaskakująco dużo notatek na temat życia niewolników.

Przykłady można mnożyć, dlatego tak konieczne jest poszerzenie naszego pola widzenia, rozglądanie się po obrzeżach i miejscach nieoczywistych. Skoro tamtym ludziom nie udało się przekazać potomnym swoich historii, naszym obowiązkiem jest choćby częściowo je zrekonstruować.

W przypadku „Buntowniczek” miałaś raczej problem z nadmiarem informacji.

Obie moje bohaterki były świetnymi pisarkami, więc zostawiły po sobie tysiące stron dzienników i listów. Dzięki temu dostałam niesamowity wgląd w ich codzienne życie – wiedziałam, kiedy były chore, czym się martwiły i co w danym momencie czytały. Ale też jaka była pogoda danego dnia, w co były ubrane i czy smakował im obiad. Do tego obracały się w środowisku intelektualistów, w którym większość osób prowadziła podobne zapiski. Ale to tylko połowa pracy. Uważam, że obowiązkiem historyka jest maksymalne zanurzenie się w życie opisywanej postaci. Dlatego odwiedziłam wszystkie miejsca ważne dla Wollstonecraft i Shelley, szczególnie we Włoszech i Francji, próbując spojrzeć na nie ich oczami. Nie było to łatwe, bo co rusz w miejscu klimatycznego hotelu albo kawiarni trafiałam na pizzerie czy pralnie. Ale wiele rzeczy pozostało bez zmian – zapach morza, kolor nieba, układ ulic. Moim zadaniem było poskładać te wszystkie elementy, aby czytelnik też mógł poczuć klimat tamtej epoki. No i w przeciwieństwie do powieści tu nie można niczego zmyślać – podczas pisania miałam otwartych setki zakładek w przeglądarce, cały czas sprawdzając dane meteorologiczne z XIX-wiecznej Italii, stare mapy i przewodniki. Dlatego przypisy zajmują prawie 100 stron.

Twoje bohaterki w wielu kwestiach są niesamowicie współczesne – czasami aż trudno uwierzyć, że żyły 200 lat temu.

Szczególnie Mary Wollstonecraft, która miała poglądy bardziej progresywne niż wielu moich znajomych. Często upewniałam się po kilka razy, czy faktycznie napisała to czy inne zdanie, bo brzmiało mi podejrzanie zbyt współcześnie. W wielu kwestiach szła dużo dalej niż jej córka, a nawet kolejne pokolenia liberalnych myślicieli. To była prawdziwa wizjonerka, wyprzedzająca swoją epokę o stulecia.

To przygnębiające, że problemy, z którymi zmagała się ponad dwa stulecia temu, pojawiają się dziś na nowo, z kolei inne nigdy nie zostały rozwiązane.

„Buntowniczki” ukazały się w USA w 2015 roku, ale mam wrażenie, jakbym pracowała nad nimi w innej epoce. O ile wtedy przypominanie o takich postaciach jak Wollstonecraft i jej córka wydawało mi się potrzebne przede wszystkim z historycznej, nieco abstrakcyjnej perspektywy, to w ostatnich latach ta potrzeba stała się paląca i konkretna. W najczarniejszych snach nie przewidywałam, że moje bohaterki staną się tak ważnym punktem odniesienia w bieżącej debacie politycznej.

Myślisz, że to chwilowe wahnięcie czy raczej początek długotrwałego regresu?

Historia uczy nas, że stabilny, linearny rozwój nie występuje – szczególnie w przypadku progresywnych idei czy ruchów społecznych. To są zawsze skoki, zazwyczaj do przodu. „Buntowniczki” planowałam jako książkę popularnonaukową, ale skala sukcesu przerosła moje najśmielsze oczekiwania, co odczytuję jako promyk nadziei. Mój wydawca twierdził, że rynek biografii jest zdominowany przez książki o silnych mężczyznach: bohaterach wojny secesyjnej, dyktatorach i prezydentach. „Niestety, twoje dziewczyny nie mają szans przebić się na szczyt” – mówił ze smutkiem. A jednak!

A co najbardziej cenisz w Twoich bohaterkach?

Odwagę. I to różne jej rodzaje. Wollstonecraft miała odwagę otwarcie głosić swoje poglądy w czasach rewolucji: pisała książki i artykuły, brała czynny udział w życiu politycznym Anglii i Francji. Jej córka żyła w bardziej konserwatywnych czasach, więc jej odwaga polegała przede wszystkim na stawianiu na swoim, na życiu zgodnie z własnymi poglądami i sumieniem. Obie były poddawane olbrzymiej presji ze strony konserwatywnej rodziny i społeczeństwa, do tego musiały stawiać opór represjom i szyderstwom, które czasem były nawet bardziej dotkliwe. A mimo to nigdy się nie poddały! Nieustannie przypominam o tym wszystkim moim pogrążonym w depresji i beznadziei znajomym. ©℗

CHARLOTTE GORDON (ur. 1962) – amerykańska pisarka, profesorka nauk humanistycznych w Endicott College. Absolwentka Harvard College i Boston University. Otrzymała Massachusetts Book Award za biografię XVII-wiecznej poetki Anne Bradstreet Mistress „Bradstreet: The Untold Life of America’s First Poet” (2005). Jest także autorką książki poświęconej biblijnym postaciom Sarze i Hagar „The Woman Who Named God” (2009). Po polsku ukazała się jej książka „Buntowniczki. Niezwykłe życie Mary Wollstonecraft i jej córki Mary Shelley” (2019, org. wyd. 2015).

Spotkanie z CHARLOTTE GORDON, którego tematem będą biografie i poglądy Mary Wollstonecraft i jej córki Mary Shelley, autorki „Frankensteina”, odbędzie się 25 października. Poprowadzi je Anna Dziewit-Meller.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Krytyk literacki, stale współpracuje z Tygodnikiem Powszechnym. Redaktor literacki Conrad Festival, doktorant na Wydziale Polonistyki UJ. Prowadzi podkast literacki „Book’s not dead”.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

żeby i Claire Clermont, przyjaciółka Mary Shelley, doczekała się biografii.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]