Wybory nie będą ani powszechne, ani równe. To nie będą żadne wybory

PiS uznał, że dociśnięty kolanem majowy termin, nawet wbrew regułom rozsądku oraz przyzwoitości, to jedyna szansa, żeby Andrzej Duda wygrał.
Czyta się kilka minut
Jarosław Kaczyński przemawia na konwencji wyborczej Andrzeja Dudy, Warszawa 15 luty 2020 r. Fot. Czarek Sokolowski / AP/Associated Press/East News /
Jarosław Kaczyński przemawia na konwencji wyborczej Andrzeja Dudy, Warszawa 15 luty 2020 r. Fot. Czarek Sokolowski / AP/Associated Press/East News /

Wybory muszą się odbyć 10 maja – Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla radia RMF przeciął spekulacje, czy obóz władzy zdecyduje się na to, czego oczekuje znaczna część pytanych w sondażach wyborców. Powołał się przy tym na wymogi konstytucyjne i postraszył organy samorządu – to od nich zależy skuteczne i zgodne z prawem przeprowadzenie procedur wyborczych. One zaś, jako najbliższe rzeczywistości – od której coraz bardziej odklejony jest prezes PiS – mogą nie chcieć naginać woli politycznej do realiów społeczeństwa w stanie głębokiego paraliżu i do restrykcji sanitarnych, jakie z najwyższym prawdopodobieństwem będą w maju jeszcze w mocy. „Trzeba tylko wprowadzić tutaj odpowiednie rozwiązania techniczne i być może prawne, ale no właśnie o wyłącznie technicznym charakterze” – mówi Kaczyński, który najwyraźniej nie rozumie, że w obecnej sytuacji niektóre procedury „techniczne”, jak np. wożenie urn do domów ludzi objętych kwarantanną, nagle stają się czynnością wysoce ryzykowną (podobnie jak zasiadanie w stacjonarnej komisji), a rozwiązania prawne, czyli zmiany ordynacji wyborczej, to nie przepisy, które w ustroju demokratycznym zmienia się na miesiąc przed wyborami. 

Pomijając już kwestię, na ile realne jest zrekrutowanie w ciągu najbliższych 20 dni ok. 200 tys. osób do komisji wyborczych i parę innych praktycznych problemów, z którymi zderzenie może być dla polskiego państwa fatalnym pokazem bezsiły i które podważy konstytucyjny wymóg powszechności wyborów, to upór PiS budzi też sprzeciw z innych zasadniczych względów. 


CZYTAJ TAKŻE

ANDRZEJ STANKIEWICZ: W zakażoną koronawirusem kampanię prezydencką PiS wchodzi osłabiony niczym pacjent z grupy podwyższonego ryzyka >>>


Niebywałej trzeba obłudy, aby twierdzić, jak to czynił Kaczyński, a w ślad za nim kolejne szczeble nomenklatury, że w obecnych realiach najbardziej traci obecny prezydent, bo nie może odbywać licznych wieców i gospodarskich wizyt w każdym powiecie, każdej walcowni i każdej mleczarni. Prezydent jest stale obecny w sferze publicznej, mniejsza o to, czy z sensem czy bez – jako głowa państwa ma do tego prawo. Sęk w tym, że prawa istnienia zostali pozbawieni (z oczywistych i słusznych względów zdrowotnych) jego konkurenci. Demokracja zawsze była w stanie tolerować pewne skrzywienie szans na korzyść urzędującego prezydenta, ale mówimy o sytuacji lekkiej przewagi na starcie, nigdy zaś takiej, gdy jeden zawodnik biegnie, pozostali muszą pozostać w miejscu. Kilka tygodni temu jeszcze mogło się wydawać, że przeniesienie punktu ciężkości kampanii do internetu może być ciekawą innowacją, dającą równe szanse wszystkim. Dziś jednak widać, że nie tylko o niemożność urządzania spotkań wyborczych chodzi, ale też o całkowite odciągnięcie uwagi wyborców od czegokolwiek poza epidemią. A tylko urzędujący prezydent, wciskając się przy każdej okazji przed kamery, ma szansę pojawić się na horyzoncie wyborców. 


CZYTAJ TAKŻE

JAROSŁAW FLIS: Przesunięcie terminu wyborów prezydenckich wydaje się nieuniknione >>>


„Byłoby to niezwykle niekorzystne, żeby prezydent i premier byli z różnych obozów politycznych i się spierali” – stwierdził Kaczyński i w tych słowach jest zawarte sedno obecnego uporu władzy. Chodzi o przekonanie, że dociśnięcie kolanem majowego terminu wyborów, choćby depcząc reguły rozsądku oraz przyzwoitości, to jedyna szansa, żeby Andrzej Duda wygrał te wybory. Różne krążyły propozycje, jak prawnie rozwiązać przesunięcie wyborów i jakie rozwiązania przyjąć na wypadek, gdyby np. na jesieni nadal był istotny odsetek wyborców zamkniętych w domu na kwarantannie. Ale żadne z nich nie rozwiewa wielkiej niewiadomej, co będzie z krajem, jakie będą nastroje, niezależnie od tego, że aparat propagandowy będzie wytrwale na Dudę pracował (pomimo drobnych niesnasek między prezydentem a ministrem propagandy Kurskim, które w obliczu walki o utrzymanie pełni władzy obozu na trzy lata pójdą w kąt). 

To w sumie jest proste: gdyby Kaczyński i jego ludzie doprowadzili do wyborów prezydenckich w maju, wybory te – choć formalnie każda kartka zostałaby prawidłowo policzona i wyniki byłyby formalnie poprawne – należałoby traktować tak, jakby zostały sfałszowane, a władzę PiS-u uznać za pozbawioną dalszej legitymacji. Uznanie epidemii za świetną okazję do utwierdzenia władzy nie będzie kolejnym zręcznym, ale wciąż legalnym manewrem politycznym Kaczyńskiego. Będzie to goła przemoc, tyle że nie z pałką w dłoni, a z wirusem. 


 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”