Wspinacz, który słuchał

Wydany właśnie album „Himalaya and Karakoram. Voices from the Mountains 1971–2003” jest zarazem kroniką sportową, dokumentem o historycznym znaczeniu i dowodem nieprzeciętnej wrażliwości autora.

03.08.2020

Czyta się kilka minut

Bogdan Jankowski podczas polskiej zimowej wyprawy na Mount Everest, 1980 r. / ARCHIWUM BOGDANA JANKOWSKIEGO
Bogdan Jankowski podczas polskiej zimowej wyprawy na Mount Everest, 1980 r. / ARCHIWUM BOGDANA JANKOWSKIEGO

Nigdy nie zdobył ośmiotysięcznika, a co za tym idzie, nie stał się gwiazdą himalaizmu. Zasługi zmarłego przed ponad rokiem Bogdana Jankowskiego (1938–2019) dla polskiego środowiska wspinaczkowego są jednak nieocenione. Odpowiadał za łączność radiową podczas siedmiu wypraw w Himalaje i Karakorum. Z ramienia Polskiego Związku Alpinizmu przygotowywał też sprzęt dla wielu innych ekspedycji. Zainspirował do wspinaczki Wandę Rutkiewicz, a Krzysztofa Wielickiego wprowadził do Klubu Wysokogórskiego. Począwszy od pionierskiej wyprawy na ­Kunyang Chhish (1971) rejestrował na taśmie wszystkie łączenia pomiędzy członkami ekspedycji.

– Bogdan pełnił tu bardzo ważną rolę na skalę europejską – twierdzi Krzysztof Wielicki, zdobywca Korony Himalajów i Karakorum. – Na wyprawach zagranicznych nie widziałem, by przykładano taką wagę do nagrywania rozmów. A Bogdan wiedział, że to ma wartość historyczną.

Za sprawą wydanej w czerwcu płyty „Himalaya and Karakoram. Voices from the Mountains 1971–2003” dowiadujemy się, że Jankowski nie poprzestawał na rejestrowaniu wyczynów rodzimych wspinaczy. Wydany przez wytwórnię Saamleng album każe myśleć o himalaiście także jako o pionierze polskich nagrań terenowych (z ang. field recording). Pomysł Jankowskiego, by rejestrować wysokogórskie pejzaże dźwiękowe, należy uznać za prekursorski w skali światowej.

– W pierwszej kolejności traktowałem ten materiał jako podwaliny field recordingu w postaci, która jest mi bliska, a która w latach 70. była cały czas domeną rozproszonych jednostek – wspomina wydawca płyty oraz propagator nagrań terenowych Tomasz Mirt. – „The Tuning of the World” Murraya Schafera, czyli książka, która w dużej mierze definiuje to, jak mówimy dziś o audiosferze, to dopiero 1977 rok. A ukuty w niej termin „sound­scape” i wynikający z niego sposób słuchania narzuca się sam podczas odbioru nagrań Bogdana Jankowskiego.

Hipotez na temat tego, jaki cel przyświecał wspinaczowi, gdy rejestrował dźwięki karawany, modły buddyjskich mnichów czy dźwięk raków wbijających się w lód, jest kilka. Niewykluczone, że odpowiedź jest jednak prosta.

– To wszystko było dla nas bardzo ciekawe – tłumaczy Anna Okopińska, himalaistka, która z Jankowskim uczestniczyła w wyprawie na Lhotse w 1974 r. – Wtedy wyjechać z Polski to było coś niesamowitego! Przecież nie można było sobie tak po prostu pojechać na wycieczkę do Indii czy Nepalu. Styk z kulturą himalajskich ludów to było coś, co nas wszystkich bardzo poruszało. Bogdan nagrywał ich rozmowy i śpiewy, bo wtedy były to bardzo egzotyczne spotkania.

Od tamtego czasu kontekst polityczno-ekonomiczny radykalnie się zmienił, a zapośredniczony mediami świat bardzo się skurczył. A jednak zebrane na płycie nagrania stanowią coś więcej niż historyczny dokument czy sportową kronikę. Są niezwykłą dźwiękową przygodą.

Audycje i audiencje

Himalaistom dzisiaj znacznie łatwiej wybrać się w podróż do Pakistanu. Kiedy jednak już się tam znajdą, najpewniej nie zostaną potraktowani w taki sposób, jak ekspedycja Andrzeja Zawady z 1971 r. Z artykułu dołączonego do albumu „Himalaya and Karakoram” wynika, że od samego początku wyprawy na Kunyang Chhish Polacy byli podejmowani przez lokalne władze z najwyższymi honorami. Zostali zaproszeni na audiencję przez prezydenta Muhammada Zia-ul-Haqa, a także przez Shaukata Ali Khana – ostatniego księcia Nagaru, wchłoniętego dwa lata później przez Pakistan. Towarzyszący temu drugiemu spotkaniu występ orkiestry zarejestrował Jankowski. Można sobie wyobrazić, że te spotkania były dla młodego inżyniera z Wrocławia nie mniej niesamowite niż widok potężnej grani Karakorum.

Tym bardziej, że Jankowski wyruszył na Kunyang Chhish jako doświadczony wspinacz. Celem jego pierwszej wyprawy w Karakorum był niezdobyty wcześniej szczyt o wysokości 7852 m n.p.m.

– Na pierwszych wyprawach w najwyższe góry ojciec brał udział jako sportowiec i przy okazji zajmował się stroną techniczną – wyjaśnia Krzysztof Jankowski, syn himalaisty. – Miał już wtedy na koncie wspaniałe drogi, chociażby w Alpach czy Pamiro-Ałtaju. Nie wszedł na Kunyang Chhish i Lhotse, ale był w bardzo wysokich obozach. Na tej drugiej wyprawie dotarł na około 7200 m n.p.m.

– Był aktywnym uczestnikiem sportowej wyprawy – potwierdza Okopińska. – Pracował równie intensywnie jak my przy zakładaniu i naprawianiu ubezpieczeń na Icefallu, zakładaniu obozów i transporcie zaopatrzenia. Podczas wyprawy na Lhotse dotarł do trzeciego obozu.

W trakcie swojej pierwszej ekspedycji na ośmiotysięcznik Jankowski nie tylko rejestrował dźwięki obozowego życia i wędrującej karawany. W położonej na wysokości niemal 4 tys. m n.p.m. wsi Tengboche zakradł się rankiem do miejscowego klasztoru i nagrywał modły buddyjskich mnichów. Robił to niejako po godzinach, bo przede wszystkim zajmował się przeprowadzaniem obowiązkowych łączności, nasłuchem uczestników wyprawy, dbaniem o sprzęt, a także – rzecz jasna – wspinaczką. Mimo tak wielu obowiązków wieczorami Jankowski dołożył sobie kolejny. W trakcie wyprawy na Lhotse narodziło się radio Base Camp, które uczestnicy tych wysokogórskich wypraw wspominają również jako „dobranockę”.

– W wysokich obozach czekaliśmy na wieczorną audycję, która zaczynała się o godzinie 20.00 – wspomina Okopińska. – Wszyscy w bazie zbierali się w ­namiocie Bogdana przy radiostacji i zaczynały się rozmowy z przebywającymi wyżej, a na koniec on puszczał jakąś melodię na dobranoc. To było strasznie ważne w tych potwornych warunkach, jakie panowały w wyższych ­obozach. Kiedy siedziało się w namiocie, z którego nie można było wyjść w nocy, bo było strasznie zimno i wiatr hulał. A tu nagle odzywał się ciepły głos Bogdana, jakaś muzyka i informacje z bazy: np., że do kogoś przyszedł list.

O tym, że w działalności Jankowskiego chodziło nie tylko o zapewnienie kontaktu pomiędzy uczestnikami wyprawy, jest przekonany również inny uczestnik ekspedycji z 1974 r., Wojciech Kurtyka: – Boguś na pewno był świadomy historycznego i sportowego wymiaru swoich radiowych nagrań, ale w tym było coś więcej. Dla niego to była również rejestracja atmosfery, aury, wreszcie: ludzkich więzi. Bo on był osobą, która nawet w dużej grupie potrafiła zachować ciepły, wręcz intymny kontakt z drugim człowiekiem.

Te umiejętności były niezwykle ważne podczas wypraw na Kunyang Chhish i Lhotse. Bo choć ta pierwsza zakończyła się pionierskim zdobyciem szczytu, obie miały przecież tragiczny finał. W Karakorum zginął wspinacz i bliski przyjaciel Jankowskiego – Jan Franczuk. Wyprawę w Himalaje przypłacił natomiast życiem filmowiec Stanisław Latałło.

– Myślę, że do samego końca ojciec miał w pamięci przyjaciół, którzy zostali na zawsze w górach – mówi Krzysztof Jankowski. – Był raczej zamknięty w sobie, ale to jakoś tam wychodziło. Zwłaszcza w czynach. Bardzo się więc angażował w pośmiertne upamiętnianie swoich partnerów od liny. Sprawą tablicy Jasia Franczuka na karkonoskim symbolicznym cmentarzyku zajmował się aż do końca. Odpowiednie pozwolenie przyszło już po jego śmierci.

Pisanie historii, rejestrowanie historii

W zupełnie innym nastroju niż w 1974 r. polska ekspedycja wróciła z Himalajów sześć lat później. Podczas historycznej wyprawy kierowanej przez Andrzeja Zawadę dokonano pierwszego zimowego wejścia na ośmiotysięcznik. 17 lutego 1980 r. Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki połączyli się z bazą ze szczytu Mount Everestu. To epokowe wydarzenie zostało zarejestrowane przez Jankowskiego.

– Widziałem scenę z filmu, jak wchodziliśmy na Everest, którą w bazie kręcił chyba Bakalarski [operator Józef Bakalarski – JB] – wspomina Wielicki. – I wszyscy tam krzyczą: „Hurra!”, „Zawada!”. A Bogdan nic. Cichutko siedzi i tylko łączy, i rejestruje. Bo rozumiał, że jego rolą jest teraz wszystko nagrać tak, jak trzeba. I on tego swojego poletka bardzo pilnował.

Oczywiście te podniosłe momenty łapania na taśmę wielkiej historii były wtórne w stosunku do codziennej troski o sprzęt i łączność, które zapewniały wspinaczom niezbędne poczucie bezpieczeństwa. Gdyby cokolwiek przytrafiło się atakującym szczyt, będąca na ciągłym nasłuchu baza mogła natychmiast zainicjować akcję ratunkową. Ponadto, jak przyznaje Wielicki, sama świadomość tego, że był ktoś, kto czekał na wiadomość od niego, była bardzo ważna.


Czytaj także: Bartek Dobroch: Himalaiści we mgle


Począwszy od wyprawy na Mount Everest po ekspedycję na K2 odbywającą się na przełomie 2002/2003 r., Jankowski wyruszał w najwyższe góry przede wszystkim jako specjalista od sprzętu i łączności.

– Wspinaczka nie była dla niego żadnym problemem, a jednak w pewnym momencie pogodził się z tym, że nie będzie już pisał wielkiej historii alpinizmu – mówi Wielicki. – Natomiast zauważył, że może w nim odegrać ważną rolę, dbając o powodzenie tych ekspedycji. Wiedział, że jest w zespole i że jego rola jest istotna niezależnie od tego, czy gdzieś wejdzie i coś zdobędzie.

Tej antyindywidualistycznej postawy nigdy nie mógł zrozumieć Wojciech Kurtyka, choć zastrzega, że niewielu wspinaczy wspomina tak ciepło jak Jankowskiego: – Boguś był moim absolutnym przeciwieństwem: bardzo lojalnym członkiem wypraw. Ja czułem brak zgody na ten ich paramilitarny charakter. Boguś reprezentował natomiast pokolenie wyrosłe w ideach pionierskiego alpinizmu i himalaizmu, gdzie obowiązywało podejście jak na statku: jest kapitan i nie ma zmiłuj! Dla mnie taka kołchoźniana praca w imię wspólnego sukcesu była zaprzeczeniem ducha wspinaczki. Wspinaczki, która musi być dramatem przezwyciężania własnego strachu, indywidualnym ryzykiem i samotnym zmaganiem z górą aż do samego szczytu. Natomiast Bogusiowi te góry i ci ludzie dawali tak strasznie dużo, że nie musiał mieć osobistego sukcesu sportowego. Liczyło się obcowanie z miejscem oraz nadrzędna, bo dotycząca wyprawy, idea.

Ta lojalność miała jeszcze jeden skutek. Przez lata, kiedy do Jankowskiego zgłaszali się dziennikarze i dokumentaliści, prosząc o dostęp do jego niezwykłego archiwum, himalaista odmawiał. Robił to na prośbę Andrzeja Zawady. Twórca himalaizmu zimowego sam chciał po nie sięgnąć, pracując nad książką. Książką, której nigdy nie napisał. Nie zdążył.

Emocje, usterki i subtelności

To, że poznaliśmy fragmenty tego olbrzymiego archiwum, zawdzięczamy synom Jankowskiego. Z charakterystyczną dla ojca skrupulatnością Krzysztof przez niemal dwadzieścia lat starał się zarejestrować każdą jego prelekcję noszącą niezmienny tytuł „Góry dalekie i bliskie”. Ostatecznie w 2015 r. utrwalił tę opowieść w warunkach studyjnych. Później zmontował ją ze zdjęciami i nagraniami terenowymi z najważniejszych wypraw ojca.

Inną drogę obrał jego młodszy brat, Tomasz. Związany z nieformalnym kręgiem kultury industrialnej zwrócił uwagę na nagrania mniej przyjazne dla ucha, które mogłyby wręcz rodzić skojarzenia z estetyką noise.

– Jego zapisy z wypraw dokumentowały nie tylko śpiew ptaków czy nawoływanie muezina, ale także te najbardziej ekstremalne momenty zarówno w wymiarze estetycznym, jak i cielesnym – zauważa Tomasz Jankowski. – Szczęk raków wbijanych w lód, urywający się oddech wspinacza typowy dla strefy śmierci czy niedający wypocząć hałas łopoczących na wietrze flag na maszcie. Nagrania terenowe ojca po raz pierwszy wypuściłem kilkanaście lat temu na płycie ­CD-R. Nakład kilkunastu egzemplarzy rozdałem wśród znajomych muzyków, chcąc podzielić się tą jego poniekąd niezamierzoną twórczością. O płycie zdążyłem zapomnieć, do czasu, kiedy kilka lat temu trafiła do wówczas nieznanego mi jeszcze Tomka Mirta.

Gdy zachwycony przypadkowym odkryciem Tomasz Mirt zaproponował wydanie tych nagrań, Tomasz Jankowski od razu włączył do współpracy swojego ojca. Ku jego zaskoczeniu ten, choć z reguły nadzorował wszystko od A do Z, dał wydawcy wolną rękę. Wyciągał z archiwum kolejne nagrania, przybliżał ich kontekst, słuchał, ale postanowił zaufać Mirtowi jako niezależnemu „redaktorowi” liczącego dziesiątki godzin materiału. Ostatecznie nagrania z siedmiu wypraw zostały ułożone w taki sposób, że sprawiają wrażenie zapisków z jednej ekspedycji.

– Materiał montowaliśmy z przerwami przez kilka lat – tłumaczy Mirt. – Z pierwszej paczki nagrań, którą dostałem, ułożyłem szkielet, myśląc o tym, by poszczególne fragmenty w miarę harmonijnie przechodziły w siebie i by zbudować jakąś dramaturgię. Później ten pierwotny układ podlegał licznym zmianom. Bogdan wyciągał z archiwum ­kolejne ­nagrania, ­nieraz z myślą o zastąpieniu tych o słabszej jakości, innym razem, by wyważyć balans między tymi z kręgu kultury islamskiej i buddyjskiej lub nagraniami bardziej etnomuzykologicznymi i „czystymi” nagraniami terenowymi.

Producent przyznaje, że nie wiedział zbyt wiele o historii himalaizmu i może dlatego spoglądał na te nagrania z innej perspektywy. Szczególnie interesowały go np. usterki związane z łącznością radiową i niepozorne subtelności dźwiękowe obecne w rejestracjach karawany czy wieczornego obozu, w których autor zaznacza swoją obecność. Zdaniem Mirta są to chwile, w których czuć, jak słucha.

– Zabawne, bo dopiero kiedy płyta wyszła, uświadomiłem sobie, jak ważnym dokumentem jest nagrany raport ze szczytu – przyznaje wydawca. – Cały czas odbierałem to jako nośnik pewnych emocji, podobnie jak nagranie przyspieszonego oddechu. Trudno mi sobie nawet wyobrazić, co słyszą w nim ludzie, którzy mieli kontakt z ekstremalnym żywiołem, byli tam wysoko, czuli to wycieńczenie.

Synowie Jankowskiego wahają się, kiedy pytam, czy na podstawie pozostawionych nagrań ich ojca można nazwać artystą. Tomasz podkreśla, że jako doktor inżynier elektroniki i typowy umysł ścisły sam nigdy głośno by się do tego nie przyznał. Z drugiej strony jego podejście do przygotowania płyty i zgoda, by porzucić chronologię zebranych na niej nagrań sugerowałyby, że ojciec dostrzegał ich walory artystyczne.

Krzysztof dodaje, że jego tata najwyraźniej odczuwał potrzebę, by dokumentować piękno. A skoro tak, to musiał w nim tkwić wewnętrzny artysta. Mirta moje pytanie nie zaskoczyło: – W przypadku nagrań terenowych często pojawia się pytanie o autora, trochę dlatego, że ludzie widzą w tego typu rejestracjach coś pokrewnego muzyce, ale nie widzą sprawczości, którą ma kompozytor. Trochę lepszym kontekstem jest fotografia. Ktoś „kadruje”, ktoś wybiera miejsce dla mikrofonu, słucha konkretnych szczegółów – finalnie jest w nagraniach w postaci pewnej wrażliwości, sposobu słuchania. W przypadku Jankowskiego jest to dla mnie niemal namacalne. ©

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarz i krytyk muzyczny, współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Autor książki „The Dom. Nowojorska bohema na polskim Lower East Side” (2018 r.).

Artykuł pochodzi z numeru Nr 32/2020