Reklama

Spektrum literackich możliwości

Spektrum literackich możliwości

01.04.2019
Czyta się kilka minut
Flanagan z opowieści o pretensjonalnym wannabe pisarzu, podejmującym się wydawniczej fuchy, aby wyżywić rodzinę, stworzył pełen egzystencjalnego napięcia thriller o granicznych punktach literatury.
W

Wszystkie powstałe w dziejach świata powieści można podzielić na dwie kategorie – do pierwszej należą te opowiadające o pisarzu zmagającym się z procesem twórczym, do drugiej pozostałe (trudno oszacować, których jest więcej). Sięganie po wątki autotematyczne jest z reguły gestem rozpaczliwym, podejmowanym w obliczu kompletnego uwiądu wyobraźni (skoro nie wiem o czym pisać, napiszę o sobie piszącym). Ale jak od każdej reguły, są wyjątki i z pewnością należy do nich Australijczyk Richard Flanagan, który w swoich powieściach nieustannie testuje granice i warunki możliwości snucia opowieści, wplatając do swych książek liczne wątki autotematyczne. A robi to z taką gracją, że na pierwszy rzut oka można nawet tego nie zauważyć.

Nie tym razem jednak. W „Pierwszej osobie”, siódmej już powieści, Flanagan idzie na całość. Jest rok 1992, Kif Kehlmann, podówczas 31-letni pisarz (czyni go to rówieśnikiem autora) wciąż pracuje nad swoją pierwszą książką, jednocześnie zmagając się z licznymi problemami natury zawodowej i osobistej. Pracuje dorywczo, gdzie się da, ledwo wiążąc koniec z końcem, a każdą wolną chwilę poświęca na dopieszczanie opasłego zbioru notatek, które jednak za nic nie chcą ułożyć się w upragnioną powieść. Do tego kilkuletnia córka i żona w zaawansowanej, bliźniaczej ciąży. Słowem – sytuacja graniczna, która wymaga ostatecznej decyzji: albo zostanie w końcu tym pisarzem, albo na zawsze da sobie spokój i weźmie się do uczciwej pracy. Nieoczekiwanie jednak pojawia się rozwiązanie trzecie, połowiczne, pozwalające jeszcze chwilę zanurzyć się w słodkiej niedojrzałości.

Do dużego australijskiego wydawnictwa zgłasza się Siegfried Heidl, znany na całym świecie oszust. Za sprawą niejasnych interesów z CIA i NASA udało mu się wyłudzić od kilku banków niebagatelną kwotę 700 milionów dolarów. Proces wciąż trwa i aby lepiej wypaść przed sądem, Heidl potrzebuje autobiografii. A żeby ją napisać, niezbędny jest ghostwriter – wybór pada na Kifa. Urażona duma niespełnionego pisarza każe mu z miejsca odrzucić ofertę, ale krytyczna sytuacja finansowa wygrywa ze zranionym ego. Jest jeden haczyk – na napisanie minimum 75 tysięcy słów ma równo sześć tygodni.

Zadanie jest wykonalne, bo Kif brak weny (talentu?) nadrabia jako pracowity rzemieślnik. Problemem okazuje się jednak Heidl, który swoim z pozoru bezsensownym gadulstwem skutecznie torpeduje wysiłki swojego „ducha”, próbującego wydrzeć z niego choćby szczątkowe fakty z jego życia. Dni i tygodnie mijają, a w Kifie narasta rozpacz – każdy, kto choć raz w życiu musiał na termin wypełnić limit znaków, będzie empatyzował z tą torturą. Na dnie beznadziei pojawia się jednak myśl, że paplanina króla oszustów nie jest wcale bezcelowa. Kif powoli odkrywa demoniczną naturę swojego klienta – tajemnicą jego sukcesu jest całkowity brak właściwości. Heidl nigdy niczego nie potwierdza, ale też niczemu nie zaprzecza, skutecznie natomiast fabrykuje kolejne poszlaki, zasiewa w umysłach ludzi pomysły na swój własny temat, które zamieniają się w bujne fantazje. Pozwala każdemu wierzyć w to, co dla niego wygodne – choćby przedstawicielom banków, od których wyłudzał kolejne milionowe kredyty. Jednakże dla tego arcymistrza iluzji pieniądze to jedynie chwilowy kaprys – zdobywał je z łatwością, więc bez żalu się ich potem pozbywał.

Jaki jest zatem jego cel? Trudno przeniknąć motywację tego znudzonego swoimi możliwościami kreacji ex nihilo umysłu. Niemniej na swoje ostatnie dzieło wybrał właśnie Kifa. Z tego nijakiego, wciąż jednak pełnego potencjału życia postanowił uczynić opus magnum wieńczące karierę postmodernistycznego bożka manipulacji. Co jakiś czas uchyla przed nim rąbka tajemnicy swojego sukcesu, co daje wgląd w mroczną otchłań, jaką może być życie pozbawione ograniczeń i konwenansów. Kif patrzy w niego jak zahipnotyzowany, bo dostrzega w jego biografii – tej prawdziwej, a nie w kleconym przez siebie naprędce zbiorze frazesów – sztukę w najczystszej postaci. Każe mu to odrzucić dziecinne wyobrażenia o byciu artystą, którymi karmił się do tej pory. Czy jednak starczy mu odwagi, aby zrobić decydujący krok i przejść na stronę Heidla?

Flanaganowi udała się rzecz niezwykła – z opowieści o pretensjonalnym wannabe pisarzu podejmującym się wydawniczej fuchy, aby wyżywić rodzinę, stworzył pełen egzystencjalnego napięcia thriller o granicznych punktach literatury. W tej postmodernistycznej parodii sytuacji faustowskiej – wszak Heidl proponuje coś na kształt demonicznego paktu – Flanagan opowiada przede wszystkim o sobie. Z Kifem bowiem dzieli nie tylko metrykę, ale również pochodzenie i – najprawdopodobniej – doświadczenie granicznego momentu, gdy wybiera się lub odrzuca literaturę jako radykalną formę życia. „Pierwsza osoba” to wielopoziomowa gra autobiograficzną konwencją (w trakcie lektury przestaje być oczywiste, kto i o kim pisze), a przy tym wyznanie wiary w nieskończone możliwości literatury (w tej sytuacji Heidl jest najwyższym kapłanem tego kultu).

Flanagana bowiem nigdy nie zadowala samo opowiadanie historii – jakkolwiek poruszająca i prosta formalnie by ona była (żeby wspomnieć tylko nagrodzone Bookerem „Ścieżki północy”). Jego uwaga zawsze ześlizguje się na literackie szwy, punkty nośne fabuły i konstrukcji. Jakby cały czas analizował, ile są jeszcze w stanie udźwignąć, zanim runą z hukiem (niczym tama w „Klaśnięciu jednej dłoni” albo trawiona płomieniami kolonia w „Księdze ryb Williama Goulda”). Mówiąc inaczej, „Pierwsza osoba” to analiza pełnego spektrum literackich możliwości: od chałtury pisanej za grosze i pod dyktando pazernego wydawcy, aż po sztukę czystej kreacji, wykraczającą daleko poza słowa wydrukowane na papierze. A wariantów do przetestowania zostało jeszcze wiele – to przecież dopiero siódma powieść. ©℗

Richard Flanagan PIERWSZA OSOBA, przeł. Maciej Świerkocki, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019


Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Krytyk literacki, stale współpracuje z Tygodnikiem Powszechnym. Redaktor literacki Conrad Festival, doktorant na Wydziale Polonistyki UJ. Prowadzi podkast literacki „Book’s not dead”.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]