Sąd nad antropocenem

JAN ZALASIEWICZ, paleobiolog: Niektórzy mówią, że antropocen to rodzaj politycznego gestu. A to geologiczna diagnoza sytuacji planety. Gdybyśmy odkryli podobne sygnały w skałach z dalekiej przeszłości, nie byłoby wątpliwości, że należy tam wyznaczyć granicę.

17.09.2023

Czyta się kilka minut

Sąd nad antropocenem
Segregowanie plastikowych butelek na wysypisku śmieci w Dace, Bangladesz, lipiec 2023 r. / JOY SAHA / ZUMA PRESS / FORUM

W STATECZNEJ NAUCE, jaką jest geologia, trwa wielkie zamieszanie. W najbliższych tygodniach odbędzie się kolejne głosowanie w sprawie wprowadzenia w geologicznej skali czasu nowego okresu: antropocenu. Rozumianego jako czas, w którym dominującą siłą kształtującą Ziemię stali się ludzie. W numerze 37. „Tygodnika” o tym, jak pojęcie antropocenu skłóciło geologów, a zarazem zrobiło karierę w środowisku naukowym i mediach, pisał Łukasz Lamża. Teraz oddajemy głos prof. Janowi Zalasiewiczowi, brytyjskiemu paleobiologowi o polskich korzeniach, który przez 11 lat stał na czele zespołu badającego skalę oddziaływania człowieka na ziemskie systemy i zbierał dowody na to, że od siedmiu dekad faktycznie żyjemy w antropocenie.Prof. Zalasiewicz właśnie otrzymał nagrodę IgNobla za opisanie, dlaczego paleontolodzy i geolodzy lubią lizać skały.

WOJCIECH BRZEZIŃSKI:Przenieśmy się o 10 albo 20 milionów lat w przyszłość. Ludzkości może tu już dawno nie być. Ale czy ktoś, kto pojawi się na Ziemi, będzie w stanie zorientować się, że tu byliśmy? Co zostanie po naszym antropocenie?

PROF. JAN ZALASIEWICZ: Nie mam żadnych wątpliwości, że będzie można go odnaleźć, podobnie jak dziś odnajdujemy geologiczne granice pozostałe po minionych wielkich transformacjach Ziemi. Na przykład tej, która nastąpiła po uderzeniu asteroidy, które zakończyło okres kredy. Pierwsze, co byłoby zauważalne, to zmiany w skamieniałościach żywych istot. Te z epoki antropocenu będą wyglądały inaczej od tych sprzed niej. Częściowo przez wymieranie wielu gatunków, ale też przez wielkie ujednolicenie życia. Przez nagłe pojawienie się nowych gatunków na obszarach, na których wcześniej nie występowały, a które potem zaczęły przechodzić procesy ewolucyjne na swoje własne sposoby. To byłby bardzo oczywisty sygnał o wielkiej skali. Każdy, kto zaobserwowałby tę przemianę, musiałby zadać sobie pytanie, jak i dlaczego do niej doszło.

Każdy kompetentny geolog z pewnością znalazłby też pozostałości betonu, plastiku czy kości kurczaków. Wielkie, dziwaczne warstwy osadów pochodzące z naszych wysypisk. Pogrzebane pozostałości miast. Ta granica będzie mniej subtelna od cienkiej warstewki irydu, która wyznacza koniec kredy. Ślady działalności człowieka będą całkiem oczywiste dla przyszłych geologów.

Pytam o to, bo krytycy terminu „antropocen” twierdzą, że ludzkości trudno równać się z geologicznymi procesami, które kształtowały Ziemię od miliardów lat. W porównaniu z płytami tektonicznymi czy wulkanami jesteśmy mróweczkami.

To słuszna, często stawiana kwestia. Byłoby miło, gdybyśmy mogli po prostu odrzucić antropocen jako przejaw ludzkiego egocentryzmu. W końcu ten termin zakłada, że staliśmy się dominującą siłą kształtującą planetę. My w naszej pracy skupiliśmy się na ustaleniu, czy są geologiczne podstawy dla takiego stwierdzenia. Przyglądaliśmy się efektom, jakie wywarły na planetę wydarzenia ostatnich mileniów, stuleci i dekad. Staraliśmy się ustalić, czy da się je porównać z naturalnymi procesami, takimi jak erupcje wulkanów, trzęsienia ziemi czy dryf kontynentalny. Doszliśmy do niekomfortowego wniosku, że to nie jest jedynie nasza megalomania.

Zmiany, które spowodowali ludzie, zwykle nieumyślnie, wywarły głęboki wpływ na naszą planetę. Muszę tu jednak wprowadzić istotne rozgraniczenie. Ludzkość, rozumiana jako gatunek Homo sapiens, ma około 300 tys. lat. „Kulturowo współcześni” ludzie, którzy pozostawili po sobie malowidła i dowody na istnienie złożonych struktur społecznych, około 50 tys. lat. Procesy urbanizacji, rolnictwo, wywołane przez człowieka wymieranie gatunków zaczęły się między 50 a 10 tys. lat temu. Mimo to wówczas jeszcze funkcjonowanie planety, całego systemu Ziemi, czyli klimatu, poziomów mórz, biosfery, było w zasadzie niezmienione.

Ostatnich 10 tys. lat epoki, w której formalnie jeszcze żyjemy – czyli holocenu – było okresem względnej stabilności tych czynników. To pozwoliło naszej cywilizacji się rozwinąć. Ale to, co wydarzyło się zwłaszcza w ciągu ostatnich 70 lat, wywołało poważne zaburzenie fundamentalnych procesów. Podstawowych cykli chemicznych węgla, azotu, fosforu czy funkcjonowania klimatu, który zaczyna się ocieplać w odpowiedzi na geologicznie istotne zmiany poziomów gazów cieplarnianych w atmosferze. Zmiany w biosferze nie ograniczają się już do środowisk lądowych, ale sięgają w głąb oceanów. Są to zjawiska, które pozostawią charakterystyczny ślad w zapisie kopalnym i wpłyną na dalszą ewolucję systemów Ziemi. To przemiana o geologicznej wadze, porównywalnej z największymi zmianami, jakich doświadczyła nasza planeta w ciągu ostatnich milionów lat.

 

W jaki sposób właściwie ustala się, czy jesteśmy w nowej epoce geologicznej?

Nasz zespół bada antropocen formalnie, nawet biurokratycznie, aby przekonać się, czy jest geologiczną rzeczywistością. Czy może stać się oficjalną częścią geologicznej skali czasu. Do uznania nowej epoki geologicznej potrzebna jest zgoda na wielu poziomach hierarchii ­naukowej. Grupa Robocza Antropocenu to najniższy poziom tego procesu. Mieliśmy bardzo konkretne, wąsko nakreślone zadanie. Samo pojęcie antropocenu rozrosło się koncepcyjnie w wielu kierunkach, ale my przyglądamy mu się wyłącznie z geologicznego, nawet stratygraficznego poziomu, czyli z perspektywy historii Ziemi.

Noblista Paul Crutzen stworzył termin „Antropocen” w 2002 r. Wasza grupa powstała w 2009 r. Dlaczego ten proces trwa tak długo?

Trwa jeszcze dłużej, bo Crutzen po raz pierwszy wspominał o tym terminie już w 2000 r., w mało znanej publikacji. W 2002 r. opublikował artykuł w „Nature”, który widziało już mnóstwo ludzi. Początkowo jednak ten termin był wykorzystywany wyłącznie przez niego, jego kolegów, przez wspólnotę zajmującą się zmianami klimatycznymi, ale nie przez geologów. W 2006 r. zaczęliśmy nieformalnie zastanawiać się, czy ma on sens z geologicznego punktu widzenia. Opublikowaliśmy w 2008 r. na ten temat krótką pracę, po czym poproszono nas o stworzenie formalnej, międzynarodowej grupy roboczej, która przyjrzałaby się tej kwestii we właściwy, biurokratyczny sposób.

Wcześniej proces od pierwszych badań po formalną ratyfikację jednostek geologicznych trwał zazwyczaj dekady, więc 13 lat to szybkie tempo. Mamy tu do czynienia z bardzo złożoną, wielopłaszczyznową kwestią. Przede wszystkim nie było w geologii tradycji zajmowania się współczesnością – 70 latami po II wojnie światowej. Oczywiście początkowo nie wiedzieliśmy, gdzie ostatecznie wyznaczymy linię. Crutzen proponował początki rewolucji przemysłowej, późny XVIII w., i uważaliśmy, że to sensowna koncepcja. Początkowo więc zajmowaliśmy się okresem przeszło 200-letnim, który i tak wychodził poza zwyczajowe zainteresowania geologów.

Stworzona przez nas grupa składała się z geologów, ale też archeologów czy historyków, co również odbiegało od tradycji. Staraliśmy się zebrać dowody i zrozumieć, czym z geologicznej perspektywy jest antropocen i kiedy się zaczął.

Jednak pomysł odwołania się do rewolucji przemysłowej upadł. Dlaczego?

Przekonaliśmy się, że proponowany przez Crutzena początek rewolucji przemysłowej w geologicznym kontekście nie sprawdza się jako granica. Rozmaite towarzyszące jej efekty zaczynały się w jednym miejscu, potem pojawiały w kolejnych, cały proces industrializacji obiegał świat przez ponad stulecie. Pozostawione przez niego ślady były więc rozbieżne w przestrzeni i czasie. A dla geologicznej jednostki czasu ważne jest, by wyznaczona granica była taka sama na całym świecie.

Przyjrzeliśmy się więc opracowanej przez Crutzena i jego kolegów koncepcji „wielkiego przyspieszenia” – gwałtownego wzrostu populacji, industrializacji, globalizacji i technologii od połowy XX w. Zidentyfikowali oni zarówno rozpoczynające się wówczas zmiany socjopolityczne, na przykład ogromne wzrosty globalnych wskaźników PKB, jak i zmiany w systemach Ziemi, takie jak wylesianie czy wzrost stężenia gazów cieplarnianych.

Kiedy my przyjrzeliśmy się geologii z połowy XX w., zaczęliśmy faktycznie dostrzegać w danych mnóstwo charakterystycznych sygnałów, takich jak popiół ze spalania paliw kopalnych znajdowany w mule, piasku czy torfowiskach. Plastiki w najświeższych warstwach osadów. Radioizotopy pochodzące przede wszystkim z atmosferycznych testów broni jądrowej z lat 40., 50. i 60. W sumie odkryliśmy ponad sto różnych sygnałów, które mogliśmy wykorzystać do śledzenia globalnych przemian.

Obserwujemy np. zmianę w stosunkach między izotopami węgla: wskutek spalania paliw kopalnych notujemy więcej izotopu C-12, a mniej C-13 w zapisie geologicznym. Widzimy w glebie i osadach podwyższone stężenia pewnych pierwiastków i związków chemicznych, w tym metali ciężkich czy pestycydów. Obserwujemy wreszcie bardzo drastyczną zmianę w procesach erozji i tworzenia osadów.

Ludzie bardzo energicznie przekopują krajobraz z wielu powodów. Jesteśmy obecnie czynnikiem erozji o rząd wielkości ważniejszym od jakiegokolwiek naturalnego procesu. Choć więc mówimy o okresie zaledwie 70 lat, mamy dość grubą warstwę współczesnych osadów, które zawierają te sygnały. Ślady tego wielkiego przyspieszenia od połowy XX w. widzimy w oceanach, w lodowcach, w torfowiskach, w szkieletach koralowców. Dlatego około 2015 r. postanowiliśmy, że granicę postawimy w połowie XX w.

Mimo że 70 lat to w geologii mgnienie oka.

To prawda, i wielu moich kolegów czuje się z tym niekomfortowo. Jesteśmy przyzwyczajeni do pracy z o wiele dłuższymi okresami. Ale wszystko zależy od tego, co dzieje się przez tych 70 lat. Cały system Ziemi może ulec przemianie w o wiele krótszym czasie. Klasycznym przykładem jest ułamek sekundy, w którym 10-kilometrowa planetoida uderzyła w dzisiejszy Meksyk, niszcząc świat dinozaurów i otwierając drogę ssakom i roślinom kwiatowym. To ekstremalny przykład, ale sposoby, na które ludzkość wywiera wpływ na systemy fizyczne, chemiczne i biologiczne, są porównywalne do skutków tego uderzenia. Jesteśmy dzisiaj w sytuacji podobnej do takiej, w jakiej znalazłby się ktoś, kto trafił na Ziemię w 70 lat po tamtym zdarzeniu. Świat przeszłości został nieodwołalnie zmieniony. Nowy jeszcze się nie uformował.


WIELKIE WYZWANIA: ANTROPOCEN

Przyglądamy się największym wyzwaniom epoki człowieka oraz drodze, która zaprowadziła nas od afrykańskich sawann do globalnej wioski. Omawiamy badania naukowe i dyskusje nad interakcjami między człowiekiem i innymi elementami przyrody – zarówno tymi współczesnymi, jak i przeszłymi. CZYTAJ WIĘCEJ W SERWISIE SPECJALNYM >>>


Czy jako paleobiolog widzi Pan w historii Ziemi okresy, kiedy zachodziły podobne zmiany, czy też mamy do czynienia z procesem zupełnie nowym?

Niektóre aspekty naszej działalności są nowe, inne mają swoje analogi. Ziemia przechodziła już zmiany klimatyczne, czasem dość gwałtowne, które możemy dziś analizować w oparciu o ślady, jakie pozostawiły w skałach. Możemy szacować ich efekty i tempo. 55 mln lat temu, zaledwie 10 mln lat po uderzeniu tamtej asteroidy, do atmosfery trafiła duża ilość dwutlenku węgla i metanu. W ciągu kilku tysiącleci temperatura Ziemi podniosła się o ok. 5 stopni Celsjusza. Proces potrwał 100-200 tys. lat, ale zmiany, jakie wywołał w biosferze, były permanentne. Zmieniły bieg historii biologicznej. Ten okres ocieplenia uznajemy dziś za granicę między paleocenem a eocenem. Nie uwolniliśmy jeszcze tak wielkiej ilości gazów cieplarnianych, ale i tak zaburzamy już bilans cieplny Ziemi. Oceany przyjmują ciepło w tempie odpowiadającym wlewaniu do nich co sekundę 4 mld filiżanek gorącej herbaty.

Inne efekty naszej działalności są zupełnie nowe. Przenoszenie gatunków roślin i zwierząt między kontynentami, czyli, jak to nazywamy, fenomen gatunków inwazyjnych, dokonał resetu biologii całej planety na sposób, który zdecyduje o jej biologicznej przyszłości. Podobne fenomeny w przeszłości zdarzały się tylko wtedy, gdy łączyły się kontynenty. Wiele naszych chemicznych wynalazków, takich jak syntetyczny plastik, też nie ma swoich odpowiedników w geologii.

Dyskusje jednak nie wygasają. Kilkanaście dni temu prof. Erle Ellis ogłosił odejście z Grupy Roboczej Antropocenu i nazwał przyjęcie tej konkretnej daty granicznej nienaukowym i szkodliwym. Procesy, o których mówicie, są jego zdaniem o wiele bardziej rozłożone w czasie.

Prof. Ellis patrzy na te kwestie z perspektywy historii ludzkości. Tak, ludzie powodują zmiany od bardzo dawna, ale z perspektywy całej Ziemi były one do niedawna trywialne, a niektóre mogły nawet przyczyniać się do stabilizowania systemów planetarnych. W połowie ubiegłego wieku zaczęła kształtować się jednak zupełnie nowa planeta. Niestabilna i niezrównoważona. Od 1950 r. ludzkość spalając paliwa kopalne zużyła więcej energii niż przez poprzednich 11 700 lat holocenu.

To wpływa na warunki życia wszystkich gatunków na Ziemi. Różnica jest taka jak między psem, który ma pchły, a psem, który został zaatakowany przez ławicę piranii.

Czy nie jest jednak tak, że termin „antropocen” jest istotniejszy jako symbol polityczny niż jako termin naukowy?

Nie jestem właściwym adresatem tego pytania. Oczywiście od samego początku zdawaliśmy sobie sprawę, że ten termin będzie inny od któregokolwiek wykorzystywanego dotąd do pomiaru czasu w geologii, że będzie miał znaczenie polityczne i społeczne. Nie tylko dlatego, że oznacza on okres, w którym żyjemy obecnie, ale też dlatego, że reprezentuje zmiany, które wpływają i będą wpływać na resztę naszego życia. ­Termin jest jednak naukowo użyteczny, bo zbiera w jednym miejscu wiele fenomenów, o których często mówi się osobno. Zakwaszanie oceanów, utratę bioróżnorodności, rozmaite rodzaje zanieczyszczeń. Geologia pozwala położyć obok siebie te wszystkie zjawiska i umieścić je w kontekście nie tylko tysiącleci, ale głębokiego czasu geologicznego. Możemy więc porównywać dzisiejsze zjawiska z końcem okresu kredy, z granicą paleocenu i eocenu itd.

Próbowaliśmy się skupiać na kwestiach naukowych i sądzę, że się nam to udało. Patrzyliśmy na antropocen tak obojętnie i abstrakcyjnie, jak na zmiany w odległej przeszłości. Nawet gdyby antropocen nie miał znaczenia politycznego, to skala przemian geologicznych usprawiedliwiałaby jego wyodrębnienie.

Często stawia się zarzut, że antropocen jest rodzajem politycznego gestu. Że geolodzy bawią się rzeczami, którymi nie powinni się bawić. Tymczasem to po prostu geologiczna diagnoza sytuacji planety. Gdybyśmy podobne sygnały odkryli w skałach z dalekiej przeszłości, nie byłoby żadnej wątpliwości, że należy tam wyznaczyć granicę.

Praca Waszej grupy się zakończyła, teraz czekają nas formalne głosowania nad uznaniem antropocenu za oficjalną epokę geologiczną.

Teraz kwestia formalnego włączenia antropocenu do geologicznej skali czasu trafiła do podkomisji stratygrafii czwartorzędu, do której należę od wielu lat. Podkomisja otrzymała opracowanie zawierające wszystkie nasze dowody, a teraz musi przedyskutować to, czy antropocen należy sformalizować. W podkomisji zasiadają ludzie, którzy nie mają doświadczenia w pracach nad antropocenem, więc to dla nich nowy i potencjalnie trudny, kontrowersyjny temat. Jeśli 60 proc. członków zagłosuje za, sprawa trafi przed Międzynarodową Komisję Stratygrafii, która skupia naukowców zajmujących się jurą, kambrem i wszystkimi innymi okresami, więc ludzi jeszcze bardziej oddalonych od tematu. A na koniec termin musi zostać przyjęty w głosowaniu przez Międzynarodową Unię Nauk Geologicznych. Przed nami wielkie kroki, wielkie przeszkody i nie wiem, jak potoczy się proces. Przedstawiliśmy dowody tak jasno i tak szczerze, jak to możliwe. Ale to jak gra w kasynie. Nie jestem w stanie przewidzieć, jak to się skończy.

Czy w geologii często zdarza się taka ekscytacja?

Nie wiem, czy nazwałbym to ekscytacją. To raczej turbulencje. Sekretem geologów jest to, że zajmujemy się tą nauką dla frajdy. Dla fascynacji, jaka wiąże się ze zrozumieniem życia w przeszłości. Dla czystej fizyczności gór czy wulkanów. Antropocen przedstawia sobą inną perspektywę, która może nie być komfortowa. Bez względu na to, jak potoczą się kwestie formalne, same prace nad nim pozostawią jednak po sobie dziedzictwo. Nawiązaliśmy kontakty między ludźmi z różnych dyscyplin. Rozmawialiśmy z historykami, filozofami i innymi badaczami, którzy wnosili swoje własne punkty widzenia. Te kontakty, nawiązane między naukowcami różnych dyscyplin, są niezwykłe. To właśnie będzie trwałe dziedzictwo antropocenu: tworzy turbulencje i pobudza kreatywność. ©


 

Projekt dofinansowany ze środków budżetu państwa, przyznanych przez Ministra Edukacji i Nauki w ramach Programu „Społeczna Odpowiedzialność Nauki II”

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarz naukowy, reporter telewizyjny, twórca programu popularnonaukowego „Horyzont zdarzeń”. Współautor (z Agatą Kaźmierską) książki „Strefy cyberwojny”. Stypendysta Fundacji Knighta na MIT, laureat Prix CIRCOM i Halabardy rektora AON. Zdobywca… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 39/2023