Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Omijany temat

Omijany temat

13.10.2010
Czyta się kilka minut
Dlaczego we współczesnej Polsce dyskutowanie o postawach inteligencji między rokiem 1945 a 1989 jest czynnością mało popularną, raczej omijaną?
"

"Rodowody niepokornych" Bohdana Cywińskiego [książka o postawach inteligencji z przełomu XIX i XX wieku - red.] z pewnością nie pomogą dziś żadnej współczesnej grupie inteligencji - ani w zrozumieniu samych siebie, ani korzeni własnej tożsamości. Trzydziestolatkom rekomendowałbym dzisiaj raczej lekturę wprowadzenia do dwuznaczności, jaką stanowi "Życie towarzyskie i uczuciowe" Leopolda Tyrmanda, niż "Z dziejów honoru w Polsce" Adama Michnika. Postąpiłbym tak nie ze względu na opcje ideowe obu autorów, ale ze względu na rodzaj wrażliwości, która młodemu pokoleniu inteligencji jest dziś szczególnie potrzebna.

Kłopot z naszą dyskusją

Jego poprzednicy chorowali bowiem - i chorują nadal - na pewien specyficzny pryncypializm, podszyty tanią moralistyką i głęboko nietolerancyjny (szczególnie wśród zdeklarowanych głosicieli tolerancji jako światopoglądu, a nie praktyki relacji międzyludzkich). Ów pryncypializm jest postawą dominującą we wszystkich nurtach ideowych. Sprawia, że przepustką do środowiskowej popularności staje się najczęściej totalna głuchota na argumenty przeciwników, oraz jednoznaczne - i oparte na wyborze moralnym, a nie intelektualnym - odrzucenie tego, co powstaje poza ramami własnej grupy.

Ten sposób funkcjonowania inteligencji utrudnia niezwykle prowadzenie debaty historycznej i zrozumienie własnych postaw, ich korzeni i uwikłań w zdarzenia minione. Każda grupa dąży bowiem do "angelizacji" własnej roli. Tendencja do ujawnienia tylko tych aspektów, które wskazują na wzniosłe motywy, odrywa zarazem postawy całych środowisk od ich interesów, od obaw i lęków o przetrwanie i pozycję, od personalnych animozji i związków.

Szczególnym tabu są - liczne przecież - fakty współpracy z władzami PRL, fakty uczestniczenia w ich ideologicznych kampaniach, piętnowania odstępstw. Gdy czytamy niektóre wspomnienia, możemy sobie wyobrazić tamtą epokę jako okres, w którym mieliśmy do czynienia z izolacją wąskiej elity władzy oraz z szerokim oporem społecznym.

Amnezja i jej skutki

Takie zakłamanie prowadzi nas do sytuacji, w której matrycą opisu PRL staje się albo stanowisko emigracji londyńskiej, albo najbardziej naiwna wersja nadziei paryskiej "Kultury" z połowy lat 50. Ta druga wersja, której rdzeniem jest przekonanie o sprawczej roli partyjnych "reformatorów" czy "liberałów" oraz partyjnych "dysydentów", tworzy dość szczególną możliwość uzasadnienia wszelkich aktów nie tylko współpracy z władzą, ale wręcz uczestniczenia w jej sprawowaniu. Także w latach 80., gdy na kartach "Kultury" brakło usprawiedliwienia nie tylko dla członków partii i aparatu władzy PRL, ale także dla kręgów kierowniczych Kościoła podejmujących rozmowy z władzą i przestrzegających przed radykalizmem.

Ci zatem, którzy nie uczestniczyli w "czyśćcu" stanu wojennego, którzy - mówiąc metaforycznie - nie wymazali epizodu członkostwa w PZPR rzuceniem legitymacji 13 grudnia 1981 r., mogą jeszcze skorzystać z "czyśćca partyjnych reformatorów" i znaleźć się w "niebie Trzeciej Rzeczypospolitej".

Niebie, które powstało nie przez "pojednanie", ale przez umowę o amnezji. O ile do pojednania można było dochodzić poprzez rozumienie źródeł rozmaitych postaw i decyzji (bez konieczności ich podzielania i usprawiedliwiania), o tyle amnezja była znacznie łatwiejsza. Wystarczyło "zabetonować" lub spalić archiwa, usunąć poza nawias pamięci dowody na piśmie, uznać za perfidię cytowanie dawnych wystąpień, wierszy, przywoływanie niezbyt chwalebnych akcesów i przynależności.

Wydaje się zatem, że po latach 90. musiała nastąpić jakaś wersja historycznej terapii, w którą znakomicie wpisały się publikacje IPN-u, ukazujące "twarde" mechanizmy zniewolenia, oparte na przemocy i infiltracji. Na personalnym uwikłaniu wielu ludzi spoza aparatu władzy w jego najbardziej nikczemne - bo podejmowane przeciw bliskim, nie podejrzewającym niczego ludziom - działania.

Akces do systemu: motywy

Nie doprowadziło nas to jednak do wiedzy o "miękkich" regułach PRL-u, równie istotnych dla zrozumienia lat 60. i 70. Nie można bowiem zrównywać akcesu do obozu twardej przemocy i represji z lat stalinowskich (1944-56), gdy władza miała w istotnej mierze jawnie niszczycielski charakter, z postawami konformizmu z czasów rządów Gomułki czy Gierka.

Warto zatem dokonać rekonstrukcji owych miękkich źródeł akcesu do świata władzy. Kiedy czyta się bowiem teksty sprzed roku 1980, to uderza całkiem odmienna od współczesnej perspektywa. Po pierwsze - znacznie niższy (zwłaszcza w tekstach krajowych, ukazujących się poza zasięgiem cenzury) poziom pryncypializmu, świadomość dwuznaczności postaw współpracy i - co bardzo ważne - przekonanie o długim trwaniu komunizmu i dwubiegunowego ładu międzynarodowego.

Ta odmienna perspektywa uruchamia zatem u znakomitej większości przekonanie, że PRL jest jedynym "realnym porządkiem", w ramach którego można tworzyć jakieś fakty dokonane - poszerzać zakres wolności, zwiększać potencjał kraju, formować postawy młodego pokolenia itp.

Pierwszym i podstawowym "miękkim" argumentem współpracy stanie się zatem mały realizm, nie mający odniesienia do myśli politycznej, ale raczej do realiów cywilizacyjnych. Juliusz Mieroszewski pisał, że dla pozostającego w więzieniu dodatkowa miska jedzenia jest rzeczą ważną, choć z perspektywy wolności wydaje się bez znaczenia. Każdy skrawek wolności, miejsca dla swobodnej twórczej inicjatywy - nawet jeżeli nie wymierzonej w podstawy ustroju - staje się czymś atrakcyjnym i nierzadko wartym takiego czy innego aktu lojalności.

Bardzo dobrze motyw ten ukazuje koncepcja "umowy o partyjność", sformułowana przez Jakuba Karpińskiego, w której akt lojalności, jakim jest przyjęcie partyjnej legitymacji, otwiera drogę do awansu, dostęp do pewnych kategorii dóbr materialnych, ale także daje pewne większe możliwości działania. Dla części "życiowców" (to określenie Mirosława Dzielskiego), pragnących za wszelką cenę działać społecznie, tworzyć trwałe fakty - choćby w niewielkiej przestrzeni - legitymacja PZPR stawała się przepustką do możliwości samorealizacji.

1968: przełom (dla niektórych)

Warto też zwrócić uwagę na inny motyw współpracy z władzą. Dla znaczącej części inteligencji argumentem za związkiem z władzą mogły być nie tylko możliwości działania, przywileje czy lęk przed niełaską. "Władza ludowa" stała też w opozycji do Kościoła, do przedwojennego państwa, do narodowego tradycjonalizmu. Wyzwalała kraj z tej wersji polskości, której część polskiej inteligencji nie znosiła jeszcze w latach 30. To ogniwo porozumienia z władzą jest ukrywane. Z jednej bowiem strony istnieje spora wiedza o niskich motywach współpracy. Z drugiej zaś - akcentowanie tego aspektu opisywałoby nie tylko postawy z lat 50. czy 60., ale także z początków Trzeciej Rzeczypospolitej.

Zauważmy, że nawet w tych najbardziej poddanych poprawnościowej obróbce wersjach życiorysów bardzo silnie akcentuje się Marzec 1968 roku jako punkt zerwania czy rozczarowania władzą. Moment, w którym obóz władzy uruchamia akcję antysemicką, staje się chwilą, w której część elit inteligenckich dostrzega tę twarz władzy, która zdecydowanej większości Polaków znana jest od dawna. Co więcej - trzeba też powiedzieć, że tylko stosunkowo niewielka część "postępowej inteligencji" uzna te wydarzenia za casus belli. Zdecydowana większość pozostanie nadal w dobrych relacjach ze światem władzy.

1980: przełom (dla większości)

Momentem przełomowym dla większości inteligencji będzie 1980 r. i powstanie "Solidarności", a ostatecznym punktem przełomowym - wprowadzenie stanu wojennego.

Ale i po tej dacie mamy do czynienia z rozmaitymi aktami uległości i współpracy, które warte byłyby opisania i wnikliwej analizy. Wydaje się bowiem, że - podobnie jak w okresie stalinowskim - bardziej jednoznaczna przemoc i represja ograniczała pole "miękkich" motywacji współpracy. Co jednak sprawiało, że spora część inteligencji nie wycofała się z niej, a czasem nawet silniej się w nią angażowała? Mogło to być związane z jednej strony z osłabieniem wymogów natury ideologicznej, z dopuszczeniem do świata władzy osób, które mogły akcentować swą religijność czy dystans wobec komunizmu. Mogło wiązać się ze strachem przed represją lub z karierowiczostwem.

To, co pozostaje bardzo ważne, a dziś uchodzi naszej uwadze - zarówno w latach 80., jak też jeszcze silniej w poprzednich dekadach - to istnienie dość powszechnego w świadomości Polaków przekonania, że samo pozostawanie w kręgu władzy nie jest ostatecznym kryterium ocen moralnych.

Doskonale pamiętamy bowiem tych, którzy stan przemocy wykorzystywali jako okazję do bezkarnej podłości, do znęcania się nad podwładnymi, nad osobami, które były internowane czy aresztowane, nad uczniami czy studentami. I tych ludzi w obozie władzy, którzy zachowywali się względnie przyzwoicie. Chcę podkreślić, że nie chodzi tu o usprawiedliwienie, lecz o rozróżnienie tych dwóch postaw. Oczywiście - własne wersje zdarzeń formułowane przez ludzi ze świata władzy zawsze akcentują każdy gest "wyrozumiałości" i ukrywają skrzętnie to, co podłe.

Problem z kryteriami (moralnymi)

Jednak brak bardziej subtelnych opisów moralnych sprawiał, że często za podstawę kwalifikacji etycznej służyły aspekty czysto formalne, przesuwając kwestię winy indywidualnej ku odpowiedzialności nie tyle nawet "zbiorowej", co "instytucjonalnej".

Osłabiało to możliwość wartościowania postaw w rozmaitych okresach PRL-u i ustanowiło dwa podstawowe porządki moralne: ten potępiający każdy formalny akces do świata władzy oraz ten, który - niejako w odruchu obronnym - usprawiedliwia każdą podłość, uzasadniając to lękiem przed krzywdzącym potępieniem. Co więcej, tak ukształtowane status quo uniemożliwia ukonstytuowanie się jakiegoś sensownego etosu inteligencji czy - mówiąc szerzej i bardziej funkcjonalnie - elity opiniotwórczej.

Po pierwsze dlatego, gdyż osią sporu jest utrzymanie lub zakwestionowanie pozycji obecnego establishmentu, zaś twardą regułą jego funkcjonowania jest milczenie o przeszłości. Przeszłość publiczna istotnych przedstawicieli tej grupy jest traktowana na równi z ich najbardziej prywatnymi sprawami. Mówi się o niej niezwykle oględnie, tak, że wprowadzenie wspomnianych wyżej dystynkcji staje się niemożliwe. Trudno dowiedzieć się, czy udział w strukturach władzy miał charakter powierzchowny i formalny, i nie wiązał się z krzywdą innych ludzi, czy też przeciwnie - był zaangażowany i nie wolny od haniebnych uczynków.

Problem z granicami (przyzwoitości)

Po drugie, tak ukształtowany establishment za naczelną dyrektywę przyjmuje utrzymanie status quo. Jego wzory zachowań ukształtował bowiem początek lat 90., z podstawową niepewnością (lękiem): jak wiele przywilejów utracimy pod panowaniem nowych reguł? Na wszelki wypadek zatem broniono każdego przywileju, każdego życiorysu, przesuwając granice przyzwoitości bardzo, bardzo daleko. Najpierw tym porządnym był Kwaśniewski (i jemu podobni), potem także Cimoszewicz, z czasem także Miller, a wreszcie - Kiszczak i Urban.

Co więcej, takie przesunięcie granicy przyzwoitości musiało powodować wykluczenie po drugiej stronie. Kontrowersyjny musiał być Kukliński, z czasem w sferze intelektualnej kontrowersyjni stali się Legutko i Wildstein, a potem nawet Śpiewak i Gowin.

Gdy przyjrzymy się motywom zerwania, które pozbawiały wspomniane wyżej osoby uznania ze strony establishmentu - dostrzeżemy, że nie chodziło tu o żadną kwestię "merytoryczną". Jarosław Gowin nie mówi czegoś innego w sprawach aborcji czy in vitro niż przed 20 czy 15 laty. Tym, co rodzi nieufność, jest jego stosunek do PRL i postkomunizmu. Podobnie w przypadku "dobrego" na początku lat 90. Wildsteina, który nie odpuścił sprawy Pyjasa i pozwolił, by była miarą oceny postaw i czasów Trzeciej Rzeczypospolitej. Podobnie ze Śpiewakiem i dziesiątkami innych. Sztuka debaty zamieniła się w sztukę wykluczenia, pomijania, jednolitofrontowej lojalności. Z niedobrymi skutkami także po stronie przeciwników establishmentu.

Problem z blokadą (poznawczą)

Wreszcie - trzecią istotną przyczyną, dla której kontekst historyczny uniemożliwia ukształtowanie się pluralistycznej elity opiniotwórczej, jest mechanizm blokady poznawczej. Można schlebiać wiekowym patronom, ale nie powinno się w zasadzie badać ich twórczości, postaw, motywów działania. Przekonuje o tym całkowicie wewnątrzestablishmentowa sprawa publikacji biografii Kapuścińskiego. To, że na rynku książkowym nie powinno być biografii Wałęsy pióra Cenckiewicza i Gontarczyka czy Zyzaka, wynika z opisanego wyżej mechanizmu wykluczania. To, że biografii Kapuścińskiego nie powinien pisać Domosławski, sprawia, że "reprodukcja" establishmentu może dokonywać się tylko w ściśle militarnym szyku.

Mechanizmy akcesu do świata władzy PRL, charakter zależności, do jakich akces ten prowadził, moralne i towarzyskie dylematy tamtych czasów mają - według panujących dziś establishmentowych reguł - ulec zatarciu. Dystynkcje postaw w obrębie tego świata mają zostać unicestwione. Kwestionowanie zaś tych reguł prowadzić ma nieuchronnie poza establishment lub na jego margines. Bez względu na głoszone hasła - rdzeniem tego porządku pozostaje nie wizja przyszłości, lecz przeszłość zza "grubej kreski". ?h

RAFAŁ MATYJA (ur. 1967) jest politologiem. W latach 80. w opozycji. Wieloletni prodziekan Wydziału Studiów Politycznych i kierownik Zakładu Studiów Politycznych Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu. Autor książek "Państwowość PRL w polskiej refleksji politycznej lat 1956-1980"; "Konserwatyzm po komunizmie"; "Państwo, czyli kłopot".

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]