Reklama

Mistrz i uczeń

Mistrz i uczeń

21.04.2009
Czyta się kilka minut
Pozostaje w nas po mistrzach jeden ślad - zasada twórczości. Tak jak, powiedzmy, po mnie nic nie zostanie, oprócz tych paru dowcipów - tym raduję się, oczywiście - jeszcze które Franek Gąsienica wymyśla, a ja, jak ten magiel, to powtarzam - tekst wykładu ks. Józefa Tischnera z 12 kwietnia 1983 r. z drugiego tomu dzieł zebranych wydanego właśnie przez Instytut Myśli Józefa Tischnera.
Ks. Józef Tischner / fot. archiwum TP
N

Na poprzednich wykładach mówiliśmy o wzorach osobowych charakterystycznych dla poszczególnych stopni wartości. Tę samą sprawę, a więc sprawę wzoru osobowego, omówimy od drugiej strony, mianowicie od strony ucznia. Co to znaczy "być uczniem" wedle Maxa Schelera? Jak wiemy z poprzednich wykładów, relacja pomiędzy uczniem a mistrzem, pomiędzy uczniem a świętym, uczniem a geniuszem jest relacją głęboko przenikniętą doświadczeniami wartości. W gruncie rzeczy niemożliwe jest u Schelera doświadczanie wartości w oderwaniu od doświadczenia drugiego człowieka. Drugi człowiek przychodzi do nas z wnętrza jakiejś hierarchii wartości - naszej i jego. Spotkanie z drugim człowiekiem jest wzajemnością na płaszczyźnie wartości. Nie zdajemy sobie na ogół sprawy z tego, jak ogromną rolę odgrywa w tym spotkaniu wrażliwość na wartości. Nasza uwaga jest zaabsorbowana przez rozmaite małe lub duże wydarzenia: czy przyjdzie, czy przyjdzie punktualnie? Jeżeli przyjdzie, co powie, jak powie? Nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak bardzo dużą rolę w tego rodzaju niepokojach i pytaniach odgrywa świat wartości.

Chciałbym dzisiaj, idąc za myślą Schelera, skoncentrować się nie tyle na dawcach wartości, ile właśnie na ich odbiorcach, a więc - po polsku mówiąc - na uczniach, wychowankach. Niestety, nie ma tutaj dobrego słowa. Niemieckie słowo, używane przez Schelera, brzmi "Nachfolger", a więc "ten, który naśladuje", ale naśladuje w etymologicznym sensie tego słowa. Naśladować znaczy "znajdować się na śladach", "być na śladach". "Nachfolger" to jest ten, który idzie za kimś, czyli idzie czyimś śladem. I już sama ta metaforyka czy samo to słowo wskazuje na jakieś bardzo ważne doświadczenie, które jest warunkiem mistrza i ucznia - mianowicie na doświadczenie nadziei. Ten, kto idzie za kimś, jest ożywiony jakąś nadzieją. Słowo "Nachfolger" wskazuje na wędrowca, wskazuje na pielgrzymowanie; jest jakaś relacja pielgrzymstwa między człowiekiem a człowiekiem. Obydwaj są ożywieni jakąś nadzieją i spotykają się na płaszczyźnie owej nadziei. W pewnym momencie ich drogi się krzyżują - jeden staje się uczniem, a drugi mistrzem. Doświadczenie nadziei jest tutaj niezwykle ważne i szkoda, że Scheler nie zwraca na to doświadczenie zbytniej uwagi. Słowo "Hoffnung" (nadzieja) nie pada w jego tekście, ale jest zawarte w samym słowie "Nachfolger". Polskie słowo "naśladowca" nie jest tu dobrym słowem, ponieważ zazwyczaj kojarzy się nam ze wzorem, a wzór kojarzy się nam z gliną i z formą, która nam tę glinę ugniata. I od razu mamy przemoc i od razu nie ma to nic wspólnego z doświadczeniem wartości. Natomiast ten, który idzie po śladach, ten, który tropi ślady, jest kimś zupełnie innym, bo ślady nie są jawne, trzeba ślady wytropić, trzeba odkryć ślady.

Dużo tutaj można by na ten temat powiedzieć, opierając się na tekstach Ewangelii, bo tak wygląda tekst Schelera, jak gdyby był inspirowany tamtymi scenami. Nie było łatwo uczniom iść za Chrystusem. Ale nie tylko dlatego nie było łatwo, że droga była trudna, tylko także dlatego, że ślad był niewidoczny. Trzeba było umieć odczytać ślad i dlatego relacja między uczniem a mistrzem nie ma w sobie nic z tej relacji między formą a gliną. Jest relacją obustronnie twórczą. Nadzieja jest tu konieczna. Wyobraźmy sobie, proszę Państwa, człowieka, który utracił nadzieję. Człowiek taki nie może być uczniem, człowiek musi przychodzić do mistrza z jakąś nadzieją. Dopiero na bazie tej - może nawet ukrytej - nadziei możliwe jest wzajemne tworzenie. Oczywiście nie znaczy to, aby człowiek zdawał sobie wyraźnie sprawę z tej nadziei. Bardzo często przychodzi z inną nadzieją, a mistrz proponuje mu inną nadzieję i dochodzi do konfliktu pomiędzy nadziejami uczniów a nadziejami mistrzów. W Ewangelii uczniowie przychodzili z nadzieją: "kiedy wyzwolisz Izraela?", natomiast odpowiedź była: "Królestwo moje nie jest z tego świata". I było spotkanie na poziomie jakiejś nadziei, ale z drugiej strony był niezwykle głęboki konflikt nadziei. I w sumie Jezus zostaje ukrzyżowany jako ofiara zawiedzionych nadziei.

Można powiedzieć - wedle Schelera - że istnieją jak gdyby dwa etapy albo dwa poziomy tej relacji pomiędzy uczniem a mistrzem. Poziom pierwszy jest poziomem nieświadomym, nieuświadomionym: uczeń nie wie, że drugi człowiek jest jego mistrzem. Ten wpływ pierwotny - albo raczej: pierwotny odbiór - jest odbiorem mimowolnym, odbiorem ciemnym. Pisze Scheler:

"Osoba, albo grupa osób, która naśladuje swój wzór, nie ma nawet potrzeby poznać go w sposób świadomy i wiedzieć, że jest on ich wzorem. Stosunkowo rzadko rozpoznaje go jako swój pozytywny ideał możliwy do zdefiniowania i wie o tym tym mniej, im bardziej przemożny jest wpływ formującego oddziaływania wzorów".

A więc Scheler podkreśla pewną podświadomość, nieświadomość pierwotnego odbioru. Odbiór jest nieświadomy, ale nie tylko w tym sensie nieświadomy, że uczeń nie może o tym nic wiedzieć, ale także w tym sensie, że uczeń nie chce tego wiedzieć, że uczeń nie potrzebuje tego wiedzieć. Uczeń nie potrzebuje wiedzieć o tym, że ktoś jest jego mistrzem; po prostu jest. Raz jeszcze pokazuje się tutaj zagadkowa strona naszego poznania. My zaczynamy poznawać dopiero wtedy, kiedy nam coś przeszkadza. Umiłowanym sposobem naszego poznawania świata jest poznawanie przez napiętnowanie. Kiedy przypomnimy sobie naszą szkołę - albo niekoniecznie przypomnimy, tylko uświadomimy sobie w tej chwili naszą szkołę - to widzimy, że najwięcej problemów poznawczych mamy z tymi pedagogami i wykładowcami, z którymi nie możemy dojść do zgody. Dopiero wtedy zastanawiamy się, cóż to są za typy - czy też prototypy... - i wtedy wyłania się u nas problem poznawczy. Natomiast tam, gdzie wszystko idzie normalnie, w ogóle nie ma problemu poznania. Jest wpływ rzeczywistości, [która] jest tutaj bardziej pierwotna niż poznanie. I bardzo ciekawe jest także to, że wpływ mistrza na ucznia dokonuje się często w ten sposób, że idzie on niezależnie od woli ucznia. Co to znaczy: niezależnie od woli ucznia? To znaczy: bywa czasem tak, iż uczeń chce - i nie wychodzi. To jest bardzo charakterystyczne.

Opowiadano o chorych psychicznie, których leczył Kępiński, że niektórzy z nich do tego stopnia byli oczarowani postawą Kępińskiego, że naśladowali nawet jego chód, sposób chodzenia. A więc była tutaj jakaś chęć przejmowania czegoś, ale z drugiej strony przejmowało się nie to, o co w tym przejmowaniu naprawdę chodzi. Przejmowało się wzory zewnętrzne, natomiast to, co istotne, pozostawało na boku. Możemy więc powiedzieć, że odbiór jest nie tylko nieświadomy, ale bardzo często mimowolny. Mówię: bardzo często, bo to nie jest regułą, bo bardzo często, a nawet o wiele częściej, ten odbiór staje się świadomy, a nawet istnieją specjalne techniki wychowawcze, które umożliwiają ów odbiór.

Państwo z tymi technikami wychowawczymi na szczęście (albo na nieszczęście) nie macie nic do czynienia, ale gdyby Państwo zechcieli wstąpić - przynajmniej na czas jakiś - do klasztoru i odbyli nowicjat, to by Państwo zobaczyli, że tam istnieje ascetyka, która jest podręcznikiem przejmowania wzorów. Oczywiście, nie jest to podręcznik łatwy, dlatego że przejmowanie wzoru musi być twórcze i nie zawsze się o tym mówi, nie zawsze się o tym wie, ale od czasu średniowiecza co najmniej, a nawet wcześniej, rozmaite szkoły życia klasztornego, duchowego czy wewnętrznego wypracowały rozmaite podręczniki przejmowania wzorów - przejmowania wartości od mistrza. Ale to także - kiedy się popatrzy na sprawę poprzez skutki - potwierdza wniosek, że czasem choćby człowiek [nie wiem] jak chciał przejmować wzór, to nie wychodzi; wtedy przejmuje zewnętrzne zachowanie, zewnętrzny styl, wtedy przejmuje grę, ale nie rzeczywistość.

I to nie jest do końca wyjaśnione, jak jest z tym przejmowaniem wzorów. Jest rzeczą ewidentną, że każdy z nas ma jakiś wzór. I to nie jeden zazwyczaj i to nie jeden na stałe, tylko to się zmienia. I jest rzeczą ewidentną, że ogromną rolę odgrywa tutaj wrażliwość na wartości. A że wrażliwość ta, wedle Schelera, jest emocjonalna, więc nie bardzo daje się łatwo zamknąć w słowa. I jeszcze jedno słowo, gdy idzie o przejmowanie wzoru, jest interesujące: przejmowanie wzoru jest alogiczne. Nie rządzi się ono żadną logiką. Na próżno chcielibyśmy uzasadnić przejmowanie wzoru, usprawiedliwić: czy to temu, kto przejmuje, kto powinien przejmować, czy też temu, kto jest wzorem. Jest to sfera zupełnie alogiczna. Ciekawe to spostrzeżenie... W tym spostrzeżeniu, rzekłbym, kryje się nie tylko negatywne stwierdzenie, że to jest nielogiczne - no to rozłożyć ręce, bo nielogiczne. Jeżeli p implikuje q, i p, to wcale nie q. No i rozłożyć ręce: "i co z tego?" Tymczasem właśnie w tej nielogiczności leży pewna szansa. Bo na czym polega nielogiczność? Na tym, że to jest twórcze. Bo gdyby było logiczne, to by nie było twórcze, to byłaby sztanca. A to jest twórcze.

Znakomicie pasuje tutaj metafora ziarna. Ewangeliczna metafora, kiedy Jezus mówi, że [siewca] idzie i sieje, i jedno ziarno pada na grunt skalisty, a jedno na piasek, a jedno ziarno na żyzny grunt. Ziarno to samo, ale odbiór nie jednakowy. Jest to niesłychana sprawa. Do tego także musi odbierający dojrzewać, mianowicie do twórczości. O tym chyba bardzo mało się mówi, że proces wychowawczy jest twórczy przede wszystkim od strony odbiorcy, a nie od strony nadawcy. Od strony nadawcy on nie jest za bardzo twórczy, bo ten, który nadaje, nawet nie wie, co się dzieje. Natomiast naprawdę twórczy on jest od strony odbiorcy, który z tego promieniowania robi jakieś dzieło oryginalne, nie wiadomo jakie.

I tutaj jeszcze jest pewna zagadka, której Scheler znowu nie stawia, ona jest szalenie interesująca. Bo trzeba by jednak rozróżnić wpływ dwojakiego rodzaju, w tym miejscu, w tej alogiczności. Mianowice, wpływ mistrza jako nauczyciela i wpływ mistrza jako świętego. W przypadku Ewangelii jedno łączyło się z drugim. Wpływ mistrza jako nauczyciela jest możliwy w żywiole prawdy. To znaczy, jeden i drugi muszą się spotkać w żywiole prawdy. To znaczy, jednemu i drugiemu musi chodzić o jakąś prawdę.

Ponieważ na uniwersytetach w tej chwili nie chodzi o prawdę, tylko chodzi o egzamin, w związku z czym nie ma mowy o spotkaniu między mistrzem a uczniem w oparciu o prawdę. Jedynym wykładem, który ma szanse, to ten wykład, bo zrezygnowaliśmy z góry z egzaminu - oczywiście we wzniosłej nadziei, że uczeń przewyższy mistrza - w związku z czym mistrz zrezygnował z egzaminu, bo się boi wstydu. Wzgląd absolutnie egoistyczny, [proszę] nie podejrzewać mnie tutaj o jakiś przerost zaufania do kogoś.

Ale na czym polega, wychodząc poza Schelera - wpływ mistrza jako nauczyciela? Jest coś takiego, jak smak prawdy. Nie wiem, czy Państwo, tak ucząc się i ucząc, kiedyś mieli w ustach smak prawdy. Że to, co się Państwo dowiadują, czy to, co się dowiedzieli... Powiedzmy, że jest taki jeden jedyny dzień w życiu studenta, że powie: "no - to jest prawda". I to jest wielki dzień, to jest uroczystość wtedy.

Kiedyś rozmawiałem z byłą tancerką zespołu "Skalni", już matka dzieciom. Był jubileusz "Skalnych", siedzieliśmy obok siebie, wspominając dawne czasy, jak ona jeszcze tańczyła w zespole. I ona mi mówi, że miała takiego partnera... A góralski taniec jest tańcem szczególnym - [to] taniec, który jest mową; dzisiaj znika ten typ tańca, który jest mową. Dzisiaj, powiedziałbym, taniec jest zespołem monologów. Natomiast tutaj jest niezwykła mowa i w tej mowie musi dojść do porozumienia między tancerką a tancerzem. I to porozumienie dokonuje się bez słów, i ono jest takie, które się w ogóle nie może artykułować w słowach. Bo naprawdę nie wiadomo, co sobie mają do powiedzenia, oprócz tego, że tańczą. I to jest znakomite. Ale żeby to było możliwe, to w języku góralskim on albo ona musi mu "wejść pod nogę". Jest to swoiste wybijanie rytmu ze szczególną melodyką, z gestem, ale przede wszystkim w spojrzeniu, ze spojrzeniem, w którym są oczywiście barwy wszystkich tatrzańskich potoków razem wziętych. I ona mówi, że się namęczyła strasznie dużo, chodząc na te próby, ale miała w całej tej karierze cztery albo pięć razy taki taniec - z tym [partnerem], którego poza tym nie lubiła - ale, mówi, dla tych pięciu warto było. Ale ja wiem, że to warto. Dla tych paru sekund...

Natomiast coś podobnego dzieje się z nauką. Wtedy kiedy ma się smak prawdy, to wtedy dopiero warto. Wtedy dopiero warto... Na tym polega zresztą niebezpieczeństwo studiowania filozofii - zresztą nie tylko filozofii - ale ona ma tych błysków szalenie dużo. Tam co jakiś czas, jeżeli się wsiądzie na dobry tekst i wejdzie dostatecznie głęboko, to od razu widać, że nic nie jest ważne, że ważna jest tylko ta jedna jedyna formuła, zazwyczaj ujęta bardzo lapidarnie, na przykład: "byt jest bytem". Warto, żeby zrozumieć, że "byt jest bytem", "niebyt jest niebytem". I to warto wtedy.

I teraz, proszę Państwa, ten wpływ, to jest dziwny wpływ, bo ma się go w kontakcie z książką albo w kontakcie z mistrzem. Na seminarium, na przykład z profesorem Ingardenem, to się dosyć często [zdarzało], że można było wyjść z seminarium naładowanym nowym światłem na banalne rzeczy. Bo filozofia - jak mawiał Ingarden za Husserlem - jest nauką o tym, co banalne, ale właśnie w tym, co banalne, łapie się jakieś światło i potem to światło niesie się już w duszy do końca życia, tak jak ona niesie te chwile tańca przez całe życie. Polega to nie na tym, że się formułę pamięta, tylko na tym raczej, że się nagle wpadło na ten sam punkt widzenia, który ma mistrz. Bo to nie chodzi o to, żeby popatrzeć na tę tablicę i powiedzieć: to jest tablica, tylko żeby popatrzeć na nią z tego punktu widzenia, z którego ta tablica odsłania całą metafizykę istnienia. Wiecie Państwo - łapanie punktu widzenia. To nie chodzi o to, żeby łapać prawdę po prawdzie i recytować, jak w podręczniku leci, tylko chodzi o to, że się łapie punkt widzenia i potem już samemu - nawet nie trzeba podręcznika - bo się widzi to samo, co mistrz, a nawet często więcej. I to jest pięknie, ładnie.

Przy studiowaniu filozofii jest pewna różnica, bo przy studiowaniu nauk pozytywnych, na przykład fizyki czy matematyki, w zasadzie ten punkt widzenia się nie zmienia. Człowiek ma ten punkt widzenia i z tego punktu gromadzi, systematyzuje wiadomości, dołącza rozdział po rozdziale z książki do swoich wiadomości, zachowując ten sam punkt widzenia. Natomiast w filozofii jest coś większego - to, co Państwo odczuwacie często, oglądając podręcznik z historii filozofii, że to jest historia błędów, bo jeden drugiemu przeczy, i nie wiadomo, co z tego. Filozofia polega też na tym, że jeden filozof kwestionuje punkt widzenia drugiego - czyli przeskok od jednego systemu filozoficznego do drugiego jest mniej więcej taki, jak przeskok pomiędzy fizyką a, powiedzmy, literaturą. Widzicie Państwo, i obydwa punkty widzenia odsłaniają w tej tablicy nową metafizykę. I, oczywiście, wtedy jest to niezwykle wzbogacające. Proszę Państwa, to jest dopiero przygoda! Pozostaje się na zupełnie innym poziomie, na zupełnie innej płaszczyźnie. Oczywiście, to nie jest tak, żeby jeden filozof mógł przedrzeć się przez wszystkie problemy, bo zawsze mu potem w świadomości zostanie jakiś jeden kluczowy konflikt, i będzie go nosił w życiu do końca dni swoich - konflikt między jednym punktem widzenia a drugim, szukaniem w tym konflikcie własnego, jeszcze innego. I ten punkt widzenia zwykle zawiera się w jednym albo dwóch zdaniach tekstu filozoficznego, na przykład u Kartezjusza w zdaniu: "cogito ergo sum" ("myślę, więc jestem") i to jest wszystko. Jako replika na sceptyczne "wątpię, więc nie jestem", bo jak wątpię, no to cóż to jest, taki wątpiący: jest i nie jest zarazem. Natomiast tam jest odkrycie i decyzja zarazem: jeżeli wątpię, to myślę, a jeżeli myślę, to jestem. To jest tajemnicze w tej relacji mistrz-uczeń. To jest dziwne, to jest piękne, bo tutaj nie chodzi o formuły prawd takich czy innych. Wtedy ma się smak prawdy w duszy, prawdy, która przyszła od mistrza. Ale tak przyszła, że ani mistrz o tym nie wie, ani najczęściej uczeń o tym nie wie.

Ale teraz sprawa jeszcze się pogłębia bardziej, jeżeli tym drugim jest święty. Kto to jest święty? Święty to jest ten, który proponuje mi zbawienie. Proszę wziąć to słowo w sposób absolutnie radykalny. Wyobraźmy sobie taką sytuację: chodzisz, człowieku, po świecie i każdy ma do ciebie jakąś pretensję: jeden, że chodzisz za prędko, drugi, że chodzisz za pomału, ktoś inny, że urodziłeś się niewłaściwie, w niewłaściwym czasie, niewłaściwa fryzura. No, każdy ma jakieś "ale". I człowiek chodzi po świecie z takim tłumionym poczuciem winy. I bardzo często, gdyby się tak zdarzyło, że go ktoś zastrzeli, to by nie trzeba było mu mówić, dlaczego, bo on by się już sam domyślił. Jak w dobrym małżeństwie: jak mąż dostanie w kość, to - jak jest inteligentny - sam się domyśli, nie trzeba mu mówić, dlaczego. Proszę Państwa, człowiek nosi świadomość, że jest trędowaty... Wyobraźcie sobie coś takiego.

I nagle spotyka drugiego człowieka, który mówi do niego zupełnie inaczej i który mówi mu nie wiadomo jakie słowo, ale: "pójdź za mną". "Pójdź ze mną" to są te słowa, które - jeżeli nawet nie padają wprost - to dają do myślenia. A więc nie wstydzi się, nie ucieka, tylko przynosi mi ocalenie, zbawienie. I to jest święty. Dlaczego jest święty? Bo on nie potrzebuje ocalenia, bo on już jest ocalony, ale ja potrzebuję. I wtedy dzieje się coś niezwykłego, wtedy dzieje się coś niesamowitego.

Na czym polega niesamowitość sprawy? Polega niesamowitość sprawy na tym, że takiego spotkania nie można przewidzieć, nie można zaplanować, że jest ono czystym przypadkiem. I człowieka może ogarnąć przerażenie, że to, co w życiu najważniejsze, jest oparte na przypadku. Człowiek się uczy całe życie logiki i wie, że jeżeli dzisiaj zda egzamin na bardzo dobrze, to za pięć lat dostanie premię i będzie się mu lepiej żyło. Jest tego pewny i ma zapewnienie: systemu, modelu, ustroju itd. Ale to go nie cieszy, wcale go nie cieszy, wcale się nie czuje ocalony przez to. Natomiast czysty przypadek spowoduje coś takiego.

Ewangeliczne sceny są tu znakomite, bo oto przychodzi [Chrystus] nad jezioro i mówi: "a ty pójdź ze Mną", i w tym się wywraca wszystko: "i porzuciwszy sieci, poszli za Nim". I trzeba powiedzieć, że coś takiego dzieje się w życiu każdego z nas. Moim zdaniem, ile razy spotyka się miłość, ma się zawsze do czynienia z tym doświadczeniem, prawda? Miłość nas uniewinnia z jakiejś pierworodnej winy - cholera wie, jakiej. I ten, który przychodzi do mnie, jest moim ocaleniem - ale ja także jestem ocaleniem jego, tylko że on o tym nie wie, ja o tym nie wiem, mówimy o czymś zupełnie innym. Tu się ma coś z tego - że się tak wyrażę - uświęcenia. To się nazywało w języku dawnym "świętość", "spotkanie ze świętością" itd. "Wejście w ocalenie..." I to jest alogiczne, to jest w pełni alogiczne. Ale także w tym jest obecna wartość, bo ten Piotr, powiedzmy, nad jeziorem czuje swój trąd - nie wiadomo bliżej, na czym ten trąd jego polega - i na miarę tego swojego trądu otwiera się na zbawienie. Tak jak człowiek na miarę bólu w zębie otwiera się na dentystę, tak samo tutaj, na miarę tej jakiejś nędzy, otwiera się na to doświadczenie. I tutaj Państwo czujecie, jaka głęboka jest rola cierpienia ludzkiego. Cierpienia, które nazywa się w filozofii "bólem istnienia". Co cię boli? - ból istnienia. Ani ząb, ani głowa, nic nie boli, boli istnienie. I z bólu istnienia rodzi się nasze otwarcie na drugiego, otwarcie - w ostatecznym rozrachunku - albo na mistrza, albo na świętego.

Spotkanie ze świętym jest niesłychanie dramatyczne, bo potem zaczyna się odwrotność: potem dopiero święty pokazuje temu człowiekowi, co jest jego prawdziwym trądem i z czego on się powinien uwolnić. Piotr, który bał się najpierw, że wypłynie na jezioro i nie nałowi ryb - to był jego niepokój. Kazał mu Jezus wypłynąć na jezioro, ściągnął tę sieć, ryb było dużo... Reakcja Piotra znakomita, bardzo charakterystyczna: "Odejdź ode mnie, bom jest człowiek grzeszny". A nie: "Pójdź za mną, zawsze będziemy łowić ryby". To jest charakterystyczne, prawda? Nagle Piotrowi ukazuje się jakiś inny poziom dramatu ludzkiego. Bał się Piotr, że będzie chory, to mu pokazano, jak się przy pomocy jednego słowa [Jezus] paralityka ściąga z łóżka. Więc nie bój się także tego itd. I w ten sposób odsłania się przed Piotrem jakiś zupełnie nowy dramat, dla którego potem to Piotra ukrzyżowanie nie jest już żadnym dramatem. Jest to niesłychana sprawa i ryzykowna w sumie: Piotr, którego ostatnie życzenie jest takie, żeby ukrzyżowano go głową w dół, bo nie chce umierać tak samo, jak jego Mistrz. To jest historia spotkań absolutnie przypadkowych i absolutnie twórczych. Przecież - gdyby oprzeć się na słowach w Ewangelii - to u Jezusa nie mamy ani jednego morału wobec Piotra. Nic nie ma, ani jednego morału. Wręcz przeciwnie: "zanim kur zapieje, trzy razy się Mnie zaprzesz", ale żaden morał: "nie zapieraj się" - nic takiego, nic z tych rzeczy. Tylko: "Ty jesteś opoka, na tej opoce zbuduję Kościół" itd. Niesłychane...

Z tym że, widzą Państwo, jesteśmy w ogóle tutaj strasznie zacofani, jeżeli idzie o nasze dzisiejsze czasy. No nie [ma] w nas wrażliwości na tego typu spotkania. I bardzo często potrafimy zmarnować spotkanie. Właśnie tą metodą: skoro się udało nałowić ryb, to będziemy chodzić odtąd dalej na ryby. O wiele trudniej jest przyjmować jakąkolwiek łaskę, niż ją dawać. Nie ma nic łatwiejszego, jak rozdawnictwo łask. Natomiast przyjmowanie - no, do tego trzeba niezwykłej mądrości, niezwykłej precyzji.

I teraz, jest jedna sprawa, która u Schelera także odgrywa ogromną rolę. Opuszczamy już ten poziom doświadczeń przedrefleksyjnych i zaczynamy snuć refleksję nad tym, co się dzieje między mną a uczniem. Możemy, oczywiście, mnożyć słowa jeszcze, opisy, więc możemy powiedzieć, że nie ma tu służalczości, nie ma przymusu, że jest jakiś stopień pasywności od strony ucznia. To są wszystko słowa Schelera... Że uczeń wcale nie reaguje na siłę sugestii, że to nie na tym polega, że jest siła sugestii... Że nie chodzi o kopiowanie wzorów, że cały czas uczeń pozostaje sobą. Tylko co się dzieje? Że zasada jego zachowań nie jest już w nim, ale jest w drugim. Zasada zachowań nie jest w nim - oni są do końca sobą, ale zasada zachowań nie jest w nim. Powiedziałem "zachowań", może to niedobre słowo - mimo że Scheler go używa - "zasada twórczości". Bo twórczość domaga się pewnej zasady i ta zasada twórczości jest w mistrzu.

Pozostaje w nas po mistrzach jeden ślad - zasada twórczości. Tak jak, powiedzmy, po mnie nic nie zostanie, oprócz tych paru dowcipów - tym raduję się, oczywiście - jeszcze które Franek Gąsienica wymyśla, a ja, jak ten magiel, to powtarzam.

Ale, na przykład, czuję na sobie wpływ Ingardena. Absolutnie, proszę Państwa, tak się złożyło, że ani jeden pogląd Ingardena nie jest moim poglądem. Ale zasada jest ta sama. I w pewnym sensie czuję, że jest ona odziedziczona w jakimś stopniu po Husserlu poprzez Ingardena. Bo dziedziczy się pewną zasadę, a nie skutki, nie treść. Zasada jest zewnętrzna i na tym tle tworzy się wspólnota. Możliwa jest wspólnota - no bo musi być zasada, żeby była wspólnota.

I oto, żeby wyjaśnić tę zasadę, trzeba użyć słowa, którego używa tutaj także Scheler. Mianowicie, że ten drugi jest wartością absolutną, że ten drugi obowiązuje, że on jest kimś zobowiązującym. Proszę Państwa, słowo "obowiązek" u Kanta, jak sobie przypominacie, to był ten imperatyw kategoryczny, szalenie abstrakcyjny: "czyń swój obowiązek". Natomiast u Schelera obowiązek jest zakotwiczony w mistrzu albo w świętym i brzmi inaczej: "nie możesz zdradzić". Nie możesz zdradzić! Co to znaczy "zdradzić"? - to jest problem: co to znaczy zdradzić?

Wszystko rozgrywa się na płaszczyźnie nadziei. Idziemy obok siebie drogą naszej nadziei, na której spotykamy mistrza mówiącego, że nauczy nas prawdy. Nie tylko mówi, ale i robi, często robi, nie mówiąc. Spotykamy tego, kto jest w naszym życiu świętym. Mówi: "niosę ci ocalenie". I wtedy między mną a drugim krystalizuje się relacja zawierzenia. Zawierzyć... "Zawierzyć" to znaczy powierzyć siebie - ale zarazem i odwrotnie, bo ten drugi powierza także siebie mnie, bo relacja zawierzenia jest wzajemna. To jest istotne - relacja zawierzenia. Ta relacja zawierzenia jest niezwykle mocna. Zawierzenie ma w sobie coś z tego, że polegam na kimś, że ufam, zawierzam. Zdradzić to wydać tego, komu się zawierzyło, na pastwę zła. Przeciwieństwem zawierzenia nie jest odmowa. Odmowa znaczy: wycofuję się z zawierzenia. Zdradą jest czyn Judasza, który wydaje mistrza na pastwę zła, od którego mistrz miał uratować Judasza. To jest zdrada w sensie istotnym.

W tej relacji zawierzania mistrz ma w sobie coś absolutnego. W tym sensie absolutnego, że więcej już tak nie [będzie], że to się nie powtórzy. Jeżeli raz się zmarnuje, to drugi raz tego nie będzie. Ocalenie przychodzi raz. To jest bardzo ważne - i w tym sensie ono jest absolutne. I dlatego zdrada byłaby tutaj zdradą na wieki, ale możliwe jest wyjście mistrza w stronę ucznia i ucznia w stronę mistrza. Możliwy jest powrót, uznanie błędów, cała dialektyka. Chcę tylko to podkreślić, że to jest absolutne, że ten drugi jest absolutny. A słowo "absolutny" znaczy: "absolvere", czyli: "rozwiązany od wszelkich więzów". Można powiedzieć, że ten drugi jest początkiem wszelkich więzów, ale sam jest poza więzami. Z tym, z którym idę na ryby, jestem powiązany pragnieniem łowienia ryb, natomiast ten, kto jest moim mistrzem albo moim świętym, jest początkiem wszelkich więzów istnienia. Jest początkiem i dlatego jest absolutny, "absolvere" - to nie ze względu na coś, tylko wszystko ze względu na niego.

I na tym polega religia. Religia jako wiara, bo religia i wiara nie znaczą "credo" tylko "fides", a "fides" znaczy "wierność", "fideitas". To jest, proszę Państwa, religia. To znaczy: doświadczenie na poziomie najpierw mistrza, a potem świętego. Religia jest w tym doświadczeniu formą relacji międzyludzkich, które obiecują zbawienie. Zapamiętajmy tę formułę: ilekroć w relacjach międzyludzkich dochodzi do sytuacji obietnicy zbawienia, mamy początek religii. Błędnie zupełnie rozumiemy religię, kiedy sobie wyobrażamy, że religia zaczyna się od tego, że są argumenty na istnienie Boga i takie rozmaite rzeczy. To jest dobre po to, żeby księża mieli z czego egzamin robić.

Ale istota doświadczenia polega na poziomie mistrz-święty. Uczeń jako "Nachfolger", a więc jako "ten, który idzie za". Jedno z kluczowych doświadczeń ucznia jest takie, że idzie drogą już przez kogoś wydeptaną. To jest istotne, to znaczy po tym doświadczeniu spotkania ma jedno przeświadczenie niezwykle głębokie: cokolwiek będzie, idzie drogą już uprzednio wydeptaną. Nie idzie pierwszy, idzie ścieżką, którą ktoś przeszedł. Na tym polega "Nachfolger". I na tym polega istota doświadczenia nadziei we wspólnocie, bo nadzieja naprawdę pojawia się wtedy, kiedy ja wiem, że drugi przeszedł drogę, którą ja idę. Ja wtedy mogę mieć nadzieję. Tak jak, powiedzmy, Piotr miał nadzieję, że idzie drogą, którą przeszedł już jego Mistrz - przez krzyż, zmartwychwstanie itd. Tutaj jest istota doświadczeń religijnych i istota tego, co nazywa się w tym naszym języku "świętością", a co, niestety, straciło swoją głębię znaczeniową przez to, że zaczęło znaczyć wodę święconą, a nie świętość międzyludzkich relacji.

No to tyle na dzisiaj.

Józef Tischner, "Etyka a historia. Wykłady", http://www.tischner.org.pl/ksiazkimp.php?id=201 Instytut Myśli Józefa Tischnera, Kraków 2009

ZOBACZ PROGRAM IX DNI TISCHNEROWSKICH... >>

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]