Reklama

Maybe baby boom

Maybe baby boom

20.03.2017
Czyta się kilka minut
Najpierw fakty. Sztandarowy projekt rządu PiS przegłosowano w lutym 2016 r., pieniądze z jego tytułu większość uprawnionych zaczęła dostawać w czerwcu.
P

Pojawiające się od jakiegoś czasu hurraoptymistyczne doniesienia o wzroście dzietności dotyczyły końcówki roku 2016 (GUS podał, że w listopadzie i grudniu urodziło się 11 tys. dzieci więcej niż w analogicznym okresie 2015 r.), a ostatnio stycznia 2017 (dane NFZ mówią, że przyszło na świat ponad 2 tys. dzieci więcej niż w styczniu 2016 r.; media zauważyły, że to najlepszy styczniowy wynik od siedmiu lat).

Czy da się, zachowując chłodną głowę, wyrokować, iż sama zapowiedź wprowadzenia programu, a później jego przegłosowanie – bo przecież nie realne działanie, trwało ono wszak do okresu badanego przez GUS krócej niż ciąża w gatunku ludzkim – spowodowały zmianę? Na ile jest ona efektem reformy, a na ile innych czynników, na które zwracają uwagę eksperci: dobrej sytuacji na rynku pracy, odkładanych wcześniej decyzji prokreacyjnych przedstawicieli dobiegającego czterdziestki pokolenia fali wyżu z przełomu lat 70. i 80. czy też innych niż 500 plus mechanizmów prodemograficznych, jak wydłużenie urlopów rodzicielskich?

Odpowiedzialna za wdrażanie programu minister Elżbieta Rafalska zachowuje ostrożność – mówi, że we wzroście dzietności „jest cegiełka 500 plus”. Co innego prawicowe media. „W Polsce mamy baby boom” – informuje strona tygodnika „Do Rzeczy”, dodając, że o tym boomie „mówią same matki, które miały problem z dostaniem się na wybrane porodówki”. I popada w sprzeczność: sztandarowy projekt PiS był przecież od początku zapowiadany jako narzędzie mające trwale wpływać na dzietność. A skoro tak, to podobnie – tzn. długofalowo, a nie wedle kryterium „rekordowego stycznia” – musi być oceniany.

Niewątpliwie program 500 plus jest wielkim sukcesem, ale na razie politycznym i propagandowym. Demograficznym – być może – będzie. ©℗

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Przemysław Wilczyński / Fot. Grażyna Makara
Dziennikarz działu krajowego „Tygodnika Powszechnego”, specjalizuje się w tematyce społecznej i edukacyjnej. Jest laureatem Nagrody im. Barbary N. Łopieńskiej i – wraz z Bartkiem Dobrochem...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

A mnie się wydaje, że żadnego bumu nie będzie. Mam dzieci w wieku reprodukcyjnym, nieźle też się orientuję w poglądach na życie ich rówieśników, kolegów i przyjaciół. Pierwszy problem tkwi w braku chęci zakładania własnych rodzin, jakieś 30% do tego wcale się nie kwapi, ot wolą lodówkę rodziców. Ci co planują założyć rodzinę, robią to bardzo opornie i potrzebują mnóstwa czasu. Dzieci w tych kalkulacjach to osobny problem. Doszliśmy do tego, że moi rówieśnicy zazdroszczą sobie wnuków, są niczym rodzynki w cieście tradycyjnych wielopokoleniowych rodzin. Młode dziewczyny chyba się boją zachodzić w ciążę, a propaganda środowisk pro life tylko ten stan pogłębia. Zresztą wszystkie działanie typu utrudnianie dostępu do antykoncepcji, aborcji, badań prenatalnych, odnoszą odwrotny skutek. Utrudnianie dostępu do pigułek w dobie szału internetowych zakupów jest śmieszny. Ten wzrost o kilka tysięcy urodzeń w skali roku, to tylko zwykłe wahania w granicach błędu statystycznego, potwierdzające ogólną tendencję. Ci młodzi w wieku rozrodczym w zasadzie do kościoła nie chodzą i proszę nie mówić, że jest inaczej, bo ja to widzę gołym okiem i nie muszę niczego liczyć. Na nich kościelna presja nie działa, wręcz ich jeszcze odstrasza. Widzę z jakim mozołem przychodzi im katechizacja swych pociech, robią to aby mieć święty spokój od nagabywań rodziców i dziadków. Piszę o tej młodzieży wykształconej, ambitnej i zaradnej życiowo, których dzieci będą solą tej ziemi. Jak tam jest u patologi to nie wiem dokładnie, ale oni i dzieci, które spłodzą pożytku nijakiego ani bogactw nam nie przysporzą.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]