Krzyk, milczenie i inny głos

W świecie, w którym wojna jest podstawowym modelem społecznych relacji, ta prosta rzecz – słuchać, być słuchanym – staje się najwyższą wartością. I najbardziej nieosiągalną.

25.03.2019

Czyta się kilka minut

Opuszczony dom w miasteczku Spartak na granicy terytoriów Donieckiej Republiki Ludowej i Ukrainy. Listopad 2018 r. / MIKHAIL TERESHCHENKO / TASS / FORUM
Opuszczony dom w miasteczku Spartak na granicy terytoriów Donieckiej Republiki Ludowej i Ukrainy. Listopad 2018 r. / MIKHAIL TERESHCHENKO / TASS / FORUM

Trudno powiedzieć, kiedy to się zaczęło. Czy to kwestia ostatnich czterech lat, ostatnich dwunastu, całej epoki po transformacji, czy – by sięgnąć jeszcze głębiej – nieprzepracowanego spadku po feudalizmie i rozbiorach? Tak czy inaczej, kiedy 14 stycznia 2019 r. w gdańskim szpitalu zmarł Paweł Adamowicz, stało się jasne, że różnice poglądów nie są tylko różnicami poglądów – są pozycjami bojowymi. Zapanował – przynajmniej w sferze politycznej wyobraźni, ale jej bagatelizowanie nigdy nie jest rozsądne – stan wyjątkowy, kiedy, jak w definicji Carla Schmitta, decydują się nie sposoby funkcjonowania wspólnoty, ale same ramy jej istnienia, tera mechanizmem decydowania jest walka. Nie były to tylko odczucia, również socjologowie dowiedli, że ci nienawidzą tamtych bardziej niż tamci tych. W każdym razie – nienawidzą.

Nieliczne głosy – w tym redakcji „Tygodnika Powszechnego” – nawołujące, by w obliczu śmierci zachować choćby na chwilę milczenie, były od razu zakrzykiwane. Żądano jasnych deklaracji: jesteś z nami albo z nimi.

Wszystko jest polityczne – twierdzono – nawet milczenie jest polityczne, a wymówki w rodzaju ludzkiej przyzwoitości świadczą tylko o naiwności.

Trzy opowieści

Głównym bohaterem – choć jaki tam z niego bohater, więc może: główną postacią – wydanego właśnie po polsku „Internatu” Serhija Żadana jest Pasza. Ma trzydzieści parę lat, uczy języka ukraińskiego, razem z ojcem i siostrą mieszka w osadzie przy stacji kolejowej gdzieś we wschodniej Ukrainie. W kraju trwa wojna, oddziały się przemieszczają, telewizja transmituje obrazy walk, podobno front zbliża się od strony miasta. Pasza wolałby nic o tym nie wiedzieć i dalej zajmować się swoimi sprawami, przygotowywać lekcje, sprawdzać zeszyty. Ale w mieście, w internacie, został jego siostrzeniec i teraz trzeba przyprowadzić go do domu. Pasza wyrusza więc w drogę, która powinna być prosta – autobus do miasta odjeżdżał dotąd regularnie – ale wydłuża się w nieskończoność i prowadzi przez kolejne punkty kontrolne, doraźne schrony ludności cywilnej, pogorzeliska po przesuwających się liniach frontu i miejskie zabudowania stopniowo obracające się w ruinę. Przez kraj na progu unicestwienia.

Najwyraźniejsze tropy są oczywiste: najpierw aneksja Krymu w marcu 2014 r., a chwilę później wojna w Donbasie. Na Krymie wszystko odbyło się w świetle dnia, za oficjalną zgodą rosyjskiej Dumy, ale w Donbasie sytuacja była – i wciąż jest – o wiele bardziej skomplikowana, zaangażowanie Rosjan, choć oczywiste, odbywało się pod kamuflażem, a wśród zwalczających się ugrupowań można się było pogubić. To właściwie nic dziwnego, że Pasza nie wie, kto tu z kim walczy, kim są nasi, a kim tamci: „Kto to – nie wiadomo, nie mają żadnych flag, szewronów na mundurach z samochodu nie można dojrzeć, zresztą Pasza nie zna się na szewronach”.

Oczywiste ślady są jednak zwodnicze – Żadan zostawia je, aby zwabić pospiesznych tropicieli i wyprowadzić ich w las. Powieść – nie rezygnując z realizmu, tego militarnego i tego geograficznego – stopniowo odrywa się od politycznego tu i teraz i niepostrzeżenie przeradza się w alegorię. Nazwy kraju ani miasta nie padają ani razu, choć wspomina się o językach ukraińskim i rosyjskim – bo też tożsamości etniczne wcale nie są tu oczywiste, znacznie ważniejsze są te indywidualne.

Takie zacieranie konturów zachęca, by czytać „Internat” nie tylko jako historię pewnej wojny. Jest sporo prawdy w sugestii polskiego wydawcy, że książka Żadana ma wiele wspólnego z „Drogą” Cormaca McCarthy’ego, historią ojca i syna przemierzających postapokaliptyczny krajobraz południowych Stanów. Ale równie wiele łączy ją z „Życiem i czasami ­Michaela K.” Johna Maxwella Coetzeego, opowieścią o powolnej wędrówce pewnego mężczyzny przez pobojowisko wojny domowej w Republice Południowej Afryki.

Te trzy powieści układają się w alegoryczną historię o pojedynczych ludziach przygniatanych i powoli miażdżonych przez nacierające ze wszystkich stron siły zbiorowości. I o wątpliwościach związanych z próbą zachowania odrębności w czasach, które domagają się przynależności.

Żadnego światła

Droga wiedzie bohaterów do konkretnego celu: internatu w mieście, wybrzeża, rodzinnego domu matki – ale ich wędrówki nie mają w sobie nic z pielgrzymki. To raczej ucieczka – pierwszy odruch tych, którzy w toczących się ponad ich głowami konfliktach mogą liczyć zaledwie na ocalenie życia.

Bo choć pozornie wojna toczy się między wrogimi sobie siłami, to właściwa i prawdziwa linia frontu oddziela silnych od słabych: wojskowych od cywili, mężczyzn od kobiet i dzieci. Tych, którzy podczas konfliktu mają do odegrania swoje role, od tych, którzy stanowią zbędny balast, irytującą przeszkodę. Miejsce takich jak Pasza czy Michael K. jest po tej drugiej stronie, o czym wiedzą nawet zwierzęta: „Pies też to czuje, nikomu tu nie jest potrzebny, nikt go tu nie trzyma i liczyć może tutaj nie tyle na czyjąś wielkoduszność, ile na słabość. Być może dlatego nieomylnie wybrał Paszę”.

W świecie konfliktu jedyną zasadą pozostaje naga siła („Świat wkrótce zaludnili mężczyźni, którzy zjadali dzieci na oczach ich rodziców” – pisze McCarthy), a przetrwanie – bardziej niż kiedykolwiek – zależy od ślepego trafu: cudem odnalezionej kryjówki, schronu z zapasami żywności. Albo arbitralnej decyzji tych, którzy jako jedyni mogą podejmować decyzje: „Patrol się zatrzymuje. Żołnierze zastanawiają się: iść za nim, znaleźć go, rozstrzelać za kolumnami czy niech sobie żyje? Niech sobie żyje, myślą. I Pasza żyje”.

Jeśli jednak żołnierze mogą liczyć na swoje miejsce w wojskowej hierarchii, to cywile są pozostawieni sami sobie. Zagrożeniem stają się więc wszyscy inni – mogący przynieść ratunek, ale równie dobrze zgubę. „Musimy zejść z szosy. Dlaczego? Ktoś nadchodzi. Źli ludzie? Tak. Niestety chyba tak. A może to dobrzy ludzie? Czy to niemożliwe? Nie odpowiedział” („Droga”). Ta niemożliwość bierze się również z tego, że sami uciekinierzy nie pałają chęcią niesienia pomocy innym. Tak jak ojciec z „Drogi”, który poucza syna, że pomaganie innym jest równoznaczne ze zmniejszaniem własnych szans na przetrwanie. Tak jak Michael K.: „Czy ja wierzę w pomaganie ludziom? – myślał. Mógłby pomagać ludziom, mógłby im nie pomagać, nie wiedział z góry, wszystko było możliwe”.

Nawet przyroda – ostatnia ucieczka przed historią – staje się nieprzyjazna, nabierając cech toczącego się konfliktu. „Mgła zupełnie się rozproszyła i nad miastem wisi okrągły księżyc koloru podeschniętego sera, podświetlony od dołu na czerwono, jakby zmoczył się ciepłą krwią. Niebo jest puste, zupełnie puste, ani jednej gwiazdy, żadnego ruchu, tylko martwe światło pełni nad tą doliną śmierci, którą muszą przejść od początku do końca” – pisze Żadan. A McCarthy dodaje: „spojrzał na wschód w poszukiwaniu jakiegokolwiek światła, ale żadnego nie było”.

Stopniowo staje się jasne, że skłaniająca do ucieczki wojna jest tylko najbardziej wyrazistym przejawem sił, które działają w świecie od dawna. Obóz dla uchodźców, do którego trafia Michael K., jest tylko powiększoną wersją zakładu, w którym nauczyciel „kazał uczniom siedzieć z rękami na głowach, mieli zacisnąć usta i zamknąć oczy, a on sam, z długą linijką w dłoni, przechadzał się między rzędami, jak na patrolu”.

Pasza, przemierzając bombardowane miasto, zdaje sobie sprawę, że wojna panowała już wcześniej, także w jego szkole, gdzie chłopcy znęcali się brutalnie nad „Dimką z zajezdni – chudym, z nierozwiniętymi ramionami”, a nauczyciele woleli tego nie widzieć.

Wyobcowanie od ludzi i świata sprawia, że – jak twierdzi w „Drodze” niedowidzący prorok – „najlepiej być samemu”. Stać się, jak Michael K., „najwyżej pyłkiem na powierzchni ziemi”. Tylko w ten sposób można zachować życie: wycofując się z relacji z otoczeniem i polegając wyłącznie na sobie. Z człowieka politycznego, uwikłanego we wspólnotę, stając się człowiekiem technicznym, oddanym czynnościom, od których zależy przetrwanie. „Droga” pełna jest takich detalicznych opisów: składania i rozkładania plandeki, konserwowania kółek w wózku, wydobywania ostatnich kropel benzyny z pustych butelek.

Ostatecznie właśnie w tym – w mechanicznie powtarzanej czynności, podtrzymującej życie sprowadzone do biologicznego minimum – upatruje nadziei bohater Coetzeego: „wydobyłby z kieszeni łyżeczkę do herbaty i duży kłębek sznurka. Odgarnąłby gruz z wylotu szybu, wygiął trzonek łyżeczki na kształt pętli, przywiązał do niej sznurek, po czym opuścił do szybu, daleko w głąb ziemi, a kiedy wyciągnąłby łyżeczkę z powrotem, byłaby pełna wody. I w ten sposób – powiedziałby – można żyć”.

Albo – albo

Bezpartyjny jest też Pasza, którego nie interesują lokalne przepychanki i nastroje społeczne. Uczy języka ukraińskiego, ale jeśli trzeba, swobodnie przekracza jego granice. „Czego mam się bać? – pyta sam siebie Pasza. Nie ma czego się bać, niczego nie jestem winien, odpowiada sam sobie. Nikogo tu nie wołałem, nikogo nie wyganiałem. Po prostu robię swoją robotę”.

Sam jednak nie do końca w to wierzy. „No a kiedy strzelają do pana siostrzeńca – też nie jest pan po żadnej stronie? Kiedy pociski przylatują do internatu, w którym on mieszka? To przeciwko komu walczą? Przeciwko mnie? – Nie wiem, kto strzela. – Naprawdę? – dziwi się spokojnie Nina. – A ja wiem. Chce pan, to panu powiem”. W konfrontacji z jedyną liczącą się stawką – życiem chłopca – apolityczność Paszy okazuje się nie tylko wyrazem naiwności, ale przede wszystkim świadomym wyborem, aby nie wiedzieć. Wycofaniem się na bezpieczne pozycje, które pozwalają uniknąć zaangażowania, a może nawet ocalić życie, ale kosztem utracenia czegoś, być może, ważniejszego. Czegoś, co sprawiałoby, że życie jest warte zachowania („Mnóstwo złych rzeczy się stało, ale my żyjemy. No tak. Nie uważasz, że to dużo? Może być” – rozmawiają ojciec i syn w „Drodze”).

W końcu bezpartyjność Paszy, jego niechęć do angażowania się w konflikty sięga znacznie głębiej niż konflikt dwóch armii. Ta sama ostrożność sprawiła, że kiedy siostra chciała oddać sprawiającego problemy chłopca do internatu, Pasza nie znalazł w sobie siły, aby się temu przeciwstawić: „Co ze mnie taki słabiak? – myśli, dostając zadyszki. Dlaczego go nie obroniłem? On mi przecież tego nigdy nie wybaczy. Nigdy, zgadza się ze sobą samym Pasza, za nic”.

Właśnie odpowiedzialność za słabszych – nawet niechciana – sprawia, że musi on w końcu stać się kimś, kim nie jest. Kiedy dołącza na dworcu kolejowym do szukających ratunku kobiet i dzieci, jako jedyny mężczyzna zostaje – paradoksalnie: za sprawą swojej inercji – zmuszony do zatroszczenia się o innych („myśli: to przecież odpowiedzialność, i to jaka odpowiedzialność – prowadzić po ciemku słabo znanych ludzi w nieznanym kierunku. Pasza nie jest do tego przyzwyczajony”). Ale to tylko przygrywka, bo największa odpowiedzialność pojawia się, gdy trzeba bezpiecznie doprowadzić siostrzeńca do domu. Wtedy Pasza zaczyna rozumieć, że to kwestia odegrania roli, wykonania gestów, do których może nie ma przekonania, ale które w tych okolicznościach są niezbędne: „– Schodzimy? – pyta sam siebie Pasza. Mały ledwo zauważalnie kiwa głową, ale dalej stoi, nie rusza się. Wtedy Pasza bierze go mocno za rękę, tak mocno, jak może. Mały łapie jego dłoń, chwyta się jego martwych palców jak czegoś, co jest jedynym, czemu można w tym życiu zaufać, i ruszają”. To troska o chorą matkę sprawia, że Michael K. podejmuje ostatnie wysiłki, by wymóc coś na ludziach, zanim na dobre pogrąży się w apatii. „Nie uratujesz się dla samego siebie” – słyszy w powieści McCarthy’ego ojciec, dla którego opieka nad synem staje się jedynym powodem, aby nie odejść razem z ginącym światem.

Tak właśnie zarysowywałby się wybór: albo samotność, pozwalająca bezpieczne się wycofać i zachować własne życie, ale stracić powody, by żyć; albo zaangażowanie, niewygodne i nieprzewidywalne, aby uratować nie tylko innych, ale i siebie. Tyle że to wcale nie jest takie proste. Apolityczność może wydawać się bezpiecznym i łatwym wyborem, ale przecież wojen nie rozpętują wycofani naiwniacy w rodzaju Michaela K. i nie milczący Pasza odesłał chłopca do internatu („Ich tutaj jak szczenięta do schroniska zwożą” – tłumaczy mu wuefista), lecz jego siostra, stanowcza i gotowa narzucać innym swoją wolę. Ale role się odwracają i to właśnie na nim, bezpartyjnym mięczaku, spoczywa teraz zobowiązanie, aby przyprowadzić chłopca bezpiecznie do domu. A żeby mogło się to udać, Pasza nie może po prostu zaangażować się w walkę – zresztą nikt by go nie chciał po swojej stronie, z tą jego bezwładną dłonią. Nawet odgrywając rolę odpowiedzialnego człowieka, przemyka chyłkiem między ruinami i liczy na to, że pozostanie niezauważony. Apolityczność staje się niezbędna, aby odkręcić katastrofalne skutki nadmiernego rozpolitykowania, które jest reakcją na apolityczną inercję, która jest niezbędna... Wydawałoby się, że z tego błędnego kręgu nie ma wyjścia.

Ciszej

W internacie Pasza spotyka nauczycielkę, Ninę, cieszącą się wśród dzieci autorytetem, którego on sam nie jest w stanie z siebie wykrzesać. Nie chodzi jednak o to, że Nina mówi głośniej: „Dlaczego ich strach cofa się przed jej słowami? Możliwe, że przez jej cichy i spokojny głos. Takim głosem się nie grozi. Takim głosem nawet się nie broni. Takim głosem właśnie mówi się o tym, że niekoniecznie trzeba się bać. Po prostu wszyscy inni tu krzyczą. Ciągle. W domu. Na ulicy. W miejscach publicznych. W miejscach masowego wypoczynku”.

Ściszony głos nie jest ani polityczny, bo nie tworzy konfliktów, ani apolityczny, bo nie rezygnuje z zaangażowania. Pozwalając na chwilę porzucić lęk, tworzy warunki do tego, żeby rozmawiać – słuchać i być wysłuchanym. Tak jak w chwili, gdy Pasza staje się mimowolnym świadkiem umierania młodego żołnierza, którego ostatnim życzeniem jest rozmowa z kimś z rodziny. Pasza więc dzwoni. „Naciska na guzik, słucha. I zauważa, że żołnierz też słucha”. Ale nikt nie odbiera, sygnał się przeciąga, a gdy Pasza mówi w myślach: „Odbierajcie telefon. Niech ktokolwiek odbierze. Dlaczego nikt nie odpowiada, gdzie wszyscy jesteście? Gdzie jest ktokolwiek? Gdzie jesteście?” – to staje się jasne, że nie mówi tylko o tym telefonie i o tym żołnierzu. W świecie, w którym wojna jest podstawowym modelem społecznych relacji, ta prosta rzecz: słuchać, być słuchanym – staje się najwyższą wartością. I zarazem najbardziej nieosiągalną.

Ściszony głos wcale nie obiecuje, że konflikty da się łatwo zażegnać, a przeszłość wymazać („nikt niczego nie zapomni, nikt niczego nie zostawi w przeszłości” – zdaje sobie sprawę Pasza). Ale tylko on – nie apolityczne milczenie, nie rozpolitykowany krzyk – pozwala chociaż żywić nadzieję, że „w tym świecie i tak znajdzie się dla nich miejsce, wystarczy czasu, żeby wszystko ułożyć, wystarczy przestrzeni, żeby nie przeszkadzać sobie nawzajem. (...) Wystarczy miejsca dla przyjaciół i znajomych, na niekonieczne rozmowy, przelotne zachwyty, nieuświadomiony strach. Dla wrogów też miejsca wystarczy, dla obraz, na hańbę, na ostatnie nastoletnie łzy w poduszkę, których nikt nie zobaczy, ale których nigdy nie zapomnisz. Na wszystko wystarczy miejsca, bo wszystko właśnie tak powstawało”. ©

Serhij Żadan INTERNAT, przeł. Michał Petryk, Czarne 2019;

Cormac McCarthy DROGA, przeł. Robert Sudół, Wydawnictwo Literackie 2017;

John Maxwell Coetzee ŻYCIE I CZASY MICHAELA K., przeł. Magdalena Konikowska, Znak 2010.


FOT. GRAŻYNA MAKARA

SERHIJ ŻADAN w rozmowie z Michałem Sowińskim:

Zależało mi na tym, żeby w „Internacie” pokazać niezwykły charakter wojny ukraińsko-rosyjskiej. Ona płynnie przenika się z normalnym życiem. Czasem naprawdę wystarczy przejść kilkanaście metrów, żeby z codzienności przenieść się do sytuacji granicznej, gdzie wszystko zostaje postawione na głowie. Jeśli masz wystarczająco dużo szczęścia, możesz się cofnąć, wrócić do normalnego życia. (...)

W ostatnim czasie to jeden z najboleśniejszych tematów dla nas wszystkich – szukanie tożsamości, jej zmiana, ciągłe wsłuchiwanie się we własne odczucia, analizowanie ich. Z tego wszystkiego wypływa wiele tematów pochodnych – kwestia języka, kultury, Kościoła, historii. To są rzeczy, które z pewnością z czasem zmieniają społeczeństwo. Ale w tym tempie to bardzo bolesne: nazywanie rzeczy po imieniu, mówienie o własnych traumach, wypełnianie białych plam przeszłości, patrzenie z odwagą w przyszłość. I ten podział na „swoich– –cudzych”, na „my–wy” bywa bardzo skuteczny i użyteczny, ale też skrajnie upraszczający i niekonstruktywny. Dlatego tak chętnie wykorzystują go wszelkiego rodzaju szarlatani i populiści. ©(P)

Z ukraińskiego przełożyła Weronika Gogola

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Eseista, redaktor wicenaczelny magazynu „Dwutygodnik”. Autor książek „Hanka. Opowieść o awansie” (Czarne, 2024), „Ostatni ludzie. Wymyślanie końca świata” (Czarne, 2021) oraz „Nieuchronny plagiat” (Wydawnictwo IBL PAN, 2017). Jego teksty można też znaleźć w „… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 13/2019