Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Korfanty w latach Przełomu

Korfanty w latach Przełomu

10.05.2011
Czyta się kilka minut
Wojciech Korfanty starał się hamować zapędy młodych konspiratorów, którzy nieustannie parli do powstania. Wiedział, że o losie Górnego Śląska zdecydują alianci. Walkę o Śląsk traktował w kategoriach politycznych, co nie wykluczało zbrojnej manifestacji. Ale o niej chciał decydować sam.
T

To Wojciech Korfanty jeszcze w grudniu 1918 roku optował za powołaniem tajnej organizacji górnośląskiej na forum Naczelnej Rady Ludowej w Poznaniu, w której znalazło się wielu przedstawicieli Górnego Śląska, włącznie z nim samym. Jego zdaniem tajna organizacja miała ochraniać polskie wiece, a potem zasilić policję plebiscytową. Dla niego powstanie było ostatecznością, lecz dobrze było mieć bojówki w odwodzie.

Postać Wojciecha Korfantego (1873-1939) kojarzy się najczęściej z okresem plebiscytu i przyłączenia części Górnego Śląska do Polski. Jednak Korfanty należał także do najważniejszych polityków II Rzeczypospolitej. Pochodził z osady Sadzawki należącej do Siemianowic Śląskich, gdzie urodził się 20 kwietnia 1873 roku w czasach zainicjowanego przez kanclerza Bismarcka Kulturkampfu. Podczas studiów w Berlinie i we Wrocławiu związał się z polskim ruchem narodowym. W 1903 roku został po raz pierwszy posłem do Reichstagu, występując przeciwko niemieckiej partii katolickiej Centrum, z którą wcześniej pozostawali w sojuszu polscy katolicy na Górnym Śląsku. Posłował do Reichstagu i do pruskiego Landtagu do 1918 roku, kiedy to z Berlina trafił do Poznania, by stać się jednym z przywódców powstania wielkopolskiego.

Jako przywódca Górnoślązaków opcji propolskiej został polskim komisarzem plebiscytowym na Górnym Śląsku w 1920 roku, a rok później ogłosił się dyktatorem trzeciego powstania, które traktował jako manifestację mającą wymusić korzystne dla Polski decyzje podziału regionu.

Dzięki jego energii i talentom politycznym Polska otrzymała w 1922 znaczną część Górnego Śląska z większością jego przemysłu.

Desygnowany przez Sejm Rzeczypospolitej na premiera w 1922 roku, nie został nim wskutek sprzeciwu Józefa Piłsudskiego, a po przewrocie majowym 1926 roku jako przeciwnik piłsudczyków był przez nich zwalczany, a nawet osadzony w twierdzy brzeskiej. Jego ewolucja polityczna zaprowadziła go do chadecji, a potem do Stronnictwa Pracy. Na łamach wydawanej przez siebie "Polonii" w Katowicach sprzeciwiał się totalizmom z prawej i lewej strony. Był zdecydowanym obrońcą autonomii województwa śląskiego.

Zmuszony do emigracji w 1935 roku, po powrocie do Polski w 1939 roku trafił ponownie do polskiego więzienia.

Zmarł 17 sierpnia 1939 roku, a jego pogrzeb przemienił się w potężną manifestację, jakiej w Katowicach nigdy wcześniej nie widziano.

Z okazji 90. rocznicy III Powstania Śląskiego w Muzeum Miasta Mysłowice można oglądać wystawę przygotowaną przez Archiwum Państwowe w Katowicach zatytułowaną "Wojciech Korfanty - współtwórca II Rzeczypospolitej". Ekspozycja prezentuje życiorys tej niezwykłej postaci w dziejach najnowszych Górnego Śląska i będzie prezentowana do 1 czerwca 2011 r.

Ale gdy do Poznania przybywały kolejne delegacje konspiratorów, starał się studzić gorące głowy. Dwukrotnie udaremnił działania powstańcze, najpierw w kwietniu, a potem czerwcu 1919 roku. Po raz drugi, w czerwcu 1919 roku, Korfanty zmobilizowany naciskiem Warszawy, poleciał w nocy, podczas burzy, samolotem z Poznania do Sosnowca, by odwołać już wydane rozkazy do walki. Gdy w sierpniu 1919 roku wybuchło powstanie, które zakończyło się po tygodniu klęską, doprowadził do reorganizacji Polskiej Organizacji Wojskowej Górnego Śląska i zmiany jej kierownictwa.

Tymczasem alianci zdecydowali w Wersalu o przeprowadzeniu plebiscytu pod nadzorem Międzysojuszniczej Komisji Rządzącej i Plebiscytowej, która 11 lutego 1920 roku przejęła władzę w Opolu. Na jej czele stanął francuski generał Henri Le Rond. Na Górnym Śląsku pojawiły się rozjemcze oddziały francuskie, a także brytyjskie i włoskie. Zadaniem aliantów było przypilnowanie porządku podczas plebiscytu.

Hotel Lomnitz

Pod koniec 1919 roku było oczywiste, że właśnie Korfanty dostanie nominację na polskiego komisarza plebiscytowego. Trudno było sobie wyobrazić inną kandydaturę. Nominację z podpisem Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego otrzymał 20 lutego 1920 roku. Nieco wcześniej przeniósł się z Poznania do Bytomia, a nawet zdążył zakupić hotel Lomnitz w Bytomiu na siedzibę Polskiego Komisariatu Plebiscytowego.

W roli komisarza Korfanty potrafił z niezwykłą zręcznością i energią zespolić siły polskie do pracy w jednym kierunku, a jego autorytet przywódcy uznały wszystkie polskie stronnictwa polityczne. Jego zastępcami zostali przyjaciel od czasów gimnazjalnych Konstanty Wolny, reprezentujący Chrześcijańskie Zjednoczenie Ludowe, Józef Biniszkiewicz z Polskiej Partii Socjalistycznej oraz przywódca związków zawodowych Józef Rymer, reprezentujący ponadto Narodową Partię Robotniczą.

Wojciech, Ruch i zegar

Miejsce, w którym urodził się Wojciech, związane jest z rodziną Korfantych co najmniej od połowy XIX wieku. Izdebka w osadzie Sadzawka zmieniła się z czasem w kamienicę w Siemianowicach Śląskich, wciąż jednak jest zamieszkiwana przez członków rodziny. Obecnie domem opiekuje się pani Anna Beczała wnuczka Jana Korfantego, brata Wojciecha. Mieszka tu także jej córka Marta z dwojgiem dzieci: Szymonem i Wiktorią (obie na fotografiach u góry i obok).

Kamienica jest niepozorna; tabliczka upamiętniająca działacza politycznego zlewa się z ceglanym murem; żeby ją zobaczyć, trzeba wysoko zadrzeć głowę. Na parterze budynku mieści się prowadzony przez panią Annę drink bar "Sadzawki" - tutaj pije się wyłącznie piwo i mówi po śląsku. Wejścia do baru pilnuje Doda - wielki owczarek podhalański zaprzyjaźniony ze stałymi klientami, dla których to miejsce to, jak mówią, "drugi dom". Pani Annie trudno jednak utrzymać kamienicę z uzyskiwanych w barze dochodów. Wilgoć psuje mury, ogrzewanie pochłania zimą 23 tony węgla. Właścicielka skarży się, że miasto nie pomaga finansowo. - Chciałabym, żeby kamienica została uznana za zabytek - mówi pani Anna - ale powiedziano mi, że na razie nie ma takiej możliwości.

Na drewnianej boazerii wiszą herb Ruchu Chorzów i zegar, którego wskazówki zatrzymały się dwadzieścia po pierwszej. Nie widać żadnych pamiątek nawiązujących do historii kamienicy czy osoby osławionego działacza politycznego. Pani Anna sprzedała je w zeszłym roku muzeum Siemianowic Śląskich. - Wolałam ich tutaj nie wieszać - mówi. - Nie wszyscy, którzy tu przychodzą, uważają, że on dobrze zrobił. Niektórzy mówią, że lepiej byłoby nam w Niemczech.

Pani Anna woli nie angażować się w politykę, podobnie jak jej klienci. - Jak był za Ruchem, to był w porządku - żartuje pan Jacek, zapytany o zdanie na temat Wojciecha Korfantego. Wszyscy czują się Ślązakami, szczególnie pan Witek, który składa jasną deklarację: - Jestem Ślązak, nie żaden Niemiec. Na spisie powszechnym powiedziałem, że obywatelstwo polskie, wiadomo, ale narodowość śląska!

Czynnego politycznego zaangażowania nie można odmówić innemu wnukowi pana Jana Korfantego - Bronisławowi, kuzynowi pani Anny.

Od 2007 roku jest senatorem, i jak sam twierdzi, zbiera odziedziczone po przodkach "starocie". Jest wiceprzewodniczącym Rady Programowej Ruchu "Polski Śląsk", dba również, by pielęgnowano pamięć o powstaniach. Jest autorem uchwały, w której potwierdza się doniosłość tego wydarzenia i jego wagę w dalszym rozwoju Polski. Bronisław Korfanty jest również jedną z osób, które zabiegają o powstanie Muzeum Powstań Śląskich. Joanna Soćko

Nawet przeciwnicy Korfantego przyznawali, że nikt lepiej nie nadaje się na to stanowisko. Niechętny mu obserwator sceny górnośląskiej Władysław Berkan zapisał, że "to wyjątkowe stanowisko, wymagające znajomości terenu, osobistej odwagi, no i trochę bezczelności, było akurat jakby stworzone dla Korfantego". Zwalczający go socjalista Biniszkiewicz musiał przyznać, że "Korfanty jest najodpowiedniejszym komisarzem plebiscytowym", chociaż przyznawał to niechętnie.

Z wielu wspomnień plebiscytowych wynika, że Korfanty był trudnym, despotycznym szefem, co nieraz wzbudzało wobec niego odruchy niechęci. Próbowali je wykorzystać piłsudczycy, podkopując jego pozycję w Warszawie, w tym u premiera Wincentego Witosa, który sondował nawet jego odwołanie.

Podobno Witos zamyślał o zastąpieniu Korfantego działaczem chłopskim Feliksem Kupilasem z Opolskiego, związanym z ludowcami, lecz ostatecznie zrezygnował.

"Z czasem miałem się możność przekonać - zapisał Witos o Korfantym po latach we wspomnieniach - z jakimi on tam się musiał spotykać trudnościami, walczyć z przeciwieństwami i z codziennym osobistym niebezpieczeństwem. Skarżono się na niego, że był często bezwzględny, trochę za porywczy, ale trzeba było wiedzieć, kim byli ci jego oskarżyciele".

Dopiero w trakcie walki plebiscytowej ujawniły się w całej pełni talenty polityczne Korfantego, jak również skłonności demagogiczne. Było jego zasługą nadanie akcji polskiej niesłychanego rozmachu. Obie strony nie stroniły od demagogii. Tak zrodziła się słynna "krowa Korfantego", gdy na jednym z wieców miał obiecać, że po przyłączeniu Górnego Śląska do Polski każdy rolnik dostanie w prezencie krowę.

Z równą swobodą Korfanty zachowywał się na ludowym wiecu, jak i w salonach. Jego zasługą było częściowe zneutralizowanie wielkich obszarników i przemysłowców, którzy w trosce o przyszłe losy swych majątków powstrzymywali się nieraz od agitacji proniemieckiej, chociaż prawie wszyscy byli niemieckiego pochodzenia. Z myślą o dotarciu do niemieckiej ludności katolickiej zakupił przez podstawione osoby kilka niemieckich gazet, w tym "Oberschlesische Grenzzeitung" w Bytomiu. Z jego inspiracji założono Oberschlesische Volkspartei, niemiecką partię katolicką wzywającą do głosowania za Polską.

Niemcy chętnie pozbyliby się Korfantego z Górnego Śląska. Jak wspominał szef wywiadu Komisariatu, Józef A. Gawrych, podobno wyznaczono za jego głowę nagrodę miliona marek. Z tego powodu w Lomnitzu szczególnie pilnowano Korfantego.

"Przy wejściu do gmachu kontrola legitymacji osobistych - wspominał Gawrych - rewizja za bronią, zapisanie do książki w poczekalni, eskortowanie na pierwsze piętro, gdzie znajdował się gabinet Komisarza - przez dwóch uzbrojonych strażników. Przed drzwiami gabinetu zaufany stróż z psem wilkiem specjalnie tresowanym - raz jeszcze badanie - po czym komisarz Korfanty telefonicznie uwiadomiony - gościa przyjmuje".

Przez wiele miesięcy plebiscytowych Korfanty niemal nie opuszczał Lomnitza, gdzie nie tylko urzędował na pierwszym piętrze, ale i zamieszkał. Prowadził niezliczone konferencje i narady. Za towarzysza miał wspomnianego wilczura Moryca, który strzegł jego bezpieczeństwa.

Najtrudniejsze chwile przeżywał latem 1920 roku, gdy armie sowieckie znalazły się pod Warszawą, co zostało natychmiast zdyskontowane przez propagandę niemiecką, która chętnie nazywała Polskę państwem sezonowym.

W dramatycznych dniach sierpniowych 1920 roku wybuchło drugie powstanie, które było polską odpowiedzią na niemieckie poczucie triumfu. Intencją Korfantego stało się ograniczenie jego rozmiarów, by nie rozgniewać aliantów, lecz zarazem jego polityczne wykorzystanie, co się udało. Z Górnego Śląska usunięto policję niemiecką, zastępując ją mieszaną policją polsko-niemiecką.

W roli dyktatora

Drugie powstanie umocniło w nim przekonanie o potrzebie organizacji wojskowej, lecz skłoniło go do podporządkowania jej swoim rozkazom. Z końcem 1920 roku minister spraw wojskowych generał Kazimierz Sosnkowski podkreślał, że - zgodnie z decyzją rządu - "wszelkie władze organizacyjne wojskowe muszą działać w jak najściślejszym porozumieniu z panem komisarzem Korfantym".

Zręczności politycznej Korfantego dowodzi jego reakcja na wyniki plebiscytu 20 marca 1921 roku, w którym za Polską opowiedziało się tylko 40 procent głosujących. W odezwie Korfantego dwa dni później pojawiły się słowa o wielkim zwycięstwie, co miało zneutralizować oświadczenia niemieckie, a ponadto zapobiec wytwarzaniu się po stronie polskiej poczucia klęski.

Jednocześnie Korfanty ogłosił polskie żądania w postaci tzw. linii Korfantego, która stawała się przedmiotem dyskusji na arenie międzynarodowej. Jednak obawiał się on, że werdykt aliantów w sprawie podziału Górnego Śląska nie będzie po jego myśli. Dlatego skłaniał się chętniej ku zbrojnej manifestacji wspierającej polskie żądania.

Gdy 3 maja 1921 roku rozpoczęło się powstanie, ogłosił się jego dyktatorem, podpisując słynny manifest do ludu górnośląskiego: "Czynię to dlatego, aby ten ruch szlachetny przez zbrodnicze jednostki nie został zamieniony w anarchię, by nie działy się zbrodnie i przestępstwa, by normalny bieg życia czym prędzej został przywrócony".

W roli dyktatora powstania Korfanty ulokował się w Szopienicach, blisko polskiej granicy. Już w Szopienicach uformował Naczelną Władzę na Górnym Śląsku, którą tworzyli z nim reprezentanci głównych polskich partii politycznych, a przy niej wydział wykonawczy będący rządem powstania.

Z miejsca powstanie odniosło sukcesy, nie napotykając na początku poważniejszego oporu. Dlatego w ciągu niespełna tygodnia powstańcy dotarli do Odry pod Koźlem i Kędzierzynem, lecz najważniejsze miasta górnośląskie pozostały pod kontrolą wojsk alianckich. Na arenie międzynarodowej polskie działania zbrojne potępiono. Alianci odroczyli rozpatrywanie podziału Górnego Śląska do czasu likwidacji powstania.

Dla Korfantego powstanie było manifestacją, zmierzał do negocjacji po osiągnięciu przez oddziały wojskowe linii wcześniej przez niego zaznaczonej. Zamierzał posłużyć się polityką faktów dokonanych, podobnie jak wcześniej w Wielkopolsce. Po kilku dniach rozpoczął z Francuzami rozmowy o zawieszeniu broni, lecz ustalenia o linii demarkacyjnej oprotestowali Anglicy i Włosi. Z kolei Niemcy rozpoczęli skuteczną kontrofensywę. Do tego Warszawa nalegała nieustannie na likwidację powstania, obawiając się dalszych komplikacji międzynarodowych.

Na czele powstania Korfanty wykazał się dużą zręcznością. Było paradoksem, że on, który posłużył się demagogią, żeby rozbudzić namiętności, teraz jako dyktator powstania starał się je temperować. Jako realny władca kawałka Górnego Śląska wzywał robotników do powrotu do pracy po strajku i martwił się, co nastąpi, jeśli górnicy i hutnicy nie dostaną 15 maja wypłaty. Szukał porozumienia z dyrektorami górnośląskich koncernów przemysłowych, konferował z nimi w szkole w Szopienicach, a nawet dawał im zbrojną ochronę, byle tylko powrócili na stanowiska.

Musiał też nieustannie interweniować, by temperować nie zawsze rozsądne poczynania swych podwładnych. Gdy powstańcy stojący na przedmieściach Katowic zakręcili dopływ wody do miasta, Korfanty wysyłał emisariusza z rozkazem natychmiastowego odkręcenia kurka. Pewnego razu wybrał się do pałacu rodu Hohenlohe w Sławięcicach, gdy doszły go wieści o dokonywanej tam grabieży. W końcu nawet korespondenci prasy brytyjskiej, która zdecydowanie potępiała powstanie, przekonywali się, że Korfanty nie jest wcale wcielonym diabłem.

Odprawa w Bielszowicach

Okazało się, że łatwiej powstanie rozpocząć, trudniej skończyć. Im dłużej ono trwało, tym silniej zagrażała anarchia, zwłaszcza gdy brakowało pieniędzy na wypłatę żołdu. Dla Korfantego powstanie trwało już o wiele za długo. Szukał ugody z aliantami, by rozdzielili walczące strony. Zmierzał do zakończenia powstania w chwili sukcesu, nie czekając na bardzo niepewne wyniki walki z kontrofensywą Selbstschutzu, będącego niemieckim odpowiednikiem Polskiej Organizacji Wojskowej.

Jednak sprawna likwidacja powstania nie była rzeczą prostą. Gdy dowódca powstańczej armii płk Kazimierz Zenkteller zwołał dowódców grup operacyjnych, to przybyli wprawdzie na odprawę, lecz nie chcieli nawet słyszeć o demobilizacji. Potrzeba było silniejszego nacisku!

W końcu sam Korfanty wezwał dowódców powstańczych batalionów i pułków na odprawę do Bielszowic, by im zakomunikować wyniki rozmów z aliantami:

"Korfanty energicznym krokiem podszedł do biurka, stanął - wspominał po latach Rudolf Niemczyk, dowódca 3. pułku katowickiego - i uporczywie wpatrywał się w zebranych. Wszyscy poczuliśmy się nieswojo. Po chwili wśród przejmującej ciszy zakomunikował nam decyzję rządu Rzeczypospolitej Polskiej likwidacji powstania. - Rozkazy, w jaki to sposób nastąpi, otrzymacie panowie, w stosownym czasie - zakończył.

I znów cisza.

Oto wstaje dowódca 1. pułku, Walenty Fajkis, potem ja. Protestujemy w imieniu swoich pułków.

Dyktator ostro ucina protesty, stwierdzając, iż nie będzie wysłuchiwał absurdalnych wywodów w sytuacji, kiedy rząd polski ani on, komisarz rządowy, nie posiadają środków na prowadzenie kosztownej wojny z Niemcami - likwidacja powstania jest więc konieczna i musi nastąpić do 5 lipca 1921 r.

I to już wszystko. Więcej nikt nie zabierał głosu. Zresztą Korfanty nikogo nie dopuściłby do słowa".

Jeszcze raz pokazało się, że Korfanty posiada tyle autorytetu, by móc nie tylko rozpocząć powstanie, ale także je sensownie zakończyć. Trudno nawet pomyśleć, co mogłoby nastąpić, gdyby po stronie polskiej nie dominowała jego silna wola. Przecież wojna powstańców z regularną armią niemiecką i aliantami musiałaby doprowadzić do nieobliczalnych konsekwencji, może do zniszczenia okręgu przemysłowego, może do wojny polsko-niemieckiej. Po tak cennych kopalniach i hutach pozostałyby wtedy ruiny.

Z końcem czerwca 1921 roku powstańcy polscy z POW i niemieccy z Selbstschutzu rozpoczęli ewakuację z Górnego Śląska, gdzie władzę przejmowali ponownie alianci. Jednak wszyscy zdali sobie sprawę, że propolska manifestacja Korfantego spełniła swoje cele.

Gdy po śmierci Korfantego w 1939 roku generał Le Rond przysłał z Francji depeszę kondolencyjną, zaznaczył w niej - zapewne przesadnie - że "odzyskanie Górnego Śląska Polska zawdzięcza jedynie i wyłącznie Wojciechowi Korfantemu".

Ale czy aż tak bardzo przesadnie...

Jan F. Lewandowski jest historykiem, publicystą, tłumaczem, specjalizuje się w dziejach Śląska. Autor najpełniejszej popularnonaukowej biografii Wojciecha Korfantego ("Wojciech Korfanty", wyd. Videograf II, Chorzów 2009).

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]