Jaka śmieszna afera, czyli seriale o Watergate

Afera Watergate od początku inspirowała kino i telewizję. W Polsce pojawiły się właśnie dwa seriale przyglądające się na nowo wydarzeniom, które wstrząsnęły Ameryką pół wieku temu.

27.05.2023

Czyta się kilka minut

Woody Harrelson jako E. Howard Hunt w serialu „Hydraulicy z Białego Domu” / MATERIAŁY PRASOWE HBO
Woody Harrelson jako E. Howard Hunt w serialu „Hydraulicy z Białego Domu” / MATERIAŁY PRASOWE HBO

Był czerwiec 1972 roku. Waszyngtońska policja złapała na gorącym uczynku pięciu mężczyzn, którzy włamali się do siedziby Krajowego Komitetu Partii Demokratycznej (DNC) w kompleksie Watergate. Choć wśród nich znajdował się szef ochrony komitetu na rzecz reelekcji prezydenta Nixona (CRP), nikt wtedy nie spodziewał się, że włamanie jest początkiem skandalu, który za dwa lata postawi prezydenta kraju przed dylematem: dobrowolna dymisja lub usunięcie z urzędu przez Kongres w ramach procedury impeachmentu. Nie z powodu samego włamania – Richard Nixon najprawdopodobniej nie wiedział wcześniej, że jego ludzie zdecydowali się na taką operację – ale za udział w tuszowaniu skandalu.

Na taśmach z prezydenckiego gabinetu – gdzie zainstalowany był automatyczny, aktywowany głosem system nagrywania – utrwalone zostały rozmowy. Prezydent poleca w nich, by współpracownicy zadbali o potrzeby finansowe osób związanych z włamaniem, kupili ich milczenie i chronili osoby bliskie głowie państwa. Nixon nie chciał ujawnić nagrań, ale wyrok Sądu Najwyższego nakazał mu przekazanie ich specjalnemu prokuratorowi.


ZOBACZ TAKŻE: 

WSZYSTKIE TWARZE JAMESA BONDA. Dokładnie siedemdziesiąt lat temu ukazała się powieść „Casino Royale” Iana Fleminga, pierwszy utwór przedstawiający postać Jamesa Bonda. Nakład wynosił 4750 egzemplarzy >>>>


Afera Watergate nie tylko wstrząsnęła amerykańską polityką, stała się też jednym z kluczowych wydarzeń definiujących klimat lat 70. – dekady, gdy za sprawą przegranej wojny w Wietnamie i dwóch kryzysów naftowych kończących okres powojennej prosperity Ameryka zaczęła wątpić w samą siebie, pogrążyła się w poczuciu klęski, rozczarowania i głębokiej nieufności do własnych instytucji.

Skandal z Watergate od samego początku inspirował kino i telewizję. W Polsce pojawiły się właśnie dwa seriale przyglądające się na nowo wydarzeniom sprzed pół wieku: pokazywany w Stanach w zeszłym roku „Gaslit” (Canal+) oraz „Hydraulicy z Białego Domu” (HBO Max). Oba łączy to, że aferę przedstawiają głównie jako mimowolną farsę, sprokurowaną przez ludzi, którzy bardziej niż złowieszczy są komicznie nieudolni.

Labirynty spisków

Przez lata filmowcy nie dostrzegali w aferze niczego komicznego. Pierwszy poświęcony jej film – „Wszyscy ludzie prezydenta” (1976) Alana J. Pakuli, pokazujący dziennikarskie śledztwo Carla Bernsteina i Boba Woodwarda z „Washington Post”, które doprowadziło do ujawnienia skandalu – traktuje temat śmiertelnie poważnie. Waszyngton przedstawiony jest tam jak ponury, przytłaczający labirynt, w którym władza ukrywa swoje mroczne tajemnice. Nie wiadomo, komu można ufać, spisek sięga najwyższych pięter władzy. Źródła, do których docierają Bernstein i Woodward, boją się wypowiadać pod nazwiskiem, w pewnym momencie nawet sami dziennikarze zaczynają zastanawiać się, czy ich bezpieczeństwo, a nawet życie nie są zagrożone. Nie mamy ani przez chwilę wątpliwości, że gra toczy się o najwyższe stawki, a na szali leży przyszłość amerykańskiej demokracji.

„Wszyscy ludzie prezydenta” byli pierwszym oscarowym, hollywoodzkim filmem, gdzie amerykański rząd przedstawiony był w zasadzie jak organizacja przestępcza. Podobny obraz wraca niejednokrotnie w amerykańskim kinie lat 70. Jednym z najbardziej charakterystycznych dla dekady gatunków jest thriller paranoiczno-spiskowy. Bohater dostaje się w sam środek spisku, w który uwikłane są działające ponad prawem służby albo mroczne, ukryte za kulisami grupy interesu. Nic nie jest tym, czym się wydaje, paranoja wydaje się po prostu zdrowym rozsądkiem.

W „Trzech dniach kondora” Sydneya Pollacka (1975) analityk CIA Joe Turner znajduje swoich kolegów z pracy zamordowanych w biurze. Jak się okazuje, padli oni ofiarą wysłanego przez samą Agencję zawodowego zabójcy – Turner odkrył bowiem przypadkiem tajny plan Agencji, dotyczący siłowego przejęcia pól naftowych na Bliskim Wschodzie w wypadku kryzysu, i postanowiono go uciszyć. W „Syndykacie zbrodni” (1974) Alana J. Pakuli dziennikarz trafia na trop tytułowej organizacji, zaangażowanej w zabójstwo przynajmniej dwóch polityków o prezydenckich ambicjach. W „Zasadzie domina” (1977) Stanleya Kramera jeszcze bardziej tajemnicza i wszechwładna organizacja wyciąga z więzienia mężczyznę skazanego za zabójstwo byłego męża swojej żony, szkoli go na zawodowego mordercę i wysyła przeciw wpływowemu amerykańskiemu politykowi.

Klimat tamtej dekady najlepiej oddaje ostatnia scena „Rozmowy” (1974) Francisa Forda Coppoli, w której grany przez Gene’a Hackmana ekspert od inwigilacji z zimną determinacją wypruwa własne mieszkanie, bezskutecznie szukając założonego w nim przez Agencję podsłuchu.

Prezydencki gang Olsena

Afera Watergate wpłynęła też na filmowy wizerunek Nixona. Żadnego innego amerykańskiego prezydenta Hollywood i telewizja nie przedstawiają w tak negatywnym świetle. W „Czwartej władzy” (2017) Stevena Spielberga Nixon – nie widzimy go ani razu na ekranie, słyszymy tylko jego głos – jest głównym antagonistą dziennikarzy „Washington Post”, autorytarnym, działającym w cieniu politykiem, knującym, by zatrzymać publikację Pentagon Papers – kluczowych dla opinii publicznej dokumentów, dowodzących, że amerykański rząd od dawna wiedział, że wojna w Wietnamie jest nie do wygrania.

W najlepszym wypadku kino zdolne było uznać tragiczną wielkość Nixona, dostrzec w nim złożoną, targaną sprzecznościami i wątpliwościami postać. Tak amerykańskiego prezydenta przedstawia Oliver Stone w niedocenianym „Nixonie” (1995). Bohater jest tam w równej mierze wielkim politycznym talentem, co politycznym gangsterem, postacią demoniczną i nieszczęśliwym człowiekiem, który przez całe życie walczy z kompleksem dorastania na granicy biedy i edukacji w drugorzędnym college’u. Stone, podobnie jak większość filmowców podejmujących temat, przedstawia upadek Nixona jako tragedię, nawet jeśli niektóre jej elementy są komiczne.

Serial „Hydraulicy z Białego Domu” przyjmuje odwrotną perspektywę – obserwujemy groteskę, która zyskuje w końcu tragiczny wymiar.

Aferę Watergate widzimy tu z punktu widzenia E. Howarda Hunta i G. Gordona Liddy’ego. To oni zaplanowali włamanie do kompleksu Watergate i nadzorowali akcję z pokoju hotelowego po drugiej stronie ulicy. Tej dwójce i zebranej przez nich ekipie bliżej jest do gangu Olsena niż do tajemniczych syndykatów zbrodni z thrillerów spiskowych lat 70.


PUSTKA PO ZIMNEJ WOJNIE. JAKUB MAJMUREK O NOWYCH SERIALACH SZPIEGOWSKICH >>>>

Zarówno Liddy, jak i Hunt pracowali wcześniej dla amerykańskich służb – pierwszy dla FBI, drugi dla CIA – ale nie zrobili tam specjalnej kariery. Liddy miał opinię narwańca i fanatyka. Znany był z fascynacji III Rzeszą, wrogości do komunizmu i amerykańskiej lewicy. By wywrzeć wrażenie i pokazać swoją odporność na ból, Liddy miał zwyczaj umieszczać swoją dłoń tuż nad płomieniem świecy – do momentu aż można było poczuć woń spalonego ludzkiego mięsa. W kreacji Justina Theroux jest on w serialu postacią zupełnie karykaturalną, nie tylko nieudolną w swojej pracy jako ekspert od inwigilacji, ale też całkowicie oderwaną od rzeczywistości.

Hunt, grany przez Woody’ego Harrelsona, też jest postacią mimowolnie komiczną, ale jego komizm podszyty jest w „Hydraulikach” głęboką melancholią. Serialowy Hunt ciągle rozpamiętuje klęskę inwazji w Zatoce Świń – gdzie uzbrojeni przez CIA kubańscy emigranci wylądowali z nadzieją obalenia rządów Castro na Kubie – pisze pulpowe powieści szpiegowskie, których nikt specjalnie nie ceni i nie czyta, próbuje zapewnić żonie i czwórce dzieci życie na poziomie zbliżonym do wyższej klasy średniej, wykonując wysysającą z niego życiową energię pracę w agencji reklamowej. Idzie mu to kiepsko – choć należy do mniej prestiżowego, tańszego country clubu niż jego dawni koledzy z Agencji, to ciągle ma problemy z regularnym wnoszeniem opłaty członkowskiej.

Jest oczywiste, że powierzenie jakiegokolwiek zadania tej dwójce musi skończyć się kompromitacją. Zwłaszcza gdy chodzi o agresywne, odbywające się na granicy prawa – albo otwarcie bezprawne – działania wymierzone w politycznych przeciwników prezydenta, wymagające przebiegłości, sprawności i dyskrecji. Brudna gra przeciw opozycji Nixona jest w „Hydraulikach” przede wszystkim żałosną komedią pomyłek – zgodnie z historyczną prawdą serial przypomina, że tamto włamanie do siedziby Demokratów nie było odosobnione. Przy pierwszej próbie włamywacze nie wzięli ze sobą narzędzi pozwalających otworzyć zamek. Przy kolejnej jedyny działający podsłuch udało się zamontować przy telefonie sekretarki – zamiast sekretów kampanii wyborczej przeciwników urządzenie rejestrowało prywatne rozmowy młodej kobiety.

W pierwszych trzech odcinkach narrację „Hydraulików” wyznaczają kolejne żarty. W czwartym serial zmienia ton. Bohaterowie zaczynają orientować się, w co się wpakowali. Komiczna wpadka w Watergate uruchamia polityczną lawinę, która może radykalnie zmienić polityczny krajobraz Stanów. Rodzinę Hunta dotyka przy tym osobista tragedia, która do dziś jest pożywką dla teorii spiskowych budujących czarny mit Nixona.

Czas groźnych klaunów

Także w „Gaslit” oglądamy rozwój afery z punktu widzenia drugo- i trzecioplanowych postaci, przede wszystkim dwóch małżeństw: Johna i Marthy Mitchellów oraz Johna i Mo Deanów.

Obraz

John N. Mitchell był szefem CRP, wcześniej pełnił w administracji Nixona funkcję prokuratora generalnego. Jego żona Martha stała się na przełomie lat 60. i 70. gwiazdą telewizji śniadaniowych i talk shows dla kobiet. Wieczorami, po kilku drinkach miała zwyczaj dzwonić do zaprzyjaźnionych dziennikarzy i sprzedawać im plotki na temat otoczenia prezydenta. „Gaslit” próbuje przedstawić Marthę – w kreacji Julii Roberts – jako pierwszą sygnalistkę afery Watergate, która nigdy nie została potraktowana tak poważnie, jak na to zasługiwała, bo była kobietą kojarzoną z lekkimi programami telewizyjnymi.

Dean z kolei był prawnikiem zatrudnionym w Białym Domu, któremu powierzone zostało zadanie „posprzątania” po aferze. Ostatecznie – także pod wpływem żony o lewicowo-liberalnych poglądach – zdecydował się zeznawać przed badającą aferę komisją Kongresu, w zamian za złagodzenie zarzutów stał się jednym z głównych świadków obciążających współpracowników Nixona.

W „Gaslit” Watergate nie jest wielką szekspirowską tragedią, czy demonicznym spiskiem, ale dramatem małych ambicji małych ludzi o ograniczonych horyzontach i kompetencjach. Widzimy w serialu, jak osoby z Białego Domu i okolic angażują się w nielegalne działania, gdyż nie chcą się narazić komuś, kto stoi od nich oczko wyżej w hierarchii władzy, albo liczą na awans, łudząc się, że kiedyś trafią w bezpośrednią orbitę prezydenta. Czasem kieruje nimi po prostu zwykła, najczystsza głupota. Wszystko to ma głęboko komiczny wymiar, choć ta komedia przynosi tragiczne skutki nie tylko dla Nixona, ale także osobistego życia ludzi zaangażowanych w sprawę – małżeństwo Mitchellów nie przetrwa skandalu, na co wpływ ma to, że John przemocowymi metodami próbuje uciszyć żonę, próbującą poinformować media o kulisach Watergate.

W jednym ze swoich cotygodniowych programów John Oliver komentując kolejną z afer administracji Trumpa nazwał ją „głupim Watergate”. „Gaslit”, a jeszcze bardziej „Hydraulicy z Białego Domu” sugerują, że także oryginalne Watergate było potwornie głupie. I to nie tylko w szczegółach położonych przez Hunta i Liddy’ego, ale też w samych swoich założeniach.

W „Hydraulikach”, gdy telewizja podaje wyniki wyborów z 1972 r., które Nixon wygrał przytłaczająco, Dorothy Hunt, żona H. Howarda, coraz bardziej wściekła na to, że mąż uwikłał się w aferę, mówi „i po co to wszystko było!?”. Ma rację. Jak pisze Michael Kazin w książce „What it Took to Win”, historii Partii Demokratycznej, wojna w Wietnamie, emancypacja czarnoskórej ludności i kontrkultura podzieliły Demokratów, rozbiły koalicję uboższej ludności amerykańskiego południa, klasy pracującej z przemysłowych stanów północy i progresywnej inteligencji, która zapewniała partii kolejne zwycięstwa – od czasów Franklina D. Roosevelta do wygranej Lyndona B. Johnsona w 1964 r. Nawet gdyby Demokraci wystawili sprawniejszego kandydata niż George McGovern, Nixon byłby w 1972 r. faworytem, nie potrzebował ryzykownych nieczystych zagrań, by wygrać.

Po pół wieku możemy spojrzeć na Watergate jako na komedię nie tylko z powodu czasowego dystansu. Na tle sprowokowanego przez Trumpa ataku na Kapitol i odmowy uznania wyborczej klęski, ekscesy ludzi Nixona wyglądają wręcz niewinnie. Trump pokazał również, że w odpowiednich okolicznościach także nieudolny, niekompetentny, oderwany od rzeczywistości błazen może okazać się realnym zagrożeniem dla stabilności demokratycznego systemu. ©

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru Nr 23/2023

W druku ukazał się pod tytułem: Jaka śmieszna afera