Ja Was uczyć każę

Przerwane dzieciństwo, rodzinne tragedie, błyskawiczna kariera. Życie Przemysława Czarnka to ciąg dramatycznych zwrotów akcji. Ukształtowały one człowieka, który dziś formuje polskie dzieci i młodzież.

17.01.2022

Czyta się kilka minut

Wojewoda Przemysław Czarnek podczas obchodów Dnia Strażaka. Lublin, maj 2017 r. / JAKUB ORZECHOWSKI / AGENCJA WYBORCZA.PL
Wojewoda Przemysław Czarnek podczas obchodów Dnia Strażaka. Lublin, maj 2017 r. / JAKUB ORZECHOWSKI / AGENCJA WYBORCZA.PL

To miał być nietypowy wywiad. Bez pytań o reformę edukacji, lockdown w szkołach, mniejszości seksualne, Strajk Kobiet. Z ministrem edukacji i nauki chcieliśmy porozmawiać o jego autorytetach, lekturach, przyjaźniach, pasjach, o rodzinnym domu, śmierci rodziców. O wszystkim, co sprawiło, że jest tym, kim jest. Początkowo byłem zaskoczony, gdyż Anna Ostrowska, dyrektor Departamentu Informacji i Promocji Ministerstwa Edukacji i Nauki, przekazała mi zgodę ministra – do ustalenia pozostawał tylko termin. To była połowa września, po której zwaliła się lawina „przeszkód”. Przygotowania do początku roku akademickiego, inauguracje na uczelniach, reforma szkolnictwa, Boże Narodzenie, Nowy Rok. W końcu służby ministra zamilkły. W tym czasie Przemysław Czarnek wielokrotnie wystąpił w mediach publicznych i w Radiu Maryja.

Śmierć rodziców

Przemysław Czarnek urodził się w 1977 r. w wielkopolskim Kole, ale dzieciństwo spędził na wsi, w Goszczanowie niedaleko Sieradza. Tam też w ostatnie Święto Niepodległości odebrał tytuł honorowego obywatela gminy. Podróże po Polsce lokalnej są od lat jego pasją i zarazem źródłem popularności. Uwielbia takie spotkania, może na nich brylować, opowiadać żarty, dziękować za poparcie, dawać odpór „brukselskiej zgniliźnie”. „To właśnie w Goszczanowie kończyłem szkołę podstawową i wychowywałem się do 15. roku życia. Ogromnie dziękuję radnym za jednogłośną decyzję, a panu wójtowi za inicjatywę i to wyjątkowe wyróżnienie” – mówił minister, by po chwili delektować się występem małych tancerzy z gminnego ośrodka kultury, orkiestry dętej Helikon oraz zespołu śpiewaczego Znad Swędrni.


WSZYSTKIE HISTORIE MINISTRA CZARNKA: CZYTAJ WIĘCEJ W SERWISIE SPECJALNYM >>>


Powrót do Goszczanowa nie był jednak powrotem do sielskich wspomnień z dzieciństwa. To okres naznaczony głęboką, osobistą traumą. Ojciec Przemysława Czarnka był zawodowym kierowcą, miał nawet własną ciężarówkę, ale zachorował na stwardnienie rozsiane. Matka pracowała jako pielęgniarka, a po upadku komuny prowadziła sklep „1001 drobiazgów”. Ona też zachorowała, na raka.

– Mieszkali naprzeciwko szkoły – wspomina Aleksandra Maryniaczyk, dyrektorka podstawówki w Goszczanowie. – Przyszłam uczyć w 1983 r., a rok później pojawiła się klasa Przemka. To była wybitna grupka dzieci, chyba najlepsza w naszej historii, a on zawsze był w pierwszej trójce w szkole. Kulturalny, pogodny. Widać było, że z dobrego domu pochodzi.

Dyrektor Maryniaczyk podkreśla, że rodzice bardzo wspierali całą trójkę swoich dzieci. Odeszli po cichu, we wsi do dziś ludzie pamiętają, że długo nie dawali po sobie poznać, że dzieje się cokolwiek złego.

– Okropna tragedia, niewyobrażalna – wspomina wójt Goszczanowa, 58-letni Krzysztof Andrzejewski. – Przemek był młodszy ode mnie. Bystry chłopiec, dusza towarzystwa, pamiętam, jak się uśmiecha i krzyczy z daleka „dzień dobry”. Bardzo mu współczuliśmy.

Gdy rodzice umierali, Przemek, najstarszy z trójki rodzeństwa, nie mieszkał już w Goszczanowie. Rodzice chcieli, by się kształcił, więc posłali go do Lublina, pod skrzydła o 22 lata starszego wuja, księdza Jerzego Pałuckiego. Niecałe dwa lata wcześniej wrócił on ze studiów w Rzymie i trafił na Wydział Teologii KUL. Swoją pasję, czyli badanie dorobku Ojców Kościoła, musiał po śmierci rodziców Przemka połączyć z nieplanowaną rolą ojca. Jakoś sobie poradził, został profesorem, a przez sześć lat pełnił nawet funkcję dziekana.

Czarnek w Lublinie poszedł do II LO, które wówczas uchodziło za najlepsze w mieście. Jedna z emerytowanych nauczycielek wspomina, że nie lubił się przemęczać, ale widać było, że jest zdolny i sprytny. Wiedział, kiedy się uczyć, więc na maturze poszło mu bardzo dobrze.

– O śmierci jego rodziców rozmawiało się w szkole raczej po cichu – opowiada były kolega z równoległej klasy. – Przemek starał się trzymać gardę, nie rozsypać się. Myślę, że bardzo pomogła mu wtedy wiara w Boga. Kiedy jednak patrzę na to, co mówi dziś, jestem zdumiony. On czasem zdradzał żyłkę awanturniczą, miał poczucie humoru, potrafił się spierać, ale na co dzień był raczej nieśmiały, nie wygłaszał żadnych radykalnych ocen.

Tylko dwa razy otworzył się na moment przed światem. Pierwszy: w grudniu 2015 r., po tym jak został wojewodą. W rozmowie z „Kurierem Lubelskim” stwierdził, że już w podstawówce marzył o studiach na KUL: „Prawo interesowało mnie od zawsze. W prawie wszystko jest poukładane, opisane, a na dodatek ma to ogromny wpływ na ludzkie życie. Nie ukrywam, że myślałem o prawie w kontekście dobrej pracy w przyszłości. Może to zabrzmi patetycznie, ale wybrałem też prawo, bo chciałem pomagać ludziom, a taka jest przecież rola prawnika”.

Wspomniany wyżej znajomy z czasów liceum uważa, że fascynacja Czarnka „poukładanym prawem” była raczej próbą znalezienia czegoś stałego w świecie, który mu się rozsypał: – W czasie, gdy myśmy przeżywali naszą „durną” młodość, on musiał wydorośleć. I nawet jeśli się kontrolował, by nie okazywać smutku, to nie potrafię sobie wyobrazić, co czuł.

Już w trakcie studiów musiał stanąć finansowo na nogi. Jednak pracę udało mu się znaleźć nie w Lublinie, ale w Zamościu, w urzędzie miasta. Tam na energicznego studenta prawa zwrócił uwagę Marek Grzelaczyk, ówczesny prezydent miasta, i poznał go z postacią, bez której Czarnek zapewne nie zrobiłby kariery politycznej.

Sławomir Zawiślak był na początku wieku działaczem ZChN, ale szybko przeniósł się do świeżo powstałego Prawa i Sprawiedliwości. To przy nim Czarnek zbierał pierwsze doświadczenia polityczne, choć zupełnie nieudane. W 2002 r. kandydował bowiem do lubelskiej rady miasta z komitetu Prawo i Rodzina. Zdobył 0,42 proc. głosów, czyli dokładnie 61.

Lepiej szło mu w życiu prywatnym. Poślubił Katarzynę, która później zrobiła doktorat i została asystentką w Instytucie Nauk o Ziemi KUL. „Poznaliśmy się we Włoszech. Romantyczne małżeństwo... Jak byliśmy młodzi i jeszcze studiowaliśmy, to jak wielu studentów, dorabialiśmy sobie w wakacje. Ja pracowałem w jednym hotelu, żona pracowała w restauracji w drugim hotelu. No i tam się nasze oczy spotkały” – opowiadał Czarnek „Super Expressowi” w drugim z wywiadów, w których zdradził cokolwiek na temat swego prywatnego życia. „Ja już tam byłem trzeci lub czwarty rok z rzędu. Kasia przyjechała pierwszy raz i od razu bardzo mi się spodobała. Ale ja byłem typem chłopca bardzo nieśmiałego, więc trochę to trwało, zanim bliżej się poznaliśmy” – opowiadał śmiejąc się, że musiał aż do Włoch jechać, żeby poznać „dziewczynę z Bychawy”.

Przełomem okazał się rok 2005. Sławomir Zawiślak został posłem PiS. Czarnek był wtedy od dwóch lat asystentem w Katedrze Prawa Konstytucyjnego KUL, gdzie trzy lata później otrzymał tytuł doktora za pracę o zasadach państwa prawa i sprawiedliwości społecznej, a potem zrobił habilitację na podstawie rozprawy o wolności gospodarczej jako filarze społecznej gospodarki rynkowej, w której zresztą jawił się jako gospodarczy liberał, daleki od polityki społecznej PiS.

– Był ambitny, kreatywny, pełen inwencji – wspomina początki znajomości poseł Zawiślak. – Kiedy zaczął robić karierę na uczelni, zaproponowałem mu współpracę, która trwała 13 lat. Wspierał mnie, pisał opinie prawne oraz interpelacje, choć dla prawnika nie były to atrakcyjne finansowo zlecenia. Widać było wyraźnie jego żyłkę obywatelską i to, jak bardzo zależy mu na regionie.

Wojewoda bez zdjęcia

Awans 38-letniego Czarnka na wojewodę lubelskiego w grudniu 2015 r. był ogromnym zaskoczeniem. Stawiano na Krzysztofa Michałkiewicza, lidera partii w okręgu, albo na Roberta Gmitruczuka, szefa biura najbogatszego senatora PiS, Grzegorza Biereckiego. Okazało się jednak, że nawet w tak mocnej konkurencji zwyciężyły wpływy Zawiślaka, którego beniaminkiem Czarnek był już od dziesięciu lat. Sławomir Skomra, autor przytoczonego artykułu z „Kuriera”, dziś reporter lubelskiego „Dziennika Wschodniego”, przypomina sobie, że gdy gruchnęła w mieście wieść, iż to Czarnek ma zostać wojewodą, w żadnej redakcji nie było nawet jednego jego zdjęcia. Nie było go też na KUL, gdzie pracował.

– On jeszcze kilka lat wcześniej funkcjonował na obrzeżach polityki, znano go trochę w Zamościu, ale w Lublinie był anonimowy – wspomina Skomra. – Zrobił na nas jednak dobre wrażenie, bezpośredni, z poczuciem humoru. Tworzył w kontaktach z dziennikarzami swobodną atmosferę i przede wszystkim był dla nas dostępny. To naprawdę rzadkość wśród osób na podobnych stanowiskach.

Skomra przypomina sobie, jak pewnego dnia pomylił miejsce konferencji prasowej i zamiast pod siedzibę PKP przyszedł do urzędu wojewódzkiego. Natknął się tam na wychodzącego z budynku Czarnka, który niewiele myśląc zaprosił dziennikarza do auta i po prostu go podwiózł.


CZYTAJ TAKŻE 

O CO CHODZI W „LEX CZARNEK”: Zmiany firmowane przez szefa resortu edukacji i nauki to powrót ze szkoły publicznej do państwowej >>>


– On umie wykorzystywać media, w bezpośrednim kontakcie stara się być uprzejmy nawet wobec dziennikarzy z niechętnych mu redakcji, przez co trudniej go zaatakować. Dobrze wygląda, mówi barwnie, dba o puenty, łatwo się go cytuje. Poza tym uwielbia być w centrum uwagi, dlatego konferencje odbywały się co najmniej raz w tygodniu, a biuro prasowe zasypywało redakcje informacjami, co robi, gdzie pojechał, jakie programy wdraża. Przyćmił wszystkich polityków PiS w regionie – opowiada Skomra, ale zaznacza zarazem, że swoje drugie oblicze Czarnek zaczął pokazywać już po dwóch tygodniach, gdy usunął z korytarza wizerunki wojewodów sprzed 1989 r., tłumacząc, że urząd nie będzie robił za muzeum PRL. Po rozprawie z komunistami z gabinetu wojewody wyjechała też flaga UE.

– Najpierw był miły, onieśmielony, ale szybko przekonaliśmy się, że mamy na pokładzie niedojrzałego samca alfa, który wszystko wie lepiej i nie musi się uczyć urzędu – mówi urzędnik średniego szczebla, który przetrwał sześciu wojewodów. – Zrobił się bardzo „bezpośredni”, dumnie się nosił, spoglądał pańskim okiem, protekcjonalnie poklepywał po ramieniu lub karcił ironiczną uwagą.

Urzędnik wspomina, że Czarnek był zawiedziony, jak niewiele może. Okazało się bowiem, że w obecnych czasach funkcja wojewody jest bardziej reprezentacyjna, a kasę trzymają marszałek województwa i prezydenci miast. Bardzo mu się to nie podobało, więc zaczął się rozpychać, łącząc rolę ważnego urzędnika oraz trybuna ludowego i aktywisty.

Niecałe pięć miesięcy po objęciu stanowiska Czarnek zorganizował obchody 3 Maja. Chciał je zablokować KOD, ale namówieni przez wojewodę działacze prawicowi uniemożliwili zakłócenie oficjalnego pochodu wychodzącego z katedry. Urzędnicy byli zaskoczeni, że ich szefa zajmuje „uliczna polityka” i że jest „jak dziecko” podekscytowany. To był jednak tylko początek, a wojewoda stawał się coraz bardziej kontrowersyjny. W całej Polsce zrobiło się o nim głośno w 2018 r., z okazji Marszu Równości, który przeszedł ulicami Lublina. Czarnek stwierdził wtedy, że takie inicjatywy są promocją „zboczeń, dewiacji i wynaturzeń”. Rok później uznał, że podobne manifestacje powinny być zakazane, po czym odznaczył samorządowców inicjujących uchwały o strefach wolnych od LGBT – medalami i dyplomami za obronę rodzin przed destrukcyjnymi ideologiami.

Sławomir Skomra wspomina, że pierwsze ostre wypowiedzi Czarnka na temat LGBT+ to był dla miejscowych dziennikarzy lekki szok. Z tej strony nikt go w Lublinie ani Zamościu nie znał. Dziwili się znajomi z dzieciństwa, kiedy uchodził za chłopca grzecznego aż do przesady, a także naukowcy oraz studenci z KUL.

– Nie był mistrzem formy i zdarzało mu się rzucić mało subtelny żart – mówi jedna z jego byłych studentek. – Ale nigdy nie zdradzał obsesji na temat gejów, wydawał się dość swobodny w obyciu. Nie kwestionuję szczerości jego poglądów, niemniej widać było wyraźnie, że gdy temat chwycił, a o „występach Czarnka” zrobiło się głośno, złapał wiatr w żagle i brnął prosto w fale.

Ale zanim wypłynął w Warszawie, opłynął wszystkie akweny w okolicy jako złota rybka. Kiedy inni politycy prawicy przesiadywali w gabinetach, on zdobywał teren.

– Uwielbiał wieś – mówi cytowany już lubelski urzędnik. – Przyjeżdżał i rozmawiał z ludźmi swobodnie, bez tej sztywnej „spinki” towarzyszącej politykom. Umiał słuchać i miał dobrą pamięć, wiedział, jakie są problemy poszczególnych gmin. Uchodził za pracowitego w partii, choć nawet do niej nie wstąpił.

Jeszcze dziś na YouTubie można znaleźć dziesiątki filmów dokumentujących te „gospodarskie wizyty”. Czarnek otwiera ronda ku czci cichociemnych, organizuje uroczystości ku chwale żołnierzy wyklętych, otwiera posterunki policji, jeździ do szkół, na otwarcia przedszkoli i żłobków, na uroczystości maryjne, na święto plonów, dożynki, pogrzeby weteranów, spotyka się z kołami gospodyń, otwiera wyremontowane kaplice.

– To były setki spotkań, nikt przed nim tego nie robił – opowiada Skomra. – Kiedy ludzie z centrali PiS objeżdżali lubelski okręg, od razu spostrzegali, jakie tłumy gromadzą się wokół Czarnka i jak bezpośredni kontakt ma z ludźmi.

Na wszystkich imprezach wojewoda zawsze ze szczególną atencją witał duchownych (ulubiony zwrot: „wielce szanowny księże proboszczu”), którym współczuł „nagonki” ze strony środowisk antykościelnych. Aż zaczął być zapraszany do Radia Maryja.

Na warszawskich salonach

Aktywna postawa Czarnka w regionie, nieustająca kampania przeciwko środowiskom LGBT+ oraz „przywiązanie do tradycji” i nieustanne zwarcia polityczne spodobały się w centrali PiS, gdy szukano kandydata na stanowisko ministra edukacji, które zwalniał (pozostając jednak w resorcie) niezbyt charyzmatyczny Dariusz Piontkowski. W przeciwieństwie do niego Czarnek nie bał się konfliktów z ZNP, mówił swobodnie, patrzył w oczy dziennikarzom, był radykalny, ale też lojalny. Szczególne wrażenie miał zrobić na Beacie Szydło i Elżbiecie Witek.

– Znałem jego werwę, wyraziste poglądy i właśnie dlatego byłem za tym, żeby został ministrem edukacji – przyznaje prof. Ryszard Terlecki, najbliższy współpracownik Jarosława Kaczyńskiego.

Ważne było również to, że Czarnek robił wrażenie swoim dorobkiem na uczelni. Zrobił tam szybką karierę, doktorat, habilitację. Był nawet dość lubiany przez studentów.

– Zapisałam się do niego na zajęcia, bo był dobrym ćwiczeniowcem. Nie tworzył dystansu, atmosfera była przyjazna. Już wtedy był jednak trochę przemądrzały, butny i przekonany o swej wyższości – wspomina Anna, dziś menedżerka w firmie medycznej.

– Mogłabym go określić słowami „równy chłop” – dodaje jej koleżanka z uczelni. – Bo z jednej strony był prostolinijny i na zajęciach rozmawiało się z nim dobrze. Ale jednocześnie był z niego taki... no właśnie... chłop. Trochę zbyt rubaszny, jego krytyczne uwagi bywały chamskie. Brakowało mu ogłady.

Brak ogłady nie okazał się przeszkodą w nominacji na stanowisko ministra. Ważniejsze było też to, że Czarnek miał świetnego protektora. Promotorem jego pracy magisterskiej i doktorskiej był znany w środowiskach PiS wybitny konstytucjonalista z KUL, prof. Dariusz Dudek, którego szczególnie cenił Lech Kaczyński. Kiedy więc prezydent wszedł w spór z Donaldem Tuskiem o to, kto ma prawo reprezentować Polskę na posiedzeniach Rady Europejskiej – to właśnie prof. Dudka uczynił swym reprezentantem na rozprawie w Trybunale Konstytucyjnym. Dudek był też reprezentantem Andrzeja Dudy w jego konflikcie z Sądem Najwyższym o to, czy powoływanie sędziów jest wyłączną kompetencją głowy państwa.

Czarnek podobał się zarówno na Nowogrodzkiej, jak i na Krakowskim Przedmieściu. Przykładna rodzina, dwójka dzieci, dom pod Lublinem (200 m kw.), ogród, który Czarnek rzekomo pielęgnuje sam, bo uważa, że psychika najlepiej odpoczywa przy pracy fizycznej. Opowiada też o regularnej lekturze Pisma Świętego i o miłości do jazdy na rowerze. Jego refren zaś, czyli krucjata przeciwko LGBT+, został uznany w otoczeniu Andrzeja Dudy za jedną z głównych osi podziału wyborców podczas kampanii prezydenckiej w 2020 r. PiS liczył, że dzięki temu przybędzie mu głosów, po czym dokooptował do wąskiego sztabu Dudy nie kogo innego, tylko Czarnka. Ten poszedł do TVP Info i powiedział: „Brońmy rodziny przed tego rodzaju zepsuciem, deprawacją, absolutnie niemoralnym postępowaniem, brońmy nas przed ideologią LGBT+ i skończmy słuchać tych idiotyzmów o jakichś prawach człowieka czy o jakiejś równości. Ci ludzie nie są równi ludziom normalnym i skończmy z tą dyskusją”.

– Wątpię, czy ostatecznie przysporzyło to głosów Dudzie, bo w końcu Czarnka ukryli – mówi jeden z małopolskich polityków Porozumienia. – Pewnie zrozumieli, że dla wielu ludzi wypowiedzi, które jakoś uchodziły ministrowi, były już niegodne głowy państwa. No i ta charyzma. Cóż, Czarnek potrafi mocniej porwać tłum niż Duda.

Na razie minister edukacji kwitnie. Kaczyński wybacza mu chamskie uwagi, wojny wypowiedziane uczniom, nauczycielom i rodzicom, gdyż uważa go za żołnierza na froncie. Froncie być może najważniejszym, bo odpowiadającym za kształtowanie przyszłych pokoleń, a na tym punkcie prezes ma obsesję. Prezes docenia też upór Czarnka, a zwłaszcza jego odporność na ataki i charyzmę, której w ostatnich miesiącach wyraźnie brakuje innym ministrom. Czarnek jest też wygodny, bo swoim radykalizmem może odbierać głosy ludziom Ziobry. O ile nie zgubi go pewność siebie i nie zadrze z prawdziwym samcem alfa, będzie ministrem do końca rządów PiS. I będzie wychowywał nasze dzieci. ©℗

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Jako reporter rozpoczynał pracę w dzienniku toruńskim „Nowości”, pracował następnie w „Czasie Krakowskim”, „Super Expressie”, czasopiśmie „Newsweek Polska”, telewizji TVN. W lutym 2012 r. został redaktorem naczelnym „Dziennika Polskiego”. Odszedł z pracy w… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 4/2022