Reklama

Ja, menda katofaszystowska

Ja, menda katofaszystowska

w cyklu Woś się jeży
03.12.2020
Czyta się kilka minut
Prośba do tych, co uważają, że od paru lat sprawy w kraju idą w złym kierunku. Czy nie dajecie sobie zbyt łatwo prawa do nienawiści i pogardy?
Rafał Woś / FOT. GRAŻYNA MAKARA
T

Tak, jestem „katofaszystowską mendą”. Przynajmniej w opinii jednego z twitterowiczów ukrywającego się pod aliasem Muranów1911. Ów „Muranów” obok swojego awatara miał kilka flag. Tęczowa była na pierwszym miejscu. Wielu czytelników pewnie już w tym miejscu się oburzy. Mogę jedynie prosić o wysłuchanie do końca tego, co mam do powiedzenia. Bo problem, którego tu dotykamy, istnieje. Choć wielu z nas albo nie chce go dostrzec, albo zwyczajnie boi się (z obawy przez reakcją) wypowiedzieć na głos.

Mapa polskiego gniewu

Najpierw jednak muszę wyjaśnić swoje intencje. Nie będą to tylko żale nad hejtem w sieci. Od lat czytam na swój temat różne – często bardzo niepochlebne lub wręcz (moim zdaniem) krzywdzące – opinie. Była nawet seria żartów o Woślitzu, na wzór słynnego, niezbyt rozgarniętego, radzieckiego agenta Stirlitza. W większości dowcipy były bardzo zabawne. Uważam nawet, że zbieranie cięgów należy do moich zawodowych obowiązków. Policjant wie, że zobaczy na swojej zawodowej drodze wiele ludzkich nieszczęść. Strażak bierze pod uwagę, że może się poparzyć. A publicysta musi zaakceptować to, że będzie służył części czytelników za worek treningowy. Wydaje mi się nawet, że ma to swój społeczny walor. Może emocje wyładowane gdzieś w sieci odwiodą ludzi od prawdziwej agresji w realu? Chcę w to wierzyć i chętnie podejmę się bycia „mendą” albo innym dowolnym stworem.

Po co więc piszę?

Piszę, bo wydaje mi się, że mapa polskiego gniewu i hejtu mocno się w ostatnich latach zdemokratyzowała. I nie ma co udawać, że tak nie jest. Ma to oczywiście związek ze zwycięstwem PiS-u w wyborach roku 2015, które były początkiem autentycznej zmiany ról w życiu społecznym. Możemy oczywiście podkreślać, że zmiana była pozorna, bo Morawiecki, Gowin czy nawet Kaczyński to nie byli żadni nowi na mapie Polski. Znam te wszystkie argumenty. Dla sporej części społeczeństwa zmiana była jednak autentyczna. Wielu wyborców PiS po tamtym zwycięstwie zaczęło odzyskiwać wiarę w państwo i demokrację. Nareszcie bowiem coś zaczęło od nich zależeć. Jacyś politycy zaczęli się na nich orientować. I to nie tylko w trybie przedwyborczym. Ale permanentnie. Pojawiły się inne kierunku polityki: gospodarczej (500 plus), zagranicznej (mniej „tak jest kochana Unio, już się robi!”) czy światopoglądowej.


Autorska rubryka Rafała Wosia. Komentarze co czwartek tylko w serwisie „Tygodnika Powszechnego”


 

I odwrotnie. Skoro część obywateli uzyskała większy wpływ (lub przynajmniej poczucie wpływu) na to, co się dzieje w ich państwie, to nieuchronnie inna część obywateli musiała ten wpływ (lub poczucie wpływu) utracić. Jeśli spojrzeć na to zupełnie na chłodno, to taka zamiana miejsc wydaje się jednym z najcenniejszych walorów, jakie demokracja ma w ogóle do zaoferowania. Taka rotacja zapobiega przecież tworzeniu się w społeczeństwie grup permanentnie pozbawionych wpływu (lub przynajmniej poczucia wpływu). Może to nawet jedyny sposób, by zapobiec trwałemu pękaniu społeczeństwa w warunkach stale rosnących w kapitalizmie nierówności czy zagrożeń płynących z nowoczesności.

A jednak – minione pięć lat pokazuje, że to tak nie działa. Ci, którzy wpływ (lub poczucie wpływu) utracili, nie zareagowali spokojnie. Przeciwnie: odpowiedzieli całym zestawem argumentów pokazujących, że ich utrata wpływu jest posunięciem antydemokratycznym, niebezpiecznym czy wręcz wołającym o pomstę do nieba. Czy potraficie Państwo wskazać polityków lub komentatorów liberalnych, którzy mówią „no tak, my sobie trochę porządziliśmy, ale przecież nikt nie jest nieomylny. Teraz dla równowagi kolej na innych”? Prawda, że niewielu? A czy znacie argumenty o tym, że Kaczyński z Ziobrą niszczą dorobek tych, co z takim trudem wprowadzili Polskę do Unii Europejskiej? Że Morawiecki zadłuża kraj i szykuje nam drugą Grecję albo hiperinflację? A Czarnek chce zrobić naszym dzieciom wodę z mózgu? Ja mam wrażenie, że po stronie antypisowskiej słyszę to na okrągło.

Policyjna przemoc

Ale zejdźmy jeszcze trochę niżej. Wielu uczestników ostatnich protestów przeciwko orzeczeniu TK w sprawie aborcji odkrywa, że policja potrafi być brutalna. Jest to konstatacja jak najbardziej prawdziwa. Bo tak, policja jest brutalna. W wielu krajach nawet dużo bardziej niż w Polsce. W zeszłym roku z rąk francuskiej policji zginęło prawie 30 osób (wśród nich wielu uczestników protestów tzw. żółtych kamizelek). W Kanadzie zaś prawie 40. Celowo wybrałem kraje rządzone przez polityków, którym daleko do populizmu. Przeczy to forsowanej przez wielu tezie, że Polska pod rządami populistycznego PiS zamienia się w państwo policyjnego terroru. Ta teza jest bowiem tym, co psychologia nazywa błędem atrybucji. Owszem, to możliwe (a nawet bardzo prawdopodobne), że bardzo wielu rodaków i rodaczek w państwie PiS po raz pierwszy doświadcza policyjnej przemocy. Dzieje się tak nie dlatego, że policja stała się pod rządzami PiS bardziej brutalna. Tylko raczej dlatego, że teraz to oni (często po raz pierwszy) znaleźli się na konfrontacyjnym kursie z policją. Na przykład uczestnicząc w demonstracji, która w naturalny sposób przeradza się w zadymę.


Andrzej Stankiewicz: Polska policja znalazła się blisko granicy, która odróżnia formację służącą państwu i społeczeństwu od zbrojnego ramienia partii i wodza.


 

Istnieją jednak w naszym kraju ludzie (i nie są to przecież jacyś gorsi obywatele), którzy tego odkrycia dokonali wiele lat wcześniej. Na przykład uczestnicy rolniczych blokad, związkowych protestów, czy po prostu młodzież z mniej uprzywilejowanych domów. Niedawno przez polskie kina przemknął film „Ewenement Molesty” o słynnych prekursorach ulicznego rapu w Polsce. Prawdopodobnie najważniejszym kawałkiem Molesty jest „28.09.97” poświęcony właśnie policyjnej przemocy. Leci on tak:

Jebany pies z pistoletem w ręku

Chce bym się bał, ja nie czuję lęku

I nie czuję strachu z rękoma na głowie

A twarzą w piachu odczuwam dumę bo

Pieprzę całe zgromadzenie

Społeczeństwo dla którego jestem zagrożeniem

Jestem chuliganem i już się nie zmienię.

Wielu czytelników pomyśli pewnie, że próbuję relatywizować problem. Nie taka jest moja intencja. Przeciwnie. Uważam, że opór jest prawem człowieka. Tego prawa człowiekowi zabrać się po prostu nie da. Chce powiedzieć, że dla spójności naszej politycznej wspólnoty to nawet nie takie złe, by różne grupy społeczne, klasy i zestawy poglądów mogły przećwiczyć się w byciu w różnym położeniu. Raz po stronie tych, co mają wpływ. Innym razem znów w sytuacji bezsilnych. Może nie brzmi to najlepiej, ale jaką mamy alternatywę? Fikcyjne i naiwne poczucie, że można osiągnąć sytuację, gdy w dużym, różnorodnym i pluralistycznym społeczeństwie wszyscy maja jednocześnie taki sam wpływ na bieg wypadków? Przecież to mrzonka – możliwa do osiągnięcia tylko drogą wyciszania głosów protestu i budowania fałszywej jedności na pokaz. Inna opcja jest taka, że rządzą przez cały czas jedni i ci sami. A wpływ można uzyskać tylko zostając dokooptowanym w ich szeregi. Ale przecież to byłby jakiś rodzaj oligarchii, plutokracji czy merytokracji. Czyli praktycznego zaprzeczenia idei demokratycznej i dzieleniu ludzi na godnych i niegodnych sprawowania władzy. Na tym tle „płodozmian” wydaje się dużo bardziej sensowny.

Pytanie, które wisi w powietrzu

Podstawowym problemem jest i pozostaje społeczna akceptacja tego „płodozmianu władzy”. Chodzi w praktyce o to, by ci, co aktualnie nie rządzą, potrafili odczekać na swoją kolej. Bez malowania sytuacji w barwach „końca świata”. Albo nawet, niech malują. Takie ich prawo. Jeszcze ważniejsze jest, by ich poczucie krzywdy, że nie mają wpływu, nie prowadziło do przekroczenia granicy wrzenia. To oczywiste wielkie wyzwanie dla każdego rządu.

Ale – i to chyba jest najważniejsza myśl, którą chce przekazać – władza nie jest tu jedynym podmiotem wobec którego wolno formułować oczekiwania. Wolno chyba także pytać i prosić o autorefleksję samych obywateli. Nie chcę ani uogólniać, ani wskazywać palcem nikogo konkretnego. Wydaje mi się jednak, że pytanie, które wisi w powietrzu, jest ważne. Jest ono skierowane do Was, którzy uważacie, że w Polsce pod rządami PiS źle się dzieje. Wiem, że jesteście wściekli – nie zgadzam się z wami, ale nie lekceważę waszego gniewu. Ale czy to nie jest tak, że zbyt łatwo dajecie sobie prawo do nienawiści i pogardy wobec każdego, kto nie widzi spraw tak, jak wy?

I jeszcze jedno: czy naprawdę krzywdy, które Was w ciągu tych minionych lat spotkały (tak z ręką na sercu) uzasadniają Wasze coraz ostrzejsze reakcje? Bo mnie się jednak wydaje, że to zbyt łatwo pozwalacie sobie widzieć w rodaku / bliźnim / współobywatelu już nie człowieka, ale na przykład „katofaszystowską mendę”. I jeszcze nie wstydzicie się mówić o tym publicznie. Często jesteście nawet z tego dumni? – tak mi się wydaje. Poprawcie mnie jednak, jeżeli się mylę.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz ekonomiczny, laureat m.in. Nagrody im. Dariusza Fikusa, Nagrody NBP im. Władysława Grabskiego i Grand Press Economy, wielokrotnie nominowany do innych nagród dziennikarskich, np...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]