I o to chodzi

Robert Korzeniowski, czterokrotny mistrz olimpijski: Sport to integralna część życia i narzędzie jego nauki. Wyparliśmy to.

06.09.2021

Czyta się kilka minut

Robert Korzeniowski. Warszawa, sierpień 2021 r. / ROBERT BERRTI DLA „TP”
Robert Korzeniowski. Warszawa, sierpień 2021 r. / ROBERT BERRTI DLA „TP”

PRZEMYSŁAW WILCZYŃSKI: Tylko ani słowa o sporcie wyczynowym, proszę.

ROBERT KORZENIOWSKI: Spróbujmy.

Pana pierwsze wspomnienie ze sportem…

To proszę pozwolić mi jednak, na prawach wstępu, o kilka zdań na temat sportu wyczynowego – to opowieść o mnie jako młodym kibicu.

Niech zgadnę: wczesne lata 70., Orły Górskiego.

Igrzyska w Monachium, złoto, ja z tatą przed telewizorem. Potem przez lata wszyscy na podwórku wymienialiśmy się nazwiskami tych Orłów.

Kim Pan był?

Dużo biegałem, więc Szarmachem. Ale zdarzało mi się też odlecieć z fantazją i być Latą lub Lubańskim, który był wówczas odpowiednikiem dzisiejszego Messiego, bo wtedy się żyło gwiazdami rodzimymi. Potem przychodziły kolejne mundiale i kolejni bohaterowie.


CZYTAJ TAKŻE

SPORT TO ŻYCIE: Pozwala zachować zdrowie. Uczy solidarności i braterstwa, ale też koncentracji i świadomości własnego ciała. Najwyższa pora wrócić na boisko, bieżnię, halę czy stok >>>


A gdy miałem 12 lat, były igrzyska w Moskwie, z których zapamiętałem np. taki obrazek: Władysław Kozakiewicz przechadza się po Placu Czerwonym ze złotym medalem, rozmawiając z reporterem. To był wtedy dla mnie heros jak z mitologii – wielki kudłaty facet z ogromnymi bicepsami i medalem na piersi.

A pierwsze mocne doświadczenie własnej aktywności?

Jako dziecko chorowite – miałem nawracające anginy, przewlekłe zagrożenie paciorkowcem, ciągłe ryzyko dla serca i stawów – byłem zwolniony z wuefu. Jednak cała niejednoznaczność tej sytuacji polegała na tym, że nikt zwolnienia nie mógł mi narzucić na podwórku.

Tu była moc?

Nie od razu. Pamiętam, jak w wieku dziewięciu lat, za pieniądze uskładane z komunii kupiłem sobie rower, powiedzmy, półkolarzowy. Wcześniej jeździłem na posiadającym małe kółka pelikanie… A teraz zacząłem odkrywać, że „mam nogę”. Że mogę pogonić swoich kolegów w naszym – odgrywanym na fali ówczesnego entuzjazmu po każdym z transmitowanych etapów – Wyścigu Pokoju.

Odtwórzmy to bardziej plastycznie.

Jarosław, niewielkie miasteczko na Podkarpaciu. Podwórko przy Reymonta 9. Wypadamy z impetem z bramy, mając do objechania kwadrat ulic. Ta rozgrywka, z tym samym kwadratem, trwała latami! Bywało, że kończyła się źle. Np. interwencją milicji, która wlepiła mandat mamie jednego z kolegów (śmiech).

Fajnie było to poczuć.

To, czyli co?

Siłę, moc, dziecięce poczucie wartości. Nie grałem wybitnie w piłkę nożną. Owszem, potrafiłem kolegów – niczym właśnie Szarmach czy Lato – zabiegać, ale przecież dzieci na podwórku nie cenią specjalnie „piłkarzy-biegaczy”. Wolą tych błyskotliwych, strzelających bramki.

A na rowerze odkryłem, że robię, co chcę. Nie tylko zresztą w sensie szybkościowym czy wytrzymałościowym: potrafiłem np. na brukowanej ulicy finiszować na pełnej szybkości, unosząc ręce, czyli puszczając kierownicę.

Jak to się ma do opowieści o cherlawym, schorowanym chłopcu?

Na tym właśnie polegał ten paradoks: wygrywałem podwórkowy wyścig, a zaraz – jeszcze w glorii zwycięzcy – ­jechałem do sanatorium w Rabce, gdzie w zasadzie nie wolno mi było uprawiać żadnej aktywności.

Sport był dla Pana odskocznią od świata lekarzy, gabinetów, szpitali?

Tak, ale jednak przede wszystkim stanowił treść mojego bycia w grupie rówieśniczej: dzięki niemu nie byłem kimś, komu przynosi się do domu zeszyty, bo ma szkliste oczy i gorączkę, ale tym, który jest na podwórku i z czegoś na tym podwórku jest rozpoznawalny.

Z kolei okresy odcięcia od sportu, np. na czas leczenia, były dla mnie czymś dotkliwym i poniżającym. Po nich następowała niby fizyczna, ale i psychiczna rehabilitacja. No i wywinąłem się z tego wszystkiego w sposób absolutnie cudowny. Może pomogło to niepochwalane przez lekarzy stymulowanie sportem, a może coś innego. W każdym razie wedle wszelkich reguł nie powinienem był z tych chorób wyjść. A wyszedłem.

Czerpana z aktywności siła – także ta psychiczna, ale i społeczna – była pewnie dla Pana odkryciem, bo nie miał kto Panu tego sportu wcześniej opowiadać.

Rzeczywiście, nie miałem żadnych – poza kibicowskimi – sportowych tradycji rodzinnych. Albo inaczej: nikt nie uprawiał wcześniej sportu w sposób wyczynowy. Bo jeśli chodzi o spędzanie czasu z tatą, to niemal każda wolna chwila schodziła nam na jakiejś aktywności. Kopanie piłki, wychodzenie na sanki, wspólny badminton, łażenie zimą na lodowisko – w moim domu było coś na kształt kultu aktywności. Nigdy, nawet w święta, nie siedziano godzinami przy stole albo przed telewizorem.

Sport jako budulec więzi?

Naturalnie, to było nasze pole porozumienia! Tata widział w pierworodnym swojego następcę: mocnego, aktywnego faceta. Jako pracownik kolei był niemal ciągle na służbie – w tej branży nie ma wolnych popołudni. Ale kiedy wracał, spędzaliśmy razem czas.

A gdy moja aktywność się po raz pierwszy sformalizowała, tzn. gdy w wieku czternastu lat zapisałem się do sekcji dżudo, miałem w tacie wielkiego sprzymierzeńca. Budziło to jego podziw: wcześniej patrzył na mnie z żalem, gdy dostawałem zastrzyki i siedziałem w sanatorium. Nie liczył na sukcesy. Cieszył się, że idę na trening.

Sport był też narzędziem wychowania?

Nie wiem, czy używanym w sposób zamierzony. Już prędzej intuicyjny. Ale na pewno tak – jeśli rozmawiamy o skutkach. Aktywność, także ta wspólna, uczyła mnie po prostu wielu rzeczy: odwagi, budowania pozycji w grupie, radzenia sobie w trudnych sytuacjach.

Pytam teraz Roberta Korzeniowskiego byłego sportowca, byłego dyrektora TVP Sport, a obecnego trenera i coacha w biznesie – czy nie ograniczyliśmy roli sportu do wyczynu, a w wersji masowej do funkcji zdrowotnej?

Ograniczyliśmy. Wyparliśmy sport rozumiany jako integralna część życia. I narzędzie jego nauki. W ogóle nie mówimy o tym, że dostęp do regularnej aktywności to jeden z warunków rozwoju.

Co nam daje?

Np. pozwala w sposób bezpieczny przećwiczyć coś, co jest motorem naszego życia, cokolwiek robimy – progres, odkrywanie siebie, rozwój. Każda mądrze prowadzona aktywność fizyczna daje tego rodzaju premię: widzimy, jak z czasem stajemy się szybsi, silniejsi, wytrzymalsi.

Sport uczy też, że niczego nie da się zrobić na skróty – tak jak z mistrzostw województwa nie awansujemy na igrzyska, tak z przebiegniętego kilometra w jednym tygodniu nie zrobi się w następnym dziesięć.

Idźmy dalej. Nie ma chyba drugiej dziedziny, która tak dobrze uczyłaby nas zarządzania stresem. Która pozwalałaby tak dobrze odnaleźć się w świecie ciągłych prób, rozczarowań, sukcesów, porównywania z innymi. W naszym klubie zdarzyło mi się trenować kilkoro nastolatków tuż przed egzaminem ósmoklasisty. I mam wrażenie, że ci młodzi ludzie – zaprawieni w radzeniu sobie ze sportową presją – lepiej odnajdywali się w warunkach przedegzaminacyjnego napięcia. Potrafili przystępować do tych życiowych, edukacyjnych prób z większym skupieniem, ale też nieobciążeni myśleniem negatywnym.

A przemijanie? Aktywność pozwala nam przesunąć o pięć, dziesięć lat fizyczne punkty zwrotne. Ale może – z drugiej strony – komuś bardzo aktywnemu trudniej przychodzi akceptacja upływającego czasu?

Jeśli sport to nie tryb włączany na chwilę – np. tylko w trakcie wakacji – to jest wprost przeciwnie: dzięki regularnej aktywności widzimy, że z biegiem czasu mamy do dyspozycji, co prawda ten sam, ale już nie taki sam organizm. Sport ­pozwala odpowiednio wpasować się w linię czasu.

Najstarszym zawodnikiem, jakiego kiedykolwiek trenowałem, był 101-letni Filip. Świetnie dawał radę, oczywiście na swoją miarę, choć specjalnie nie odstawał od 14-latków. Cieszył się życiem i niegasnącą sprawnością. Jestem przekonany, że sport pozwala lepiej opowiedzieć sobie samego siebie – co dzień od nowa. Częścią tej opowieści jest też i to, że pewnych rzeczy już robić nie powinniśmy. Choćbyśmy bardzo chcieli.

Np. grać w wieku ponad czterdziestu lat na pełnych obrotach w piłkę nożną – kosztem naderwania achillesa, jak ja…

Nie mam żadnej satysfakcji, że swoim przykładem potwierdza pan moje słowa. To niestety dość powszechna sytuacja: mamy tzw. pamięć mięśniową juniora, ale ciało przeszło już jakiś czas temu do kolejnego etapu. To najczęstszy rodzaj urazów w tzw. aktywności incydentalnej. W tych wszystkich wyjazdach trzy razy do roku na narty, w skrzykiwaniu się raz na kilka miesięcy „na gierkę” itd. Pamiętamy, jacy to byliśmy super, „jakie się robiło wślizgi”, ale to już niestety nie działa.

Z żoną mocno promujecie chodzenie – jako aktywność bezpieczną.

Regularnie, w naszym warszawskim klubie RK Athletics. Ale też między innymi na kanale Walking Lovers. Tym hasłem i logo z maszerującym zielonym serduszkiem trochę puszczamy do ­publiczności oko – że jesteśmy w sobie nawzajem zakochani – ale też zakochani w chodzeniu. Ta forma aktywności jest absolutnie demokratyczna względem wieku. Można chodzić bardzo szybko, szybko, wolniej, zmieniając też ­i ­dostosowując do aktualnej formy oraz wieku ćwiczenia towarzyszące.

Zbyt często dokonujemy gwałtu na naszym ciele, co zresztą widać nawet w języku. Mawiamy: „musi boleć”, „bez bólu nie ma zwycięstwa”…

„Jak nie boli, to znaczy, że nie żyjesz”…

I tak dalej. Tymczasem ból to bunt organizmu, czego także uczy nas regularna aktywność. Tylko dzięki niej zyskujemy wiedzę, czy to, co nas właśnie dopadło, ­to zwykłe przemęczenie, przeciążenie, czy może poważny uraz.

Sport jako nauczyciel życia jest wykorzystywany przez polską szkołę?

Nie jest. Znacznie lepiej sytuacja wygląda w polskich domach: zwłaszcza w pandemii tysiące rodziców zobaczyło, że ruch to nie żaden luksus, tylko integralna część rozwoju. Tymczasem w systemie edukacji nadal jest traktowany – i to w najlepszym razie – jako zestaw ćwiczeń do zaliczenia na ocenę. Coś, co wprowadza element rywalizacji, ewentualnie usprawnienia. Kompletnie lekceważymy aktywność fizyczną jako narzędzie edukacyjne. A że system szkolnictwa działa na zasadzie akcja-reakcja, to w pandemii i nauczaniu zdalnym ta sfera edukacji stała się jeszcze bardziej zaniedbana. I przez najbliższe lata – do momentu, aż szkoła złapie oddech – lepiej nie będzie.

Choć infrastruktura sportowa bywa już na najwyższym poziomie.

Znacznie lepiej jest w Polsce powiatowej. Tam szkoły mają miejsce na ekspansję, wykorzystują do budowy obiektów działki pochodzące z rezerw miasta. Lepiej też na tych terenach jest z integracją wokół sportu i aktywności. Byłem niedawno z moją klubową młodzieżą na zgrupowaniu w Cieszanowie, 2-tysięcznym miasteczku na Podkarpaciu. Tak jak tam stawia się na rozwój bazy i sport, to budzi szacunek.

A jak jestem na powrót w Warszawie, i poruszam się po tych wciśniętych między coraz to nowe bloki obiektami, jak widzę te zapadnięte i zaniedbane miejskie bieżnie, to trudno mi się z tym pogodzić. Wszyscy się oczywiście starają, by było lepiej, ale jest, jak jest… Nawet gdyby system edukacji zaczął stawiać na wychowanie poprzez sport, w dużych miastach nie byłoby gdzie tego nowego planu realizować.

Obiektów nie ma, a podwórka zniknęły.

One są w małych gminach, miasteczkach, choć pod nadzorem kamer, oczywiście. Deweloperka też nie dba o przestrzeń do ruchu. Obok bloków istnieją ledwie erzace podwórek.

Nie chodzi zresztą tylko o podwórka. To niebywałe, że np. Wilanów nie ma swojego lekkoatletycznego boiska. Boiska, nie stadionu! Jest tu sto kilkadziesiąt tysięcy ludzi, rosną całe pokolenia, i nie ma jednego porządnego obiektu do biegania. Ja mieszkam na Ursynowie, gdzie całe szczęście mamy Las Kabacki – ale z obiektami też jest kłopot. A potem jadę do Cieszanowa, Sandomierza, Stalowej Woli i widzę inną rzeczywistość. Lepszą.

I na koniec, nie mogę się powstrzymać. Jak wygląda fizyczna aktywność 53-letniego Roberta Korzeniowskiego?

To aktywność więcej niż przeciętnego, ale jednak amatora – nie robię nic, co by było w jakikolwiek sposób związane z wyczynem. Nic nastawionego na wynik, rekord, rywalizację.

Po zakończeniu kariery wszedłem w okres roztrenowania – by ten proces był bezpieczny dla organizmu, nie można schodzić nagle z obciążeń, więc przez kilka lat moja aktywność była zbliżona do tej z czasu kariery zawodniczej. Później dołączyłem do ekipy biegającej maratony, by w ostatnich latach wrócić – tym razem już wyłącznie amatorsko – do chodzenia. Do tego ćwiczenia towarzyszące, trochę jogi, czasami rower.

Średni czas trwania aktywności?

Zwykle sześć razy w tygodniu, 45 minut do godziny z kwadransem każdego dnia. Chodzę zwykle z żoną.

Tym samym tempem?

Tym samym. Teraz akurat mamy – po przyjeździe do Hiszpanii, z której się z panem łączę – chwilowy impas. Ale zwykle się nie oszczędzamy.

I idziemy krok w krok, bo moja żona bardzo szybko chodzi. ©℗

ROBERT KORZENIOWSKI jest czterokrotnym mistrzem olimpijskim, trzykrotnym mistrzem świata i dwukrotnym mistrzem Europy w chodzie sportowym. Były szef redakcji sportowej TVP, a później twórca i pierwszy redaktor naczelny kanału tematycznego TVP Sport. Właściciel klubu lekkoatletycznego RK Athletics, ambasador i olimpijski ekspert Eurosportu, Ambasador Dobrej Woli UNICEF, popularyzator sportu i aktywności fizycznej.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
ROBERT KORZENIOWSKI (ur. 1968) - lekkoatleta, chodziarz, czterokrotny złoty medalista Igrzysk Olimpijskich, w zawodach na dystansach 50 km (z Atlatny, Sydney i Aten) i 20 km (z Sydney), czterokrotny medalista Mistrzostw Świata w chodzie na 50 km i dwukrotny… więcej
Dziennikarz działu krajowego „Tygodnika Powszechnego”, specjalizuje się w tematyce społecznej i edukacyjnej. Jest laureatem Nagrody im. Barbary N. Łopieńskiej i – wraz z Bartkiem Dobrochem – nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Trzykrotny laureat… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 37/2021