Reklama

open eyes economic summit 2019

Havlowe dzieci, Havlowe wnuki

Havlowe dzieci, Havlowe wnuki

04.11.2019
Czyta się kilka minut
– Idąc na spotkania do szkół, czuję się jak stary partyzant. Ale to trzeba robić – mówi 72-letnia Petruska Sustrova, przed 1989 r. opozycjonistka, potem wiceszefowa MSW. – Przywykliśmy, że wolność jest oczywista. Ale można ją stracić.
Petruška Šustrova
A

Aksamitna Rewolucja. Aksamitna, bo dokonana pokojowo, bez ofiar. Tak ją nazwano, już wtedy. Nazwa budziła skojarzenia jednoznacznie pozytywne, aksamit kojarzy się wszak ze szlachetnością i pięknem.

Tymczasem dziś tylko 36 proc. ankietowanych Czechów powyżej 40. roku życia – a zatem takich, którzy choć trochę mogą pamiętać czasy przed rokiem 1989 – ocenia Aksamitną Rewolucję jednoznacznie pozytywnie. Ponad jedna trzecia uważa, iż wcześniej, za socjalizmu, żyło im się lepiej.

Poglądy na wydarzenia sprzed 30 lat różnią się znacząco w zależności od wieku i wykształcenia – tak wynika z sondażu przeprowadzonego przez agencję NMS Market Research. Generalnie: im wyższe wykształcenie wśród 40-latków i ludzi starszych, tym częściej ocena Aksamitnej Rewolucji jest pozytywna. Natomiast tylko 22 proc. osób z wykształceniem podstawowym ma o niej dobre zdanie. Jednocześnie – co być może najbardziej zaskakujące – aż jedna czwarta ankietowanych w tej grupie wiekowej uznała, że Aksamitna Rewolucja nie miała na ich życie wpływu. A jedna szósta, że jest ono teraz gorsze. Dlaczego uważają, że przed rokiem 1989 było lepiej? Bo wszyscy mogli pracować, mieli zabezpieczenie socjalne, a ludzie byli wobec siebie życzliwsi – odpowiadają.

Połowa wszystkich ankietowanych – nie tylko ludzi w średnim wieku – deklaruje, że ich poziom życia jest teraz wyższy. 38 proc. uważa, że sądownictwo w Czechach jest niezawisłe tak jak na Zachodzie. Jedna trzecia, że media są niezależne. A reszta? Podobnie jak w innych krajach Europy Środkowej – obraz przemian nie jest jednoznaczny.

Choć więc wydarzenia, które doprowadziły w Czechosłowacji do upadku komunizmu, są dziś przez Czechów i Słowaków pamiętane, to ich oceny potrafią być czasem zaskakujące.

Zryw jak zakochanie

– Czego się wtedy spodziewaliśmy? – Petruška Šustrova, dziś 72-letnia publicystka i tłumaczka, kiedyś opozycjonistka, a po 1989 r. wiceszefowa MSW w czechosłowackim rządzie, chwilę się zastanawia. – Odpowiem tak: w życiu doświadczyłam dwóch takich chwil. W roku 1968, podczas Praskiej Wiosny, oraz w roku 1989. Chwil entuzjazmu, wspólnoty, radości.

– Najlepiej to określiła moja znajoma Francuzka: to ten moment, gdy ludzie na ulicy już nie patrzą w ziemię, lecz patrzą przed siebie i uśmiechają się do siebie nawzajem – wspomina Šustrova w rozmowie z „Tygodnikiem”. – To było jak stan zakochania. A gdy się człowiek zakocha, to myśli, że tak już będzie zawsze, że zawsze będzie ta radość, szczęście, uniesienie. A przecież dobrze wiemy, że to mija. Tak samo jest ze zrywem narodowym: najpierw poczucie wspólnoty i entuzjazmu, a na końcu zawsze przychodzi frustracja.

Šustrova przyznaje, że na ludzkie rozczarowanie miały wpływ błędy popełniane i przez społeczeństwo, i przez polityków. Podkreśla jednak, że te błędy trzeba analizować, wyciągać wnioski, ale nie przekreślać wszystkiego: – Nie jest tak, jak się spodziewaliśmy, ale przecież to od nas zależało, a my jesteśmy tylko ludźmi. Popełniamy błędy, nie jesteśmy doskonali, nie wszystko nam wychodzi.

– Trochę się nam jednak udało… – dodaje. – Różnica jest przecież ogromna! Chcę to mocno podkreślić: żyjemy w innym państwie! Jeśli ktoś uważa, że za komuny było lepiej, to szkoda, że rzeczywiście nie może się tam choćby na dwa dni przenieść i zobaczyć, jak się żyło, gdy nie można było cebuli kupić. Nie wspominając już o sprawach fundamentalnych, jak brak wolności.

O braku wolności Petruška Šustrova może wiele powiedzieć, bo go doświadczyła. Miała 22 lata, gdy w 1969 r., na fali represji po zduszeniu Praskiej Wiosny, została skazana na dwa lata więzienia. Odsiedziała cały wyrok. Gdy wyszła, nie pozwolono jej dokończyć studiów. Pracowała na poczcie, potem jako sprzątaczka.

Represje nie zmieniły jednak jej poglądów. Była wśród pierwszych sygnatariuszy Karty 77 (manifestu opozycjonistów, jeszcze nielicznych i izolowanych), działała w Komitecie Obrony Niesprawiedliwie Prześladowanych. Nic dziwnego, że władze dokręciły śrubę: od 1982 r. aż do Aksamitnej Rewolucji nie mogła znaleźć już żadnej pracy, nawet fizycznej.

Gdy komunizm upadł, miała 42 lata. A potem… Potem została wiceszefową resortu spraw wewnętrznych, czyli tego, który wcześniej odpowiadał za represje.

– Nie bałam się – wspomina. – Myślałam: nawet jeśli coś zrobię źle, to poprawię. Byłam młoda, miałam dużo energii. Prawie wtedy nie spaliśmy.

– Myślę, że kilka rzeczy się nam w MSW udało – wspomina. – Na przykład ustawa lustracyjna. Teraz już nie ma to takiego znaczenia jak wtedy, bo ci, co „umoczyli” się w komunizmie, są starzy, już nie pracują. Ale wtedy to było bardzo istotne, aby ustalić, że nie każdy może zajmować dane stanowisko. To się udało, tak myślę.

– Wszyscy się spodziewaliśmy, że będzie inaczej – mówi Petruška Šustrova. – Ale jak upadł komunizm, to nie trafiliśmy do raju. Choć wszyscy chcieliśmy.

Komiks dla pamięci

– Miałem wtedy 13 lat i chodziłem do gimnazjum, które stało się centrum młodzieżowych protestów – opowiada „Tygodnikowi” Michal Hvorecký, dziś znany słowacki pisarz.

Bratysławskie eksperymentalne gimnazjum przy ul. Armii Czerwonej (dziś Grösslingovej) było rzeczywiście szczególnym miejscem: panowała tam dość swobodna atmosfera, część nauczycieli nie kryła swoich poglądów. Potem, w czasie Aksamitnej Rewolucji (lub Delikatnej: „Nežna”, jak mówią na nią Słowacy), uczniowie założyli swoje stowarzyszenie. – To były najpiękniejsze dni mojego życia! Tej atmosfery nie da się zapomnieć – podkreśla Hvorecký. – Wyrosłem dosłownie przy żelaznej kurtynie [przy granicy czechosłowacko-austriackiej – red.], widziałem druty kolczaste. Rewolucja zmieniła moje życie na lepsze.

Niedawno Hvorecký wydał – we współpracy z rysowniczką Klárą Štefanovičovą – komiks pt. „Čierna oslava” (tytuł nawiązuje do albumu „Black Celebration” Depeche Mode). Akcja dzieje się 16 listopada 1989 r., podczas studenckiej demonstracji w Bratysławie, a zatem na dzień przed protestami w Pradze, które zostały zapamiętane jako początek Aksamitnej Rewolucji. Razem z trzema komiksami innych autorów zeszyt ten tworzy serię „Něžný komiks”, mającą upamiętnić listopad 1989 r.

Komiksy nie tyle zastępują podręcznik, co mają skłonić młodych ludzi do dyskusji o najnowszej historii: – Uważam, że należy walczyć z mitem, że w czasach komunizmu życie było lepsze – mówi pisarz. – Pilnie potrzebujemy historycznej pamięci, by zrozumieć współczesność.

Również Petruška Šustrova zwraca uwagę, że o przeszłości trzeba opowiadać, ciągle i na nowo: – Osobiście nie lubię chodzić na pogadanki do szkół, bo czuję się jak stary partyzant, ale to trzeba robić – przekonuje. – Dla ludzi, którzy urodzili się lub wychowali już po upadku komunizmu, takie rzeczy jak np. wolność podróżowania to coś naturalnego. Oni nawet nie wyobrażają sobie, jak to było możliwe, że kiedyś nawet do Budapesztu nie można było pojechać. Przywykliśmy, że wolność jest oczywista, ale tak nie jest. Wolność można stracić. Trzeba doceniać to, co mamy, trzeba o to dbać.

Historia, jak chyba wszystkie dziedziny życia, jest dziś zagrożona szerzącym się w mediach społecznościowych fałszem i przekłamaniami.

– Listopad ’89 staje się coraz bardziej kontrowersyjny w świadomości Słowaków. Istnieje wiele teorii spiskowych związanych z tym czasem, w tym również i takie podsycane przez rosyjską propagandę – mówi Michal Hvorecký. – Jest na przykład taka teoria, że to USA zorganizowały przewrót, by ustalić nowy porządek w Europie Wschodniej, i że od 1989 r. mamy niby coraz mniej wolności…

– To nonsens, ale dość rozpowszechniony w podzielonym słowackim społeczeństwie – dodaje pisarz. – Teorie spiskowe dochodzą do głosu, gdy zdarza się coś niewyobrażalnego. A taka właśnie była Aksamitna Rewolucja.

Głosy ulicy

Rewolucja w Czechosłowacji była, jak na rewolucję, istotnie delikatna. Natomiast kolejne lata przyniosły wiele wstrząsów.

Przede wszystkim rozeszły się drogi Czechów i Słowaków: rozpadła się federacja i w 1993 r. powstały dwa państwa. Oba zmagały się z gospodarczą transformacją. Słowacja, z powodu ciągot autorytarnych swych pierwszych rządów, później niż inne kraje regionu weszła do NATO (potem szybko nadrobiła straty w integracji z Zachodem i jako jedyna z wyszehradzkiej czwórki przyjęła euro). W obu krajach dochodziło do protestów jako wyrazu społecznego niezadowolenia. Jednak naprawdę masowy charakter przybrały one ostatnio: na ulice znów zaczęło wychodzić tylu obywateli, że media sięgają po porównania z demonstracjami z 1989 r.

O ile w Czechach wiosną i latem tłumy domagały się dymisji premiera Andreja Babiša (w związku z podejrzeniami o defraudację i konflikt interesów), to na Słowacji ludzi na ulice wyprowadził w lutym 2018 r. gniew po zabójstwie dziennikarza Jána Kuciaka i jego narzeczonej Martiny Kušnírovej. Domagano się sprawiedliwości i uczciwego śledztwa. Teraz, gdy na światło dziennie wychodzi siatka powiązań między wysokimi urzędnikami państwowymi, politykami i skorumpowanymi przedsiębiorcami na niewyobrażalną wręcz skalę, znów zwoływane są manifestacje, choć nie tak liczne jak w ubiegłym roku.

– Śmierć Jána i Martiny to dla Słowaków również doświadczenie pokoleniowe. Bo rok 1989 jest dziś dla wielu młodych ludzi historią. Taką, jak dla mnie był rok 1968: jako coś, co stało się dawno, dawno temu. Widziałem filmy, zdjęcia, ale mnie tam nie było – mówi Michal Hvorecký, urodzony w 1976 r. – Natomiast po brutalnym morderstwie Kuciaka i jego narzeczonej młodzi znów zainteresowali się polityką. W 2018 r. demonstrowaliśmy w ponad 50 słowackich miastach i miasteczkach. W tej nowej generacji, bardziej wyczulonej na korupcję i fałsz polityków, widzę nadzieję – dodaje pisarz.

Prócz polityki jest dziś jeszcze jedna kwestia, która aktywizuje młodych Słowaków i Czechów: katastrofa klimatyczna: – Są bardzo radykalni, ale to dobrze, że potrafią się odzywać i wiedzą, że trzeba reagować – mówi Petruška Šustrova. – Przecież chodzi o przyszłość naszych dzieci i wnuków!

Koncerty dla Havla

– Pamiętam euforię rodziców. Pamiętam, jak na zaparowanym oknie piszemy z tatą i siostrą „OF” – Honza Unger wspomina, jakie nadzieje budziło wtedy Forum Obywatelskie (Občanské Forum): ruch, który uformował się w listopadzie i stanął na czele protestów.

Dziś Unger jest frontmanem czeskiego zespołu Zrní. On i jego koledzy, z którymi gra, mieli w 1989 r. po sześć-siedem lat. Niewiele rozumieli z tego, co się dzieje. Rodzice tłumaczyli im, że kończy się coś złego, a zaczyna wolność.

– Kilka lat później zapytałem tatę, co to był ten komunizm. Powiedział: „Widziałeś, że stół jest biały. Wszyscy widzieli, że jest biały. Ale komuniści mówili, że jest czarny i był czarny” – wspomina Unger. Po czym dodaje: – Dziś znów widzę to zjawisko, znów wydobywa się ono na powierzchnię. Kłamstwo staje się normą, legitymizowaną przez wielu polityków.

To jednak nie rozczarowanie polityką stało się przyczyną projektu, który dziś prowadzą muzycy ze Zrní. Nazywa się on „Havlowe dzieci Havlowi”: to seria kameralnych koncertów, granych od wiosny tego roku w miejscach ważnych dla zmarłego w 2011 r. Václava Havla. Był on nie tylko niekwestionowaną ikoną opozycji. Prezydent Czechosłowacji, wybrany na tę funkcję już w grudniu 1989 r., postrzegany jest jak niemal archetyp polityka uczciwego.

– W ubiegłym roku, w rocznicę śmierci Havla, spontanicznie pojechaliśmy na Hrádeček, do górskiej chaty, gdzie on często jeździł – opowiada „Tygodnikowi” Unger. – Chcieliśmy mu zagrać parę piosenek. Kilka tygodni później zwrócił się do nas kapelan więzienia na Borach w Pilźnie, gdzie kiedyś siedział Havel, czy byśmy tam nie zagrali dla więźniów. I tak się zaczęło. W ten sposób postanowiliśmy uczcić 30 lat wolności.

Patronem projektu jest Biblioteka Václava Havla (Knihovna Václava Havla), a wspólnie z Fundacją Olgi Havlowej (nosi imię jego pierwszej żony, zmarłej w 1996 r.) Zrní prowadzą zbiórkę funduszy dla ubogich studentów. Wierzą, że dzięki wykształceniu ludzie nie będą się bać tego, co nieznane i obce, będą łatwiej radzić sobie z kłamstwami, manipulacją i propagandą.

Kilka koncertów mają za sobą i każdy był innym doświadczeniem. Najmocniejszym okazał się ten w więzieniu. Unger: – Graliśmy dla 80 więźniów. Siedzieli przed nami w więziennych ubraniach, czuło się wręcz ten fizyczny brak swobody i ogromną przepaść między nami. Ale pod koniec koncertu stało się coś niezwykłego i poczuliśmy, że wolność to stan umysłu, na głębszym poziomie. Było to niemal euforyczne doznanie i mieliśmy wrażenie, że więźniowie też tak to czuli, że na chwilę zapomnieli o fizycznym ograniczeniu wolności.

W rocznicę wybuchu rewolucji w Czechach, 17 listopada, Zrní zagrają koncert w Pradze, na prestiżowej Alei Narodowej.

Co nam zostało

„Na pewno nie myślę, że znam całe pokolenie albo że je znam dobrze. Niemniej chodzę na debaty do szkół średnich lub wyższych, czasem spotykam się z młodymi ludźmi (…), np. na festiwalach czy koncertach, i mam wrażenie, że ci ludzie mnie szanują, a moje poglądy ich interesują, są dla nich zrozumiałe, ba, często je podzielają. Ale nie to jest decydujące. Decydujące jest, by kierowali się własnym rozumem” – tak Václav Havel mówił w 2005 r. Karelowi Hvížďale (rozmowa została opublikowana w książce „Prosím stručně”).

Dziś, kilkanaście lat później, filozofia życiowa Havla, jego przesłanie o przyzwoitości, wciąż jest dla wielu młodych Czechów istotne. A dla wielu – nie.

Honza Unger należy do pierwszej grupy. Wyjaśnia: – Havel jest dla nas symbolem tego, że za niektóre wartości warto cierpieć, poświęcić karierę, korzyści. Taką wartością jest coś głębszego, nieuchwytnego, coś, na czym się nie da zarabiać: to próba życia w prawdzie, miłość bliźniego, empatia, tolerancja, uczciwość. To jest dla nas główne przesłanie Havla. Główne, bo jest tego więcej, jak apel o ochronę praw człowieka, ekologia, znaczenie kultury… Niestety, dziś sytuacja w Czechach jest taka, że to przesłanie się dewaluuje – dodaje muzyk.

– Czy coś zostało w nas po roku 1989? – Petruška Šustrova powtarza pytanie i nie ma wątpliwości: – Myślę, że tak. Przede wszystkim to wolność: wolność słowa, osobista, wyznania, podróżowania. Wolność to podstawa, bez niej trudno mówić o innych swobodach.

– Wolność jest skarbem. Już jej nie oddam – zgadza się Michal Hvorecký.

– Wolność to ogromny dar, a zawdzięczamy go wszystkim, którzy o niego walczyli i którym się to przed 30 laty udało. Rzadko zdajemy sobie sprawę, jakie mamy szczęście, żyjąc jako ludzie wolni – mówi Honza Unger. – Ale, jednocześnie, wolność to tylko możliwość. To przestrzeń, którą musimy wypełnić. Czym ją wypełnimy, zależy od nas. Bo może to być też coś paskudnego. Dlatego wielu ludzi uważa teraz, że wolność nie przyniosła nic dobrego. A wolność to przecież wielka odpowiedzialność. Za siebie, za społeczeństwo.

Wystawa na Letnej

Na praskim wzgórzu Letná otworzono niedawno audiowizualną wystawę „Komunikacja ’89”. Pokazuje, jak 30 lat temu, w listopadzie 1989 r., ludzie przekazywali sobie informacje – gdy nie było komórek, internetu ani komunikatorów społecznościowych. Jak radzono sobie z cenzurą, jak ważne były osobiste kontakty. Słowem – jak „zrobić rewolucję” bez internetu.

To tylko jedno z wielu wydarzeń rocznicowych. Są też dyskusje, książki – mają Aksamitną Rewolucję upamiętnić, opowiedzieć, wyjaśnić. Na tyle, na ile się da.

Są też sondaże. Np. ośrodek Pew Research Center zapytał o ocenę przeszłości w dziewięciu krajach postkomunistycznych. Ogólny obraz jest taki, że niewielu ludzi żałuje transformacji, ale nie są oni całkowicie zadowoleni z sytuacji politycznej i ekonomicznej. W całym regionie można zauważyć wspólne przekonanie, że elity (w tym politycy) bardziej skorzystały na przemianach niż zwykli ludzie.

Wtedy, w 1989 r., protestujący chcieli po prostu wolności. Dziś – ludzie chcą całej reszty. Lista spraw jest długa i wszędzie chyba podobna: przejrzystość życia publicznego, lepsza edukacja i służba zdrowia, walka z wykluczeniem społecznym.

– Mniej nierówności między zachodnią a wschodnią Słowacją – dorzuca Hvorecký. – Jest tyle spraw…

– Wierzę, że zmierzamy w stronę społeczeństwa bardziej otwartego, empatycznego. Idzie to powoli, wolniej niż się spodziewano, ale idzie – mówi Honza Unger. – Przez tych 30 lat przede wszystkim nauczyliśmy się, że wolność i demokracja nie są za darmo, że musimy o nie nieustannie dbać. I że musimy nad sobą pracować, bo sama wolność nie uczyni naszego życia szczęśliwszym. ©℗

Galeria zdjęć

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarka działu Świat, specjalizuje się też w tekstach o historii XX wieku. Pracowała przy wielu projektach historii mówionej (m.in. w Muzeum Powstania Warszawskiego)  i filmach...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]