Reklama

Gwinea: wybory ponad wszystko

Gwinea: wybory ponad wszystko

w cyklu STRONA ŚWIATA
25.03.2020
Czyta się kilka minut
Ani protesty opozycji, ani lamenty zagranicy, ani nawet epidemia COVID-19 nie powstrzymały prezydenta Alphy Condé przed przeprowadzeniem konstytucyjnego plebiscytu, który w przypadku wygranej zapewni mu dożywotnie rządy.
Prezydent Gwinei, Alpha Conde, przemawia do mediów po tym, jak oddał swój głos w referendum lokalu wyborczym w Konakry 22 marca 2020 r. / FOT. CELLOU BINANI / AFP / East News
W

W niedzielnym referendum mieszkańcy zachodnioafrykańskiej Gwinei mieli opowiedzieć się, czy chcą przyjęcia nowej konstytucji, którą przygotował im prezydent. Ta dziś obowiązująca pochodzi jeszcze z czasów, gdy w stołecznym Konakri władzę sprawowało wojsko. Została napisana przez dyletantów, na kolanie, nie odpowiada nowym czasom ani nowym wyzwaniom – przekonywali prezydenccy urzędnicy. 

Nowa konstytucja ogranicza, zgodnie z panującymi na świecie zwyczajami, panowanie prezydenta do dwóch kadencji, choć przedłuża je o rok, z pięcioletnich na sześcioletnie. Wprowadza też – co podkreślali prezydenccy urzędnicy – postępowe zmiany, pozwalające lepiej chronić środowisko naturalne przed zanieczyszczeniem, bronić się przed przestępcami z cyber-przestrzeni, a przede wszystkim poprawiające dolę kobiet w 13-milionowym kraju, gdzie 90 proc. ludności stanowią konserwatywni muzułmanie. Według proponowanych przez prezydenta przepisów co najmniej jedna trzecia miejsc w parlamencie musi należeć do kobiet (albo dla mężczyzn, jeśli kobiety stanowiłyby większość dwóch trzecich), kobiety mają mieć takie same prawo dziedziczenia jak mężczyźni, nie wolno będzie wydawać ich za mąż przed osiągnięciem pełnoletności, a także poddawać zabiegom obrzezania.

Prezent z niespodzianką

Kiedy zaczął o niej mówić przed rokiem, zdawało się, że nowiutka, postępowa konstytucja ma być prezentem, jaki stary prezydent chce wręczyć rodakom na pożegnanie. Stuknęła mu już osiemdziesiątka, a w grudniu dobiega końca druga i ostatnia, przewidziana konstytucją kadencja, po której Alpha Condé powinien przejść na polityczną emeryturę. Ale już jesienią przywódcy gwinejskiej opozycji zaczęli podejrzewać, że Condé z nikim i niczym wcale nie zamierza się żegnać. Wprost przeciwnie – zamierza zmienić konstytucję tylko po to, by prezydenckie kadencje móc liczyć od nowa i rządzić jeszcze co najmniej 12 lat. Czyli praktycznie – dożywotnio, bo po upływie kolejnej 12-latki na prezydenckim fotelu liczyłby sobie już 94 lata. 

Najgorsze obawy i podejrzenia gwinejskiej opozycji zaczęły się potwierdzać, gdy w grudniu, przed Nowym Rokiem, władze przedstawiły projekt nowej konstytucji, zapowiedziały, że przeprowadzą w jej sprawie specjalny plebiscyt rozpisany razem z wyborami do parlamentu, a stary prezydent nawet nie próbował zaprzeczać, że jeśli tylko prawo mu na to pozwoli, jesienią 2020 roku chętnie stanie do elekcji i w razie wygranej rządzić będzie dalej. „Czy jest coś bardziej demokratycznego niż plebiscyt, w którym ludzie sami decydują, czego chcą?” – odpowiedział niedawno w rozmowie z dziennikarzem „Le Figaro” na pytanie o pretensje opozycji, że wszystkie proponowane reformy mógłby przeprowadzić uchwalając stosowne ustawy w parlamencie. Przeciwnicy polityczni prezydenta twierdzą, że mając w parlamencie niewielką tylko przewagę nad opozycją, nie miał szans na przepchnięcie poprawek do konstytucji, do czego potrzebna była większość dwóch trzecich głosów. Wybrał więc referendum, w którym wystarczy mu zwykła większość i to nawet nie uprawnionych do głosowania, ale tych, którzy wezmą w nim udział. „Zapytamy ludzi, czego sobie życzą. Gdzie indziej też zmieniają konstytucję, ale krytykuje się tylko nas” – powiedział Alpha Condé.

Dopóki śmierć nas nie rozłączy

Gwinejczykom trudno było uwierzyć, że Alpha, nie tak dawny jeszcze bohater ludowy, niezłomny weteran walki o demokratyczne swobody i prawa, stoczył się do poziomu pospolitego, zaślepionego władzą polityka. A nawet gorzej – że upodobnił się do tych, przeciwko którym przez całe życie występował i miał za ucieleśnienie zła. Gwinea miała tylko takich przywódców.

Najpierw rządził nią przywódca ruchu niepodległościowego Sekou Touré, który stanąwszy na czele niezależnego od 1958 roku państwa zerwał z dawną metropolią kolonialną, Francją, i rzucił się w ramiona Związku Radzieckiego. Rządził jak dyktator do samej śmierci w 1984 roku. Zanim wybrano nowego prezydenta, wojsko dokonało zamachu stanu i opuszczony fotel prezydencki zajął przywódca puczu, pułkownik Lansana Conté. Też rządził aż do śmierci w 2008 roku.

Zanim wybrano nowego prezydenta, wojsko dokonało zamachu i nowym przywódcą ogłosił się kapitan Moussa Dadis Camara. Rok później, podczas próby kolejnego puczu, Dadis Camara został ciężko ranny. Już nigdy nie odzyskał zdrowia, a w 2010 roku, po raz pierwszy w historii Gwinei, urządzono elekcję przywódcy, która miała być wolna i uczciwa. Jej zwycięzcą mógł zostać tylko Alpha Condé. 

Za rządów Sekou Touré musiał uciekać z kraju i zaocznie został skazany na śmierć. Za panowania Lansany Conté, który pod naciskiem Zachodu zgodził się na wielopartyjne wybory (ale tylko formalnie), Alpha Condé kilka razy walczył z nim w wyborach o prezydenturę, choć wynik rywalizacji był z góry przesądzony. Dyktator oskarżył go w końcu o zdradę państwa, knucie spisku, wtrącił do więzienia. Spokojny, cierpliwy i rozważny cieszył się na Zachodzie zaufaniem i poparciem.


CZYTAJ WIĘCEJ

STRONA ŚWIATA to autorski serwis Wojciecha Jagielskiego, w którym reporter i pisarz dwa razy w tygodniu publikuje nowe teksty o tych częściach świata, które rzadko trafiają na pierwsze strony gazet. Wszystkie artykuły są dostępne bezpłatnie. CZYTAJ TUTAJ →


Między Mandelą a Bokassą 

Pierwsze w Gwinei wolne i uczciwe wybory wygrał, ale dopiero po dogrywce. Pięć lat później znów wygrał reelekcję, ponownie pokonując byłego premiera Cellou Diallo. Tym razem już w pierwszej rundzie. Dziś przeciwnicy prezydenta twierdzą, że już wtedy zaczął przeradzać się w satrapę i przemyśliwać, w jaki sposób przedłużyć rządy. Przede wszystkim wyznaczył nową komisję wyborczą i obsadził ją swoimi politycznymi zwolennikami i dłużnikami. Dwa lata temu pozbył się też przewodniczącego Trybunału Konstytucyjnego sędziego Kéléfę Salla, który powtórnie zaprzysięgając go w 2015 roku na prezydenta przestrzegał, by nie uległ pokusie majstrowania przy konstytucji. 

„Znałem go jako bojownika o demokrację, rządy prawa i o prawa człowieka – opowiadał dziennikarzom o Alphie Condé jego najgroźniejszy rywal, pokonany dwukrotnie w walce o prezydenturę Cellou Diallo. – Ale odkąd został prezydentem, zauważyłem, że tak naprawdę chodzi mu tylko o władzę, kontrolę nad wszystkim, o to, by wydawać wszystkim rozkazy i żeby się samemu dorobić. Kto by pomyślał, że za rządów Alphy zabronione zostaną uliczne demonstracje, a ci, którzy będą się temu sprzeciwiać, będą wtrącani do więzień? Cóż, mógł zostać naszym Mandelą, a został Bokassą”. 

Nelson Mandela, pierwszy czarnoskóry prezydent Południowej Afryki, uchodzi na kontynencie za wzór dobrego przywódcy, który nie dał się zniewolić władzy. Samozwańczy cesarz Jean-Bédel Bokassa z Republiki Środkowoafrykańskiej pozostaje uosobieniem okrutnika i kacyka, mającego państwo za własny folwark, a poddanych za niewolników.

Przyjaciele z Rosji

Żadną pociechą dla Gwinejczyków była pamięć o tym, że nie jeden Alpha Condé zaprzedał pod wpływem władzy własne ideały. Abdoulaye Wade z Senegalu miał od niego jeszcze dłuższy dysydencki staż i opinię człowieka uczciwego, niemal ascety. Wyniesiony w końcu w 2000 roku do prezydenckiej godności, sprawował ją przez 12 lat, ale kiedy zbliżał się koniec drugiej i ostatniej kadencji, mimo 86 lat, ani myślał ustąpić z prezydenckiego fotela. Łamiąc prawo wystartował po raz trzeci, ale zawstydzeni jego pazernością rodacy odwrócili się od niego i przegrał wybory.

Zachodnia Afryka, niegdyś kraina wojskowych tyranów, w ostatnich latach dumnie obnosiła się jako część kontynentu, gdzie demokracja zapuściła najgłębiej korzenie. Wojskowych zamachów więcej tam nie tolerowano, uzurpatorów bojkotowano i zmuszano do ustąpienia. Pilnowano też, by przywódcy przestrzegali konstytucji i zawartych w nich limitów prezydenckich kadencji. Ochronny parasol nad tymi nowymi, politycznymi zwyczajami rozpościerał Zachód, chętnie występujący w roli nauczyciela i opiekuna demokracji.

W ostatnich jednak latach znaczenie Zachodu w Afryce osłabło. Zajęty własnymi kryzysami i kłótniami, afrykańskim kontynentem zajmuje się niemal wyłącznie jako regionem, z którego najliczniej imigranci napływają do Europy. Nowy dyktatorami politycznych mód w Afryce coraz bardziej stają się Rosja, Chiny, Turcja czy Indie. „A cóż to jest konstytucja?! Przecież to nie prawda objawiona, nie słowo Boże, nie Biblia, ani nie Koran – mówił w 2019 roku w noworocznym wystąpieniu w gwinejskiej rządowej telewizji rosyjski ambasador Aleksander Bregadze. – To konstytucja powinna dostosowywać się do rzeczywistości, a nie na odwrót”. Dodał też, że byłoby niedorzecznością i szaleństwem domagać się od Gwinejczyków, żeby z powodów wyłącznie formalnych pozbywali się tak znakomitego przywódcy jak Alpha Condé.

Władimir Putin, który sam właśnie zmienia konstytucję, by rządzić wiecznie, oraz posłuszni mu rosyjscy oligarchowie coraz bardziej i odważniej rozszerzają wpływy w Afryce, sprzedają broń i oferują polityczne i wojskowe wsparcie w zamian za koncesje na wydobycie tamtejszych minerałów. W Gwinei leżą najbogatsze na świecie złoża boksytów, a właścicielem większości z nich są rosyjskie koncerny górnicze i hutnicze.


CZYTAJ TAKŻE

PUTIN PLUS MINUS NIESKOŃCZONOŚĆ: Władimir Putin zagiął czasoprzestrzeń. W roku 2024 znowu będzie świeżym wyzerowanym kandydatem na prezydenta i może w zgodzie z ustawami i konstytucją rządzić spokojnie do 2036 roku >>>


Starcy z sąsiedztwa

Gwinejska opozycja zbojkotowała niedzielne wybory parlamentarne i konstytucyjny plebiscyt. W ulicznych zamieszkach zginęły 4 osoby. Od jesieni, gdy w Gwinei zaczęły się wystąpienia przeciwko przedłużaniu rządów prezydenta, zginęło już prawie 40 osób. Władze przeprowadziły głosowanie mimo stanu pogotowia, jaki wprowadziły wcześniej z powodu nadciągającej z Europy i Azji epidemii COVID-19 (zanotowano na razie 2 przypadki; w latach 2014-16 przez Gwineę przeszła epidemia eboli zabijając ok. 2,5 tys. osób). Opozycja zapowiada, że nie uzna ani wyników wyborów, ani konstytucyjnego referendum i będzie demonstrować na ulicach i wzniecać zamieszki, aż wojsko straci w końcu cierpliwość, dokona zamachu stanu i odsunie Alphę Condé od władzy.

Jeśli gwinejski prezydent postawi jednak na swoim, powtórzy wyczyn prezydenta Faure Gnassingbé z nieodległego Togo, który w lutym wygrał wybory prezydenckie już po raz czwarty z rzędu, przedłużając rodzinne rządy. Przez Faurem, który nastał w 2005 roku, w Togo rządził od 1967 roku jego ojciec Gnassingbé Eyadéma, a po jego śmierci władza przeszła na syna.

Zanosiło się, że reputację zachodniej Afryki jako oazy demokracji popsuje na dobre Wybrzeże Kości Słoniowej i tamtejszy prezydent Alassane Ouattara, który odgrażał się, że w październikowych wyborach prezydenckich, mimo upływu dwóch kadencji i konstytucyjnego zakazu, wystartuje po raz trzeci. Dla obrońców afrykańskiej demokracji byłaby to porażka szczególnie bolesna – Ouattara jako kandydat opozycji pokonał w 2010 roku w wyborach urzędującego prezydenta Laurenta Gbagbo, ale ten wolał wywołać wojnę domową, niż oddawać władzę. Został odsunięty od niej dopiero po zbrojnej interwencji zachodnioafrykańskich sąsiadów i bratobójczej wojnie, w której zginęło ponad 3 tys. ludzi. Dopiero wtedy Ouattara mógł zająć prezydencki fotel, a Gbagbo wylądował na ławie oskarżonych przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym w Hadze.

Okazało się jednak, że Ouattara tylko straszy, że będzie bronił prezydentury równie uparcie jak Gbagbo. „Chodziło mi o to, żeby postraszyć innych starców, którzy nie mogą się rozstać z myślą o władzy, i nie dopuścić, żeby do wyborów stanęli byli prezydenci, liczący 74 lata Gbagbo czy 85-letni Konan Bédié – oświadczył w końcu 78-letni Ouattara, zapowiadając, że po jesiennych wyborach przejdzie na emeryturę. – My wszyscy, starzy, powinniśmy ustąpić, zrobić miejsce młodym”.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Reporter, pisarz, były korespondent wojenny. Specjalista od spraw Afryki, Kaukazu i Azji Środkowej. Ponad 20 lat pracował w GW, przez dziesięć - w PAP. Razem z wybitnym fotografem...

Dodaj komentarz

Uwaga! Przypominamy o ciszy wyborczej. Trwa ona od północy z 10 na 11 lipca do momentu zakończenia głosowania w wyborach prezydenckich 12 lipca. W tym czasie nie wolno prowadzić agitacji wyborczej, również w internecie. Za złamanie zakazu agitacji grozi kara grzywny.

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]