Głodówka słowna

Krótka głodówka to sposób, by przypomnieć sobie, jak łatwo można mieć w pewnym stopniu kontrolę nad fetyszyzowanym – jako obiekt kultu i potępienia zarazem – ciałem.

06.02.2024

Czyta się kilka minut

fot. mariontxa / Adobe Stock
fot. mariontxa / Adobe Stock

Trzydzieści sześć godzin, od niedzieli wieczorem aż do wtorkowego poranka trwa cotygodniowy ścisły post Rishiego Sunaka. Tylko woda, herbata i kawa. Jak mniemam, bez mleka, bo nie trzeba aż postu, by zrozumieć, że mleko tylko psuje ich smak. Ściślej rzecz biorąc, nie poranek lecz świt, bo premier Jego Królewskiej Mości zaczyna dzień o piątej, co nie wydaje się zbyt wczesną porą dla człowieka, który zarządza krajem mocarnym wojskowo i symbolicznie (angielski to imperialny implant w mózgu każdego i każdej z nas), w warstwie przyziemnych realiów pogrążonym jednak w niedomodze. Widzieliście zapewne tego mema: rozmawiają Sunak z Zełenskim, pierwszy wers podpisu głosi: „Mój naród marznie i głoduje”. A pod spodem dalszy ciąg, odpowiedź: „Przykro mi to słyszeć, panie Sunak”.

Stop! Nie zaglądacie przecież do kuchennego kącika po odgrzewane dowcipy. W sumie wolałbym, żeby moja kuchnia pozostała strefą wolną od internetu. Tylko czasami ustępuję nawykom, jak brytyjski premier, który nie tyka alkoholu, ale był za to w młodości uzależniony od coca-coli. Owszem, wznosi kufel w pubie na użytek propagandy, ale zdjęcia nie pokazują, czy potem coś z niego upija. Jako człek rozumnie i bez szczękościsku podchodzący do nałogów, pozwala sobie na colę raz na tydzień – przy czym wybiera wcale nie jedną z „zerowych” wersji, tylko zwyczajną, ale wyprodukowaną w Meksyku, bo słodzona jest uczciwie cukrem trzcinowym, a nie syropem glukozowo-fruktozowym. Siły RAF znają się na mostach powietrznych, więc potrafią raz na miesiąc dowieźć dobrze schłodzony czteropak.

Czy któraś z dietetycznych egerii prześladujących w mediach nasz niegłodny naród już ujawniła tutaj tajemnicę zdrowszej, zamorskiej coli? W porównaniu z ceną zastrzyków z semaglutydem – diablo skuteczną substancją dającą szybkie wychudzenie – to muszą być jakieś drobniaki. Tymczasem głodówka na pewno nic nie kosztuje, lecz warto ją docenić z innych powodów, nawet jeśli niemiły nam politycznie premier Sunak jest marnym jej emblematem. Zresztą przepadnie w następnych wyborach na rzecz totalnie nieapetycznego Keira Starmera, jeszcze zatęsknimy za pełną blasku twarzą gibkiego bollywoodzkiego gwiazdora. A ów blask, jak sądzę, to wyraz tej energii, jaką mają ludzie jakoś tam ze sobą poukładani. Skrajności zostawmy fanatykom, ale w rozsądnych granicach krótka głodówka to sposób, by przypomnieć sobie, jak łatwo, bez narzędzi, szkoleń i pieniędzy mieć w pewnym stopniu kontrolę nad fetyszyzowanym – jako obiekt kultu i potępienia zarazem – ciałem. I nad pewnym obszarem psychiki, bo przecież jemy poruszani uczuciami, aspiracjami i presją otoczenia.

Oblicze tej zbiorowej psyche wyłania się z opowieści o modnym blogerze kulinarnym z poprzedniego numeru „Tygodnika”. Koniecznie sięgnijcie do tekstu, w którym Monika Ochędowska daje plastyczny opis tego, jak rozkosznie i kwieciście Polacy chcą dziś czytać o jedzeniu. A może czasem przydałaby się też lekka głodówka słowna? Tak sobie pomyślałem, przebiegając wzrokiem bolesny esej z 1946 r. wielkiego poddanego dziadka obecnego Króla Jegomości. George Orwell w dostępnym także po polsku tekście pt. „Język angielski a polityka” nie tylko arcyzłośliwie punktuje degenerację publicznej mowy-trawy i jej konkretne (do dziś identyczne) cechy, ale i namawia, by nie poddawać się konstatacjom, że „żyjemy w czasach upadku”, lecz na swoją miarę przeciwdziałać, bo zły język zaraża i dalej degeneruje umysły, które go wcześniej zrodziły.

Szukałem u Orwella zdań o faszyzmie: „słowo to nie ma żadnego znaczenia, poza tym iż oznacza coś niepożądanego” oraz „takie słowa są często używane w nieuczciwy sposób, bo kto je wypowiada, ma swoją własną ich definicję, ale pozwala słuchaczowi uznać, że ma na myśli co innego”. A szukałem, bom zniechęcony widział w sieci, jak bliźni głupio się cieszą, iż sąd pozwolił nazywać poprzednią partię rządzącą mianem faszystowskiej. Ale mądrość orwellowska wymyka się łatwo politycznym kontekstom i jego wywód o zdaniach zbyt rozlazłych, niechlujnych i skrywających pustkę zawisł nad wszystkim, co o sprawach kuchennych nie tylko czytam, ale i sam piszę. „Nigdy nie używaj metafory lub innej figury, którą widujesz w druku”, radził Orwell. Pomilczę zatem. Przez tydzień.

W tygodniu, gdy objadacie się pączkami, powinienem właściwie podać przepis na kubek dziurawca i szklankę wody. Ale za to może już w przygotowaniu na następny, popielcowy tydzień, coś skromnego. Może nawet rzekłbym „ascetycznie rozkosznego”, gdyby nie stał nade mną Orwell z brzytwą. Na sporej patelni dusimy, długo i pomalutku, cienko pokrojoną dużą cebulę. Kiedy grozi przypaleniem, podlewamy łyżką ciepłej wody. Chodzi o to, by prawie się już rozpadała (nie solimy na razie). Dodajemy ze trzy fileciki anchois, podgrzewamy dalej, aż się rozpadną. Znacie to połączenie, kiedyś pisaliśmy o nim przy okazji weneckiego sosu saor. Po wystudzeniu lekko zakwaszamy octem. Możemy to zmiksować albo zostawić w tej postaci i przełożyć na plastry rzepy lekko podpieczone z kropelką oliwy (wystarczy pięć minut w piecu) lub selera (wtedy trzeba piec co najmniej kwadrans).

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Zawodu dziennikarskiego uczył się we wczesnych latach 90. u Andrzeja Woyciechowskiego w Radiu Zet, po czym po kilkuletniej przerwie na pracę w Fundacji Batorego powrócił do zawodu – najpierw jako redaktor pierwszego internetowego tygodnika książkowego „… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 6/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Ascetycznie rozkoszna cebula. W mówieniu o jedzeniu też przydałaby się nam głodówka słowna