Dzieci zostały same

Dwa newralgiczne systemy, dwa raporty NIK, dwie opowieści z tą samą smutną konkluzją: polskie państwo jest bezradne wobec najcięższych kryzysów najmłodszych obywateli.
Czyta się kilka minut
Oddział dziecięcy w szpitalu psychiatrycznym w Łodzi / Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta /
Oddział dziecięcy w szpitalu psychiatrycznym w Łodzi / Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta /

Takie historie dzieją się blisko nas. Mniej więcej sto razy w ciągu roku, czyli średnio raz co kilka dni (a to i tak dane niedoszacowane, bo w aktach zgonów wpisuje się czasem bezpośrednią przyczynę, choćby „wypadek”). Np. niedawno w Pucku, w budynku, w którym mieści się m.in. – trudno o równie dobitną symbolikę – Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie. 14 września o godz. 19.00 z okna wyskakuje 14-letni chłopiec. Na miejscu zjawia się helikopter pogotowia, ale dziecka nie udaje się uratować. „Wygląda na to, że mamy do czynienia z czynem samobójczym” – powie mediom rzeczniczka gdańskiej prokuratury.

W ciągu dwóch i pół roku, od początku 2017 do końca pierwszego półrocza 2019 r., życie próbowało sobie odebrać – na szczęście w większości przypadków nieskutecznie – niemal dwa tysiące młodych Polaków. O tym, jakie m.in. oni i ich rodzice mieli systemowe możliwości zwrócenia się po pomoc, opowiada opublikowany w ubiegłym tygodniu raport Najwyższej Izby Kontroli. Skala problemów znacznie przekracza te najczęściej nagłaśniane przez media, jak brak łóżek na ­dziecięcych, ­całodobowych oddziałach psychiatrycznych, i to nawet dla nastolatków z myślami samobójczymi (wydana właśnie książka „Szramy” Witolda Beresia i Janusza Schwertnera przynosi m.in. historię 15-latki, dla której zabrakło w 2019 r. miejsca na oddziale dziecięcym, a na oddziale dla dorosłych została zgwałcona przez pacjenta). Niedofinansowanie, dramatyczny niedobór kadr, brak także dziennych oddziałów psychiatrycznych (w pięciu województwach nie było w okresie kontroli żadnego), nieistniejąca w wielu miejscach profilaktyka (tylko ok. połowa polskich szkół zatrudnia na etacie psychologa lub pedagoga) – to główne problemy. I choć NIK zastrzega, że planowany od dawna środowiskowy, bardziej przyjazny model pomocy, odchodzący od szpitali jako filarów wsparcia, miał być wdrażany już po zakończeniu kontroli, to jego funkcjonowanie na terenie całego kraju nadal jest pieśnią przyszłości.

Rzadko się zdarza, by dwa publikowane jeden po drugim raporty NIK układały się w tak spójną i smutną opowieść o bezradności państwa – i to pod kolejnymi rządami. Tydzień wcześniej dostaliśmy dokument o pogotowiach opiekuńczych i rodzinnych. Tu też chodziło o dzieci na potężnym życiowym zakręcie – takie, które wskutek skrajnej niewydolności bądź przemocy ze strony rodziców muszą nagle trafić do systemu tzw. pieczy zastępczej. Trafiają zaś w próżnię: brak w wielu powiatach rodzin zastępczych sprawia, że nawet te najmłodsze lądują – wbrew ustawie, na prawach tzw. mniejszego zła – w placówkach. I pozostają w nich nawet latami. Też wbrew prawu.


Czytaj także:

Krzysztof Story: Szpitale w depresji

Zofia Milska-Wrzosińska: Zanim będzie za późno

Te dwa raporty czytane razem pokazują coś więcej niż przejściowy kryzys dwóch systemów. Przez 30 lat III RP przeszliśmy symboliczną przemianę: zaczęto w Polsce mówić o dziecku jako podmiocie, zadekretowano zakaz bicia, zapisano w ustawach, że ceglany mur i wieloosobowa sala powinny być mrocznym wspomnieniem. Ale realnie pozostajemy jedną nogą w starej epoce – z anachronicznymi instytucjami i arteriami systemu zatykającymi się tam, gdzie są one najbardziej potrzebne. A epidemia może tylko zwiększyć skalę problemów, które i bez niej – jak widać – przekraczają możliwości polskiego państwa. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 39/2020