Czerwona nić

Stefan Chwin, pisarz: Rdzeń „polskości narodowej” wykuty w romantyzmie jest odporny na polityczne perturbacje. Obecna władza pokazuje, że można bez problemu łączyć nowoczesne podejście do ekonomii z...

Reklama

Czerwona nić

Czerwona nić

08.11.2021
Czyta się kilka minut
Stefan Chwin, pisarz: Rdzeń „polskości narodowej” wykuty w romantyzmie jest odporny na polityczne perturbacje. Obecna władza pokazuje, że można bez problemu łączyć nowoczesne podejście do ekonomii z zupełnie archaiczną świadomością.
COLIN MCPHERSON / GETTY IMAGES
M

MICHAŁ SOWIŃSKI: Pana nowa książka nosi tytuł „Oddać życie za ojczyznę. Samobójstwo altruistyczne w kulturze polskiej XIX wieku”. Wydaje mi się, że pisze Pan o polskiej specjalności. Nikt się tym chyba dotąd nie zajmował.

STEFAN CHWIN: Nie, to nie jest polska specjalność. I już Maria Janion sporo napisała o samobójstwie altruistycznym. Doskonale czuła to, co nazywała „gorączką romantyczną”. Ale część badaczy i nauczycieli robiło i nadal robi wszystko, by nie dostrzec bezlitosnego okrucieństwa w tekstach naszych wielkich romantyków, których chętnie zmienia się w anielskie Guru, czyli w Duchy Wielkich Przewodników, w których głosy powinniśmy się nabożnie wsłuchiwać.

Ani Mickiewicz, ani Słowacki, ani Krasiński, ani nawet Norwid nie byli żadnymi aniołami. Mówili i pisali rzeczy różne, także wątpliwe, a nawet groźne i przerażające.

Nic dziwnego, że np. Kazimierz Wyka w swojej kanonicznej interpretacji „Reduty Ordona” nader zręcznie wyminął drastyczną sprawę samobójstwa polskiego protestanta, który wysadził się w powietrze na warszawskiej Woli, a którego Mickiewicz w swoim sławnym wierszu nie dość, że zrobił katolikiem, to jeszcze wzorem dla samego Boga, co już przekraczało wszelkie granice.

Sporo miejsca w tej książce zajmuje „Król-Duch”. To klucz do naszej wciąż romantycznej duszy?

„Król-Duch” przepełniony jest filozofią zbawczego okrucieństwa, łącznie z gloryfikacją samobójstwa w ogniu jako potężnej siły historiotwórczej. W pierwszym rapsodzie martwy i równocześnie czujący, świadomy siebie „żywy trup”, Her Armeńczyk, leży na stosie, by na nim spłonąć. Z punktu widzenia Słowackiego męczarnie przeobrażenia w ogniu, dumnie przyjmowane przez bohatera, były niezwykle ważnym elementem – nader zresztą niebezpiecznej – wizji polskiej historii. Niebezpiecznej, bo wizja władcy, który sam „w jedną girlandę męki swe wiąże”, żeby potem mieć prawo smagać Polaków zbawicielskim okrucieństwem, hartując Polskę tak, by stała się odporna na ból jak skała, może np. prowadzić do pochwały bezlitosnej władzy autorytarnej. Niewykluczone, że właśnie dlatego „Króla-Ducha” tak polubił Piłsudski, który z Polakami raczej się nie cackał.

Z Hera Armeńczyka dosłownie zostają tylko popioły.

I są one kluczowe, zarówno metaforycznie, bo z nich odradza się kolejny władca Polski, jak i lingwistycznie – bo przecież nosi on imię Popiel. Duch Hera Armeńczyka – „straszydło krwawe”, które zdolne jest do spalenia żywcem nawet własnej matki – odżywa w kolejnych wielkich królach Polski. O tym wiemy, ale rzadko kładzie się nacisk na to, jak dokonuje się to przechodzenie z ciała do ciała. Bo wedle Słowackiego właśnie ostateczny ból i śmierć popychają świat w stronę doskonałości i – w końcu – ku samemu Bogu. Pozytywiści uważali, że jest to dowód na psychiczną nierównowagę Słowackiego.

Pozytywistyczna interpretacja jednak przegrała.

Owszem, „Król-Duch” wciąż traktowany jest jako wzniosły patriotyczny traktat metafizyczny, gloryfikujący męczarnie hartujące Polaków, ale samą scenę samospalenia, która uruchamia cały proces ofiarniczy, zazwyczaj się pomija, a przynajmniej nie przywiązuje się do niej wagi. Ci, którzy gloryfikują ideę patriotycznej ofiary, zwykle nie lubią wdawać się w takie nieeleganckie szczegóły jak choćby to, co się podczas takiego procesu ofiarniczego dokładnie dzieje z ludzkim ciałem.

To tylko kwestia elegancji czy wypieranie tematu?

Widzi pan, starałem się pisać prawdę o duchowości romantycznej, o której część Polaków po prostu nie chce słyszeć.

Bo nie chcą oni słyszeć o jawnej i ukrytej bezlitosności Wielkich Patriotycznych Naganiaczy, którymi czasem bywali wielcy polscy poeci romantyczni, np. kiedy budowali bezlitosny kult owego samobójstwa altruistycznego. Mickiewicz ma na sumieniu wiele istnień ludzkich, które hipnotyczną siłą swojej poezji wypchnął na śmierć. I nie tylko on. Nigdy przy tym nie twierdziłem, że ten kult stanowi centrum polskiej kultury – wręcz przeciwnie, to tylko jedna, czerwona nić, którą wyciągnąłem z bardzo gęstej tkaniny polskiego romantyzmu. Sam Mickiewicz zresztą zdawał sobie sprawę z moralnej dwuznaczności roli poety jako Patriotycznego Naganiacza.

Kogo?

Wygładzamy niewygodne ostrości polskiego romantyzmu w duchu metafizyczno-symbolicznym.

Weźmy np. „Kordiana”. Przecież to jest niesłychanie ostra, moralnie drastyczna sztuka o polskim terroryście. Kordian jest bodyguardem przywódcy Rosji, przebywającego z wizytą oficjalną w Warszawie, stoi niczym dzisiejszy BOR-owiec pod drzwiami jego pokoju na Zamku Królewskim i chce go zadźgać bagnetem we śnie. Widzi pan, znowu niewłaściwe słowo. Należy mówić: „chce dokonać zamachu na cara”. Wtedy wszystko będzie w porządku.

Tymczasem dla Słowackiego ważne było, jak on to chce zrobić. A on chce przywódcę państwa rosyjskiego własnymi rękami zadźgać w łóżku bagnetem – nie udusić, otruć czy zastrzelić – i wie, że to będzie równało się również jego śmierci, więc zachowuje się jak rozwścieczony, rozkojarzony, przerażony konsekwencjami swoich działań zamachowiec samobójca, postać dobrze nam dzisiaj znana. Mordując, na dodatek chce się „we krwi ochłodzić”, a potem ludzką krwią „podłogę całą” wymyć do białości... Chryste Panie!

Czyli jeden z głównych bohaterów naszej literatury to terrorysta samobójca?

Czy ja coś przekręciłem w arcydziele Słowackiego? Gdy jednak to wszystko kiedyś przedstawiłem na jakimś spotkaniu, podeszła do mnie polonistka: – Proszę pana, przecież ja nie mogę powiedzieć uczniom w szkole, że coś takiego jest w „Kordianie”! Broń Boże! Ja nie mogę tego powiedzieć!

Widział pan kiedyś zadźganie człowieka bagnetem?

Hm, nie...

A Słowacki podpowiada nam, że mamy sobie wyobrazić tę scenę z całą jej krwawą okropnością. Dlatego ciągle powtarza: krew, krwią, krwi, krew... A my słyszymy zazwyczaj: „Nie można romantycznego dramatu sprowadzać tylko do tego, przecież tam jest tyle innych ważnych, wzniosłych, duchowo pożywnych rzeczy!”. Oczywiście, ale Słowacki był krwawym, okrutnym poetą, nie można udawać, że było inaczej.

Skąd ta ignorancja?

Odwracamy zwykle oczy od niesłychanie okrutnego obrazu ludzkiego życia. Może przyczyn należy szukać m.in. w ewolucji polskiego katolicyzmu? Weźmy choćby sposób przedstawiania sceny ukrzyżowania. Na XVI-wiecznym obrazie Matthiasa Grünewalda widać straszliwą cielesność tego aktu – krew, ból, agonię poszarpanego ciała. A dzisiaj wolimy, żeby w kościele wisiała ledwie zaznaczona, symboliczna sylwetka Jezusa na metalowym krzyżu. Krwawa cielesność Jego śmierci jest odczuwana jako coś niestosownego. Używamy w kółko abstrakcyjnego słowa „męka”, ale broń Boże, żeby wdawać się w jakieś szczegóły męczarni, do których przywiązywali wielką wagę malarze średniowieczni. A przecież krzyż w czasach Jezusa był narzędziem tortur. Miał wydłużać potworność umierania. Być może to przekłada się także na nasz sposób czytania tekstów, które powstawały w innej epoce chrześcijaństwa niż nasza.

Skoro oba te elementy od wieków kształtują polskie imaginarium, to może trzeba coś z tym zrobić.

Tylko kto miałby to zrobić i co? Resztki polskiej inteligencji, które nie mają wpływu na cokolwiek? Ale mamy dzisiaj kogoś, kto się w tych krwawych fantazmatach romantycznych po prostu nurza z rozkoszą, zachwycając się mistyką ciała poddawanego torturom. I wmawia nam jeszcze, że taką drogą powinniśmy podążać ku świetlanej przyszłości. To Jarosław Marek Rymkiewicz. Cóż, jestem niestety zupełnie odporny na rozmaite mistyczne fantazje, które traktują ból „po filozoficznemu”, z metafizycznym zadęciem, szczególnie gdy chodzi o ból dzieci palących się żywcem w powstaniu warszawskim, chociaż wiem, że makabryczne wizje Rymkiewicza mają dzisiaj sporo entuzjastów.

Widzi Pan w tym jakąś skrajność polskiej kultury?

Myślę, że każda kultura potrzebuje dwóch skrzydeł. Jedno to skrzydło powagi, dostojeństwa, a nawet sakralnego okrucieństwa, o którym przed chwilą mówiliśmy. Drugie to skrzydło racjonalistycznej ironii, dystansu, żartu, a nawet szyderstwa. Gdybyśmy trwale przechylili się na stronę „Króla-Ducha”, groziłby nam obłęd. Z kolei radykalna opcja odwrotna spłaszcza nasze doświadczenie, pozbawia nas czegoś, mimo wszystko, cennego. Dlatego do głowy by mi nie przyszło tępić Rymkiewicza. Wolałbym tylko, byśmy czytali nie tylko jego dzieła, lecz także Gombrowicza i Mrożka. Obok „Reduty Ordona” zalecam „Śmierć porucznika”. Dla zachowania psychicznej równowagi.

Ale szkoła jest narzędziem władzy.

A prawica, gdy rządzi, chętnie dokręca śrubę w realizacji swoich pomysłów edukacyjnych. Zresztą lewica to samo. Nauczyciele nie lubią, gdy się im narzuca, jak mają mówić o historii czy kulturze, ale jednocześnie dla wielu z nich ustalona z góry romantyczno-mistyczna dykcja wychowania patriotycznego przynosi ulgę, bo zdejmuje z nich niewdzięczny i niebezpieczny obowiązek wymyślania własnej interpretacji romantyzmu. I tak mamy sytuację paradoksalną – bo z jednej strony słyszymy postulaty większej autonomii nauczyciela w nauczaniu, z drugiej „Redutę Ordona” nauczyciele tłuką wciąż tak samo. A można wymyślić tyle nowych odczytań – choćby przyjrzeć się modelom męskości pokazywanym w dziełach pisarzy romantycznych. Ale powtarzanie tradycyjnych schematów bardzo ułatwia życie. Nauczyciele i uczniowie świetnie się czują, gdy jadą utartą koleiną. Obie strony ziewają – uczniowie otwarcie, nauczyciele w duchu – ale przynajmniej każdy wie, co ma mówić. Pewnie nie chodzi o wszystkich, ale sporej części to najzupełniej odpowiada.

Ta wałkowana w kółko fikcja ma jeszcze ładunek polityczny czy jest już jedynie zakurzonym eksponatem w muzeum narodowych pamiątek?

Psychologiczne atawizmy potrafią trwać przez stulecia. I nie tracą swojej siły. Niektóre sięgają nawet kultury rycerskiej z epoki średniowiecza, która wciąż jest reanimowana przez kulturę masową. To zjawisko globalne.

W kwestii zachowań straceńczych być może ilościowo nie odbiegamy od średniej światowej, jednak w XX wieku na Zachodzie mocno zakorzeniły się idee pacyfistyczne. U nas tego zabrakło... Inne wnioski, o ile w ogóle jakieś, wyciągnęliśmy też z I wojny światowej. Na Zachodzie szybko ujrzano w niej zbiorowe samobójstwo Europy, które nie powinno się powtórzyć.

To prawda, ale dla nas to była wojna, o którą się modliliśmy – wielki światowy konflikt, z którego miała wyłonić się wolna Polska. Dlatego pacyfistyczna narracja się nie przyjęła. Zamienne, że legioniści Piłsudskiego śpiewali: „Na stos rzuciliśmy swój życia los / Na stos, na stos!”, co brzmiało jak kontynuacja ognisto-samobójczej tradycji Hera Armeńczyka. Jeśli jeszcze dodamy do tego przeszłość terrorystyczną Piłsudskiego, to już mamy „Króla-Ducha” i „Kordiana” w jednym.

Ale nie wszyscy w dwudziestoleciu chcieli się rzucać w ogień.

To nie miało znaczenia, bo tamta narracja wygrała, wspierana zresztą przez państwo piłsudczyków. Często bywa tak, że nieliczni, o ile potrafią stworzyć wystarczająco mocną opowieść, narzucają ton społecznej całości.

Czy nasza kultura nie miała od pewnego momentu szczególnych predyspozycji do „wytwarzania” kolejnych patriotycznych straceńców?

Każda kultura chce mieć swoich altruistycznych samobójców. Szwajcarzy do dzisiaj czczą Winkelrieda. Przykłady można mnożyć, co tylko świadczy o tym, że zapotrzebowanie na takie postacie jest wszędzie.

W ostatniej książce skupiłem się na jednym tylko z nurtów romantyzmu – radykalnym, ale też bardzo atrakcyjnym...

Co w nim atrakcyjnego?

Obraz człowieka, który zmienia się w płonącą kulę ognia, aby odmienić bieg dziejów. Obraz ciała przekształconego w ognisty pocisk, który ma przywrócić światu sprawiedliwość. Bardzo to są kuszące fantazje dla wielu młodych mężczyzn. Szczególnie jeśli trafiają na podatny grunt, czyli na dojmujące poczucie bezsilności. Mit samobójstwa altruistycznego, np. śmierci w patriotycznym zamachu terrorystycznym, oferował bezsilnym Polakom poczucie potężnej sprawczości w przeciwieństwie do racjonalnej kalkulacji, która mogła odbierać nadzieję. Sakralizowany obraz samobójcy altruistycznego, umiejętnie wzmacniany przez polskich artystów na początku XX wieku, nigdy jednak nie zmonopolizował wyobraźni Polaków. Powstanie warszawskie to dobry przykład – jeszcze zanim wybuchło, już miało licznych przeciwników. Zdecydowała o jego wybuchu garstka poszlacheckiej inteligencji z dowództwa Armii Krajowej, a nie – jak chce mit – ludność Warszawy.

A dziś? 30 lat liberalnego kapitalizmu osłabiło w jakikolwiek sposób ten mit?

Nic a nic. Świadczy o tym mitologia „żołnierzy wyklętych”, która ma się nadzwyczaj dobrze. Obecna władza doskonale pokazuje, że można bez problemu łączyć nowoczesne podejście do ekonomii z zupełnie archaiczną świadomością znacznej części społeczeństwa. Ale to nie jest nasz wynalazek – np. amerykańska kultura masowa stoi w podobnym rozkroku. Jej najwięksi bohaterowie, zarówno ci historyczni, jak i fikcyjni, są prostą rekonfiguracją postaci rycerza Rolanda czy Winkelrieda, o czym świadczy choćby film „Dzień Niepodległości” z pilotem myśliwca w roli „żywej torpedy”. A jeśli chcemy zobaczyć skrajny przykład symbiozy średniowiecza i nowoczesnego kapitalizmu, wystarczy spojrzeć na kraje arabskie, gdzie nie zdarzyło się nic takiego, jak europejskie Oświecenie. W Europie Zachodniej oświeceniowe i rewolucyjne projekty wcale zresztą nie zniszczyły chrześcijaństwa czy konserwatywnych instytucji. Wręcz przeciwnie – wymusiły na nich tylko konieczność modernizacji.

Polski Kościół kiepsko, mówiąc delikatnie, odrobił oświeceniową lekcję.

Dlatego dziś obserwujemy w Polsce wyraźny odwrót od oświeceniowych porządków. Nie jestem fanatycznym entuzjastą Oświecenia, niemniej przeraża mnie wściekła żądza zrównania z ziemią tej spuścizny. Bo na jej gruzach planowany jest powrót do plemienno-średniowiecznej wspólnoty, opartej na religijno-patriotycznym przywiązaniu do ziemi i narodowym fanatyzmie. Technologia czy gospodarka nie mają tu znaczenia – supernowoczesny internet może być przekaźnikiem skrajnie archaicznych treści.

Na początku lat 90. wielu twierdziło, że nowa rzeczywistość położy wreszcie kres XIX-wiecznym paradygmatom myślenia o narodzie.

Nigdy nie podzielałem tych złudzeń. Rdzeń „polskości narodowej” wykuty w romantyzmie jest odporny na polityczne perturbacje. Weźmy przykład PRL-u. Komuniści bardzo lubili Mickiewicza i Sienkiewicza, a pod koniec lat 80., gdy wszystko się waliło, polska szkoła pozostawała jedną z najbardziej inercyjnych światopoglądowo instytucji.

To się zaczęło od razu po wojnie. Sam pamiętam, jak w socjalistycznej podstawówce zarażano mnie ideą altruistycznego samobójstwa, kultywując mit radzieckiego żołnierza zasłaniającego własną piersią hitlerowskie gniazdo karabinów maszynowych. Przekonywano nas, że tacy właśnie sowieccy Winkelriedowie uratowali świat przed germańskim złem. A to z kolei doskonale rymowało się z Ordonem i innymi polskimi straceńcami z XIX wieku. Tak właśnie w PRL-u formatowano wyobraźnię uczniów. I to nie zmieniło się do dzisiaj. Niektórzy potrafili się z tego otrząsnąć, do innych to jednak mocno przemawiało. Których było więcej, nie wiem.

W poprzedniej książce, zatytułowanej „Samobójstwo i »grzech istnienia«”, pisze Pan o ludziach, dla których samo istnienie jest grzechem. Echa tego słychać we współczesnej krytyce antropocentrycznego myślenia, które doprowadziło do katastrofy ekologicznej i wielu innych tragicznych zjawisk.

Idea grzechu istnienia pojawiła się w gnostycyzmie, kiedy to Stwórcy postawiono zarzut, że stworzył świat, w którym człowiek, aby żyć, musi krzywdzić i zabijać inne istoty żywe oraz zadawać rany Ziemi, torturować ją i okaleczać. Zdjęcia kopalni odkrywkowej – obraz wielkiej, głębokiej rany, uczynionej ręką człowieka w ciele Ziemi – to mocne udosłownienie tej metafory.

Ostatnio w mediach widzieliśmy wiele obrazów z kopalni w Turowie.

To jest dokładnie to, o czym mówimy – rana, która zabiera wodę ludziom i zwierzętom. Już nie symbol siły i przedsiębiorczości człowieka ujarzmiającego naturę, tylko zaburzenie naturalnego porządku życia. Dzisiaj wiele elementów myślenia gnostycznego powraca, oczywiście w nowej formie, pośrednio uderzając w fundamenty katolicyzmu, bo kwestionuje opowieść o harmonijnym związku człowieka ze światem stworzonym. O biblijnej idei czynienia sobie ziemi poddaną nie wspominając.

Niektóre pomysły papieża Franciszka próbują coś w tej kwestii zmienić, ale Kościół w Polsce jest na to doskonale impregnowany.

Postawa ekologiczna może być motywowana na różne sposoby. Mnie jest najbliżej do ekologii zbudowanej na empatii także wobec życia nie-ludzkiego. Co jest trudne do przyjęcia dla wielu katolików.

W sumie dlaczego?

Kościół ciągle nie może sobie poradzić z problemem cierpienia zwierząt. Zaleca oczywiście postawę ogólnohumanitarną, ale uznaje za niedopuszczalną rezygnację z hierarchii żywych istnień – ludzkich i nie-ludzkich. Cierpieniu człowieka nadano wyraźny, wyższy sens, ale straszliwe, codzienne cierpienie miliardów chorych, dręczonych i umierających zwierząt, które nigdy nie zostaną zbawione? Po co ono miłosiernemu Bogu? Do czego?

Często powraca w Pana książce sprawa stosunku chrześcijaństwa wobec osób odbierających sobie życie.

Bo ta sprawa w Kościele powraca od wieków i wciąż jest nierozwiązana. Dlatego pojawiały się idee skrajnie odmienne – od pełnego i bezwarunkowego potępienia, aż po odczytywanie ofiary Chrystusa jako samobójstwa altruistycznego właśnie. Część naszych romantyków podchwyciła tę interpretację Ewangelii, co pozwoliło im interpretować śmierć bohaterów narodowych – tak jak np. Norwid pisał o Karolu Levittoux – właśnie w tym duchu. Nie chcę tu niczego rozstrzygać, bo to kwestia dla teologów, ale refleksja o Jezusie samobójcy pojawia się już u Ojców Kościoła. Czy można odczytywać Jego słowa i gesty jako świadome ściąganie na siebie śmierci, bez której zbawienie było niemożliwe? To, co Jezus mówił publicznie o sobie jako Synu Bożym i swoich zamiarach zburzenia Świątyni Jerozolimskiej, oburzało do żywego społeczność żydowską i władze rzymskie, nieuchronnie prowadząc do frontalnego zderzenia. Trudno sobie wyobrazić, że Jezus o tym nie wiedział.

Wciąż obowiązuje wykładnia, że to część „cywilizacji śmierci”, którą trzeba jednoznacznie odrzucić.

Dogmatyka katolicka, która, jeśli chodzi o samobójstwo, zatrzymała się właściwie na św. Augustynie, to jedno, a praktyka bywa różna. Spotkałem paru empatycznych kapłanów, którzy zgadzali się odprawić nabożeństwa żałobne przy grobach samobójców. Opór wobec przyzwolenia na samobójstwo, w tym także eutanazję, wciąż jest oczywiście w Kościele stanowczy, ale np. niedawno arcybiskup Jędraszewski powiedział, że Bóg zapewne spojrzy przychylniejszym okiem na samo­bójstwa więźniów gestapo i NKWD, którzy odbierali sobie życie w obawie, że na torturach wydadzą swoich towarzyszy walki. Co zresztą, dodam, jest dowodem na to, jak silny jest nadal w Polsce kult samobójstwa motywowanego względami patriotycznymi, o którym piszę w mojej książce.

W zeświecczonej rzeczywistości też istnieją silne mechanizmy blokujące samobójstwo.

Świadomość krzywdy, jaką popełniając samobójstwo wyrządzi się własnemu dziecku – albo rodzicom czy innej ukochanej osobie – może działać silniej niż wizja wiecznego potępienia duszy. Problem samobójstwa idzie w poprzek opozycji wiary i świeckości. A pojęcie „cywilizacji śmierci”, które rzekomo negatywnie diagnozuje zachodni świat odchodzący od religii, jest jednym z nadużyć w historii chrześcijaństwa. Ogłaszanie się „cywilizacją życia”, gdy w centrum wszechświata stawia się Człowieka, który świadomie wybrał straszliwą śmierć, wygląda na terminologiczne nieporozumienie. ©

STEFAN CHWIN (ur. 1949) jest powieściopisarzem, eseistą, krytykiem i historykiem literatury, profesorem na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Gdańskiego.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Krytyk literacki, stale współpracuje z Tygodnikiem Powszechnym. Redaktor literacki Conrad Festival, doktorant na Wydziale Polonistyki UJ. Prowadzi podkast literacki „Book’s not dead”.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]