Zszywanie narodu

Zszywanie narodu

11.09.2017
Czyta się kilka minut
Dzisiejsza Ameryka jest państwem głęboko podzielonym. Arlie Russell Hochschild zna swoich rodaków na wylot i ma pomysł, jak skłócony naród zszyć.
Arlie Russell Hochschild, Praga 2015 r. ROMAN VONDROUS / CTK / PAP
D

Dla mieszkańca Kalifornii czy Nowego Jorku podróż na amerykańskie Południe jest pasmem zaskoczeń i niespodzianek. W kiosku nie znajdzie się ulubionego „New York Timesa”. Na ulicach spotyka się znacznie mniej ludzi rozmawiających w obcych językach. Mniej jest chodników i przechodniów, którzy zamiast labradorów wyprowadzają na spacer pitbulle i buldogi. Będąc wciąż we własnym kraju, można poczuć się zupełnie wyobcowanym.

Arlie Russell Hochschild, amerykańska socjolożka i pisarka, podróż z Kalifornii do Luizjany odbyła w ostatnich latach wiele razy. Początkowo pozwalała sobie na zdziwienie. Żyjąc przez lata wśród ludzi, którzy identyfikują się z obozem progresywnym czy lewicowym, nie znała świata amerykańskiej prawicy. Po zdziwieniu przyszedł jednak czas na mozolne przetrząsanie stereotypów, z którymi wyruszyła w tę podróż. Praca ta zaowocowała jedną z najważniejszych amerykańskich książek socjologicznych ostatnich lat: „Obcy we własnym kraju. Gniew i żal amerykańskiej prawicy”.

Tytułowy obcy to nie otwarty mieszkaniec jednego ze stanów Północy czy Zachodniego Wybrzeża, który trafił na Południe i nie może sobie poradzić z kulturowym szokiem. Hochschild nie kryła swej fascynacji kulturą stworzoną przez wyborców amerykańskiej prawicy w jednym ze Stanów pokonanej półtora wieku wcześniej Konfederacji. Ludźmi, którzy tworzą silne, lokalne społeczności, ale we własnym państwie czują się źle. Czują się przez nie szykanowani i pozbawiani wolności, którą uważają za fundament swej tożsamości.

Dlaczego więc głosują na prawicę, która znosi regulacje dla wielkiego biznesu, przez co ich stan jest jednym z najbardziej zanieczyszczonych w całych USA i drugim pod względem liczby zgonów mężczyzn na raka? Dlaczego są przeciwni wszelkiej pomocy socjalnej, która często właśnie im potrzebna jest najbardziej? Odpowiedzi na te pytania Hochschild szukała pięć lat.

Socjologia hochschildowska

Urodzona 15 stycznia 1940 r. w Bostonie autorka jest jednym z najbardziej znanych głosów amerykańskiej socjologii. Dorastała w rodzinie, gdzie role płciowe były podzielone bardzo tradycyjnie. Lata później ów podział ról w rodzinie stanie się jednym z najczęściej poruszanych przez nią tematów. Razem z mężem Adamem, również pisarzem, była działaczką ruchu praw człowieka w latach 60. Już wtedy pracowała w Berkeley i na tym uniwersytecie w 1969 r. uzyskała tytuł doktora.

Każdy oficjalny biogram autorki oznajmia, że jest ona jedną z najbardziej wpływowych współczesnych socjolożek – w tym przypadku nie jest to ani tani chwyt marketingowy, ani czcza przechwałka. To Arlie Russell Hochschild w książce „Zarządzanie emocjami. Komercjalizacja ludzkich uczuć” z 1983 r. jako pierwsza użyła sformułowania „praca emocjonalna” – zidentyfikowała i nazwała zjawisko, którym dziś zajmują się dziesiątki naukowców. Ta publikacja wyniosła ją na szczyty. Ukuto nawet sformułowanie „socjologia hochschildowska” – czyli taka, która koncentruje się przede wszystkim na prywatnym życiu jednostki i jej rodziny.

W „Obcych we własnym kraju” również operuje nowymi, wymyślonymi przez siebie formułami, które z pewnością wejdą do obiegu naukowego, jeśli nie do języka codziennego. Narrację tej książki osnuła wokół trzech pojęć: wielkiego paradoksu, muru empatii i głębokiej historii. To za pomocą tych kategorii Hochschild opisuje wyborców amerykańskiej prawicy z Luizjany.

Trzeba podkreślić jedno: autorka, mimo że jest badaczką, nie sprawozdaje. Ona opowiada.

Być może właśnie to jest źródłem jej sukcesu pisarskiego. Korzystając z rozbudowanego aparatu socjologicznych pojęć, potrafi o wynikach swych badań mówić w sposób wciągający, przez pryzmat jednostkowych historii. W obu wymienionych książkach dane ilościowe tworzą kontekst, a podstawą jest materiał jakościowy w postaci dziesiątek rozmów, na które Hochschild poświęca mnóstwo czasu. Potrafi spojrzeć na problem szeroko, nie zapominając o jego najważniejszych składowych, którymi w socjologii są przecież ludzie. Wywiady przeprowadza w niezwykle empatyczny sposób, starając się zrozumieć wywiadowanych i dbając o to, by ich nie skrzywdzić.

Empatia w przypadku badacza społecznego jest absolutnie niezbędna. Nie chodzi bowiem jedynie o pozyskanie jednoznacznych odpowiedzi na ankietowe pytania, lecz przede wszystkim o pokonanie granicy, która oddziela od siebie rozmówców. Hochschild przekracza w ten sposób mur empatii. Tak nazywa przeszkodę zbudowaną z naszych uprzedzeń, która blokuje nam dostęp do siebie (nie tylko do innych, ale także do samych siebie).

W przypadku rozmowy z kelnerkami czy stewardesami na temat ich pracy empatyczna postawa nie powinna być problemem dla żadnego doświadczonego badacza czy badaczki. Rzecz wydaje się jeszcze prostsza, gdy mamy do czynienia z filipińskimi kobietami, które zostawiły w ojczyźnie swoje rodziny i przyjechały do Stanów Zjednoczonych, by pracować tam w charakterze pomocy domowej. Sprawa komplikuje się, gdy rozmówcy swoją życiową postawą przeczą wszystkim wartościom, w które socjolożka wierzy.

Bohaterowie „Obcych we własnym kraju” to wyborcy prawego skrzydła Partii Republikańskiej reprezentowanego przez Tea Party. Dalej na prawo są już tylko neonaziści, Ku Klux Klan i inne grupy otwarcie postulujące nienawiść i rasizm.

Głębokie historie

Hochschild przez pięć lat podróżowała do Luizjany, aby dogłębnie poznać motywacje i dotrzeć do „głębokich historii” wyborców prawicy. Pomimo oczywistych różnic autorka potrafiła z tymi ludźmi nawiązać dialog, a to sztuka, której powinniśmy się dziś wszyscy uczyć.

Nie trzeba nikogo przekonywać, że głęboki podział polityczny społeczeństwa to również polski problem. Tak samo jest ze zjawiskami zachodzącymi w obrębie zglobalizowanego kapitalizmu, o których Hochschild pisze od początku swojej kariery: przerzucanie obowiązków rodzinnych na niewykwalifikowanych pracowników lub imigrantów, emocjonalny szantaż, który firmy stosują wobec swoich pracowników, ich osamotnienie i zagubienie w starciu z instytucją.

Hochschild zadaje pytania w taki sposób, by pozyskać jak najwięcej informacji, a następnie tworzy obraz rzeczywistości, który wyłamuje się z obowiązujących w jej środowisku schematów. Bo przecież akademickie środowisko z Berkeley, gdzie socjolożka przez lata wykładała, a także intelektualna elita z Północy są kojarzone z Partią Demokratyczną i wrodzoną wręcz niechęcią do republikańskich Południowców. Jeden z jej rozmówców, dowiedziawszy się, skąd Hochschild przyjechała, rzucił jedynie: „Ach, to macie tam hipisów”. Inny dodał: „Czyli musicie tam mieć komunistów!”. Nie myśleli o 72 laureatach Nagrody Nobla, którzy wywodzą się z kalifornijskiego uniwersytetu. Manifestowali swe uprzedzenia. A jednak pisarka potrafiła zawiązać z nimi więź, której efektem są nie tylko opowiedziane przez nią historie, ale także inny obraz świata. Nie jesteśmy w stanie zrozumieć decyzji, które podejmują ludzie, bez dotarcia do ich głębokich historii, a te ostatnie kryją się w uczuciach i symbolach. Docierając do nich, możemy opisać wartości, którymi kieruje się w życiu dana osoba.

Świadomie używam słowa „pisarka” na równi z „badaczka” czy „socjolożka”. Pisarstwo Hochschild odważnie wychodzi poza ramy sztywnych akademickich reguł. Za „Obcych we własnym kraju” była w zeszłym roku nominowana do prestiżowej National Book Award w kategorii non-fiction (wyróżnienie to przyznawane jest co roku amerykańskim autorom). W zapowiedziach wydawniczych polski wydawca, Krytyka Polityczna, nazywa ostatnie dzieło Amerykanki mianem „reportażu”. Jest to określenie marketingowo atrakcyjne, choć nie do końca precyzyjne, co nie znaczy jednak, że książka nie zawiera w sobie elementów reportażu, a to znów sporo mówi o skali pisarskich możliwości Hochschild i jej otwartości na różne formy literackiej ekspresji.

Opisy spotkań z bohaterami i dialogi z nimi mają reporterski rys. Narratorka kreśli bardzo dynamiczne sceny, między słowami opowiadając o miejscach, w których żyją Południowcy, o bagnach Luizjany. O przeszłości bohaterów pisze tak, jakby działo się to dziś. Odsłania się jako narratorka, zaprzyjaźnia się z rozmówcami.

A jednak od reportera wymagamy pewnej niepewności, niedopowiedzenia. Oczekujemy od niego opowieści niedomkniętej, która nie udziela odpowiedzi na wszystkie pytania, zostawia miejsce na interpretację czytelnika.

W „Obcych…” mamy historie ludzi, którzy cierpią przez swoje decyzje polityczne, ale nie potrafią się od nich uwolnić, powtarzając je w kolejnych wyborach. Obserwujemy ich w środowisku naturalnym i wiele się o nich dowiadujemy, ale ostatecznie wszystko to zostaje przez autorkę wyjaśnione. I choć socjologiczna narzędziownia została w tej książce nieco ograniczona, nie ma wątpliwości, że jest to praca naukowa.

Gniew i żal

Trudności z gatunkową identyfikacją dzieł Hochschild nie są niczym nowym. Przy okazji premiery „The Outsourced Self” („Tożsamość z outsourcingu”) w 2012 r. recenzentka „New York Timesa” pisała: „Nie jest [to] książka dziennikarska. Ale właściwie po części jest przykładem dziennikarstwa. Myślę, że można tę książkę nazwać socjologią popularną, choć ja lubię o niej myśleć jako o akcie żałoby (the act of mourning)”. To ostatnie słowo znajduje się także w podtytule „Obcych...”: „gniew i żal [w oryginale mourning] amerykańskiej prawicy”. Emocje te przepełniają rozmówców Hochschild, co znaczy, że pisarka musi się z nimi jakoś uporać. Neutralizuje je za pomocą życzliwości. Żal opisuje jako nostalgiczną tęsknotę za mitycznymi lepszymi czasami, których nigdy nie było. Nie potępia swych bohaterów, lecz próbuje zrozumieć mechanizmy, które ograniczają zakres ich politycznych decyzji.

Hochschild była krytykowana za swoją otwartość na nostalgiczne historie. Megan Erickson, pisarka i redaktorka amerykańskiego lewicowego magazynu „Jacobin”, pisząc o „The Outsourced Self” zauważyła, że przeciwstawianie niegdysiejszej wsi, będącej archetypem zgodnej wspólnoty, i dzisiejszego świata powszechnego outsourcingu jest tyle kuszące, ile całkowicie chybione. I chociaż w tym sporze dwóch amerykańskich lewicowych intelektualistek jestem skłonny przyznać rację redaktorce „Jacobin”, to jednak w „Obcych…” strategia Hochschild przyniosła znakomite rezultaty. Może to być dla amerykańskiej lewicy bardzo ciekawa lekcja dialogu ze swoim Innym. Doświadczenie to jest szczególnie cenne, gdyż swoje rozmowy Hochschild prowadziła jeszcze przed prezydenturą Donalda Trumpa. Być może właśnie w tych wywiadach kryje się odpowiedź na pytanie, jak doszło do zmiany władzy w USA. Swoją drogą, atmosfera polityczna w Ameryce jest jednym z czynników wzmagających popularność książki.

Ostatnie rozdziały „Obcych…” obejmują rozmowy z 2016 r. W jednej z nich dowiadujemy się, na kogo w wyborach prezydenckich zagłosuje Mike Schaff, starszy mężczyzna, niegdysiejsza ofiara chciwości pracodawców, jeden z najbardziej wyrazistych bohaterów książki. Jego kandydatem jest rzecz jasna Trump, samozwańczy budowniczy murów.

Ameryka potrzebuje dziś ludzi, którzy są w stanie przeciwstawić się ideologicznej maszynie dzielącej społeczeństwo. Hochschild proponuje rozbijanie muru empatii i mozolne zszywanie narodu. ©

JAKUB SZYMCZAK (ur. 1992) jest absolwentem arabistyki Uniwersytetu Adama Mickiewicza, studentem historii na Uniwersytecie Jagiellońskim, studiuje także w Polskiej Szkole Reportażu. Redaktor w wydawnictwie Znak Horyzont i członek redakcji „Res Publiki Nowej”.

Arlie Russell Hochschild (ur. 1940) jest amerykańską socjolożką, emerytowaną profesorką Uniwersytetu Berkeley. Autorka dziewięciu książek, w których porusza temat wpływu ludzkich emocji na podejmowanie decyzji i konstruowanie systemów wartości. Skupia się również na tym, jak przestrzeń prywatna, szczególnie kwestia jednostkowego radzenia sobie z własnymi emocjami, wpływa na kształt sfery publicznej. W swojej najnowszej publikacji „Strangers in Their Own Land: Anger and Mourning on the American Right („Obcy we własnym kraju. Gniew i żal amerykańskiej prawicy”) (2016), za którą była nominowana do National Book Award, analizuje genezę poglądów osób wspierających Tea Party – radykalnie prawicowe skrzydło Partii Republikańskiej. Jej zdaniem teza o tym, że ludzie głosują zgodnie ze swoim interesem ekonomicznym, jest fałszywa, gdyż dużo większe znaczenie ma coś, co nazywa interesem emocjonalnym. To właśnie ten mechanizm pozwala wytłumaczyć, dlaczego mieszkańcy biednych i zanieczyszczonych regionów głosują na polityków, którzy odmawiają im prawa do pomocy społecznej i sprzeciwiają się wszelkim regulacjom ekologicznym.

W jaki sposób, za pomocą jakich narzędzi dyskursywnych, możemy udrożnić komunikację między zwaśnionymi „plemionami” społecznymi? Oto pytanie, które postawiliśmy Arlie russell Hochschild, zapraszając ją na Festiwal Conrada. Konflikt ideologiczny doprowadził w ostatnich latach do głębokiego podziału w łonie amerykańskiego narodu. Prezydentura Donalda Trumpa jest czynnikiem eskalującym ów proces. Amerykańska socjolożka poświęciła pięć lat na rozmowy z ludźmi, którzy reprezentują skrajne poglądy polityczne, całkowicie różne od jej własnych przekonań. Starała się zrozumieć źródła ich postawy oraz znaleźć sposób na zawiązanie z nimi (nie tylko komunikacyjnej) więzi. Na Festiwalu podzieli się z nami swymi doświadczeniami. Zastanowimy się również, czy jej obserwacje da się wykorzystać w polskim polu społecznym.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]