Reklama

Zniszczone klejnoty

Zniszczone klejnoty

w cyklu STRONA ŚWIATA
28.06.2019
Czyta się kilka minut
Wojna, chaos, bieda i korupcja sprawiają, że starożytne twierdze i minarety afgańskich miast walą się w gruzy. A wraz z nimi pamięć o dawnych, złotych czasach świetności, a także zwyczajnego, świętego spokoju.
Starożytne ruiny w Ghazni, listopad 2013 r. / FOT. RAHMATULLAH ALIZADA / AFP/EAST NEWS
Starożytne ruiny w Ghazni, listopad 2013 r. / FOT. RAHMATULLAH ALIZADA / AFP/EAST NEWS
W

W czerwcu, w biały dzień, zawaliła się potężna, 45-metrowa baszta cytadeli w Ghazni, jednego z najważniejszych miast w afgańskiej historii i współczesności. Mieszkańcy Ghazni od dawna alarmowali władze, że baszta, największa z trzydziestu sześciu, które liczyła cytadela Bala Hissar, podobnie jak mury obronne miasta (Ghazni jest jedynym z afgańskich miast otoczonym miejskimi murami), jest w fatalnym stanie i lada dzień może runąć. Dygnitarze i urzędnicy wysłuchali skarg, ale nie ruszyli palcem. Aż w końcu 14 czerwca stało się to, przed czym mieszkańcy miasta ostrzegali. Potężna baszta osunęła się na ziemię, a wraz z nią zniszczona została wizytówka wspaniałego niegdyś miasta.

Tłuste lata, chude lata

W języki dari, afgańskiej odmianie perskiego, słowo ghazni oznacza „klejnot”. Miasto Ghazni było takim klejnotem w koronie władców dawnego, potężnego i wspaniałego imperium sprzed tysiąca lat. Położone na płaskowyżu, na wysokości ponad 2000 metrów, pomiędzy stołecznym Kabulem a Kandaharem (dalej droga wiedzie do Heratu), od początków swojego istnienia było ważnym ośrodkiem na szlaku kupieckich i podróżnych karawan, miejscem, w którym na przestrzeni wieków spotykali się przedstawiciele rozmaitych ludów, kultur i cywilizacji.

Przed naszą erą rządził nim perski król Cyrus II Wielki. Potem, jako Aleksandria, weszło w skład imperium Aleksandra Macedońskiego. Zanim w VII wieku Arabowie przynieśli tu islam, mieszkańcy Ghazni czcili hinduskich bogów, a potem wyznawali buddyzm. Pamiątką po tamtych czasach był wzniesiony pod miastem 20-metrowy posąg leżącego Buddy, zniszczony przez talibów, którzy uznali go za świętokradczy (w tym samym czasie, wiosną 2001 roku, talibowie rozstrzelali z dział również największe na świecie posągi Buddy, wykute w skałach Bamjanu).

Najwspanialszy czas dla Ghazni nastał na przełomie X i XI stulecia, kiedy miasto było stolicą imperium sułtana Mahmuda, który wypowiedziawszy poddaństwo perskim Samanidom, założył własne państwo, rozciągające się na ogromnym obszarze między Persją a Radżastanem oraz turkmeńskimi pustyniami a górami i przełęczami dzisiejszego Pakistanu. Ghaznawidzi przynieśli islam do Indii, a wywieźli z nich niewyobrażalne skarby, zrabowane podczas grabieżczych wypraw. Dzięki zdobytym łupom przemienili swoją stolicę, Ghazni, w jedno z najważniejszych miast ówczesnego świata islamu, ośrodek nauki, kultury i sztuki rywalizujący o pierwszeństwo z Bagdadem i Bucharą. Pełno w nim było wspaniałych pałaców i kupieckich kamienic, bibliotek, szkół, meczetów i minaretów. Znakiem firmowym Ghazni i Ghaznawidów stała się pobudowana przez nich cytadela, strzegąca dostępu do miasta.

Potem przyszły czasy gorsze i zupełnego upadku. Po kolei na Ghazni najeżdżali, grabili i niszczyli Ghurydzi, pogromcy Ghaznawidów, Mongołowie Czyngis-chana, Tamerlan, aż w końcu, w XVIII stuleciu, zajął je i włączył do swojego państwa Ahmad Szah Durrani, założyciel współczesnego Afganistanu.

Ale i to nie uchroniło miasta przed kolejnymi obcymi najeźdźcami i wojnami. W XIX wieku zburzyli je Brytyjczycy, którzy napadali na Afganistan, by go podbić i włączyć do indyjskich kolonii, albo przekształcić w strefę buforową, zabezpieczającą Indie przed Rosją, konkurentką Wielkiej Brytanii w „wielkiej grze” o panowanie nad Azją.

Podbić i utrzymać kontrolę

Sto lat później na Afganistan i Ghazni najechali Rosjanie, przybliżając granice swojego imperium, Związku Radzieckiego, do brzegów mórz południowych. Kiedy wykrwawieni w dziesięcioletniej wojnie wycofali się w końcu na północ, w Afganistanie wybuchła kolejna wojna, tym razem domowa, o władzę i łupy. Wygrali ją w końcu talibowie, którzy okazali się najsilniejszymi ze wszystkich afgańskich partyzanckich armii. Zaprowadzając w kraju „Boże porządki”, niszczyli wszystko i zakazywali wszystkiego, co ich zdaniem było sprzeczne z islamem. W Ghazni zburzyli m.in. 20-metrowy posąg leżącego Buddy.

Jako kolejna obca armia najechali na Afganistan Amerykanie. Dokonali inwazji, by zemścić się na talibach za to, że pozwolili, by ich państwo zawłaszczyła sobie Terrorystyczna Międzynarodówka, Al-Kaida, która 11 września 2001 roku przypuściła samobójcze ataki terrorystyczne na Nowy Jork i Waszyngton. Obalenie talibów poszło Amerykanom łatwo. Afgańczycy lubują się w przypominaniu cudzoziemcom, że nie ma nic łatwiejszego, niż podbić Afganistan i nic trudniejszego, niż utrzymać nad nim kontrolę. Amerykańska inwazja, jak każdy obcy najazd na Afganistan, przekształciła się w niekończącą się – trwa już osiemnasty rok – podjazdową wojnę na wyczerpanie, w której z każdym rokiem coraz bardziej wykrwawiają się najeźdźcy, a górę biorą partyzanci.

W Ghazni stanęli Amerykanie, potem dołączyli do nich Polacy, ale gdy wycofali się z końcem 2014 roku, pod miastem pojawili się zaraz talibowie, a w zeszłym roku omal go nie zdobyli. Przypuszczając niespodziewany atak, zajęli większość dzielnic. Rządowe wojsko i policja okazały się do niczego i trzeba było wzywać amerykańskie lotnictwo. W ulicznych walkach zginęły setki ludzi, a amerykańskie bomby zburzyły wiele budynków.

Zniszczona stolica kultury

Afgańskie władze twierdzą, że to właśnie tamte walki, a także tegoroczne śniegi i deszcze tak bardzo nadwerężyły basztę Bala Hissar, że zapadła się w końcu i osunęła na ziemię. Mieszkańcy miasta winią raczej miejskich włodarzy, ale także tych z Kabulu. Od lat zaniedbywali Ghazni i jego zabytki, które uznane zostały przez UNESCO za należące do dziedzictwa ludzkości. W 2013 roku ISESCO, muzułmańska kopia UNESCO, wybrała Ghazni na stolicę kultury muzułmańskiej i zebrała 10 mln dolarów na budowę i remonty dróg, naprawę sieci elektrycznych, a przede wszystkim na konserwację setki zabytków sprzed tysiąca lat, w tym miejskich murów, XII-wiecznych minaretów, pałacu sułtana Massuda, cytadeli i jej wież.

Dziennikarze z Ghazni twierdzą, że miliony podarowane miastu na odbudowę zostały rozkradzione przez miejscowych polityków i urzędników. Afganistan od lat zajmuje pierwsze miejsca na „czarnych listach” najbardziej skorumpowanych państw świata. A przedsiębiorcy z Zachodu, którzy przybyli do Afganistanu zaraz po amerykańskich żołnierzach, podejrzanie szybko odnaleźli się w miejscowych warunkach i nie raz przewyższyli w sztuce korupcji Afgańczyków, uchodzących ponoć za niezrównanych w tej dziedzinie mistrzów.

Kolejne odsłony tej samej wciąż wojny, toczącej się w Afganistanie nieprzerwanie już od prawie półwiecza (zaczęło się od powstania, które na początku lat 70. wywołali przeciwnicy postępowych reform, prowadzonych przez króla Zahir Szaha i jego premiera Mohammeda Dauda), wojenne zniszczenia i chaos oraz królujące powszechne złodziejstwo sprawiły, że coraz mniej pozostało afgańskich zabytków, świadczących o wspaniałej przeszłości tego kraju.


CZYTAJ WIĘCEJ:

STRONA ŚWIATA to autorski serwis Wojciecha Jagielskiego, w którym dwa razy w tygodniu reporter i pisarz publikuje nowe teksty o tych częściach świata, które rzadko trafiają na pierwsze strony gazet. Wszystkie teksty są dostępne bezpłatnie. CZYTAJ TUTAJ →


Z dwudziestu 50-metrowych minaretów z XV wieku, z których słynął Herat, przetrwało pięć. Pozostałe zostały zniszczone podczas najazdów Brytyjczyków i Rosjan oraz w trzęsieniach ziemi. Z 36 baszt cytadeli Bala Hissar w Ghazni zawaliła się już prawie połowa. Królewski pałac Dar-ul Aman w Kabulu został podziurawiony kulami i spalony podczas walk o miasto podczas wojny domowej z początku lat 90. W pustynię gruzów obrócona została wtedy ponad połowa doszczętnie splądrowanego miasta. Korzystając z bezkrólewia i bezprawia marchandzi z Zachodu przyjeżdżali do Peszawaru, położonego bezpiecznie po pakistańskiej stronie afgańskiej granicy, i za bezcen skupowali rabowane przez mudżahedinów i szmuglowane przez miedzę skarby. Talibowie wysadzili w powietrze posągi Buddy w Bamjanie i Ghazni. W maju ledwie udało się uratować zagrożony przez powodzie tysiącletni minaret Dżam w oderwanej od reszty świata, górzystej prowincji Ghor. Zaraz potem runęła wieża w cytadeli w Ghazni.

Samo miasto w niczym nie przypomina siebie z czasów świetności. Brakuje w nim prądu i wody. Urzędnicy, politycy, a także żołnierze i policjanci z rządowego wojska, pławią w korupcji, śmieciarze nie zbierają z ulic nieczystości. Strzeżone niegdyś przez Amerykanów i Polaków, dziś Ghazni wystawione jest na ataki talibów. Po zeszłorocznych walkach liczba ludności miasta wzrosła dwukrotnie i liczy dziś prawie 300 tysięcy. Ludzie uciekają do miasta z prowincji, bo za jego warownymi murami i w cieniu baszt dawnej cytadeli czują się mimo wszystko bezpieczniej niż w wioskach, gdzie królują talibowie.

Partyzanci panują już prawie nad połową kraju, choć mimo ponawianych prób (m.in. Ghazni, Kunduz, Laszkar Gah) nie udało im się wciąż zdobyć żadnego z większych miast. Czują, że szala zwycięstwa w afgańskiej wojnie przechyla się na ich stronę, są pewni zwycięstwa i tego, że czas jest ich sprzymierzeńcem. Z każdym rokiem przejmują kontrolę nad kolejnymi powiatami, a gdyby nie wsparcie amerykańskiego lotnictwa (w Afganistanie wciąż stacjonuje około 20 tys. żołnierzy z USA), afgańskie wojsko rządowe nie byłoby w stanie stawić im czoła w żadnej bitwie.

Spotkania z talibami

W wygraną w osiemnastoletniej wojnie, najdłuższej, jaką przyszło stoczyć Stanom Zjednoczonym, nie wierzą już chyba także Amerykanie. Odkąd w Waszyngtonie nastał prezydent Trump, stara się ze wszystkich sił dobić targu z talibami, wycofać wojska z Afganistanu i raz na zawsze wyplątać się z tamtejszych wojen, które wykrwawiły już imperia brytyjskie i rosyjskie i przyspieszyły ich upadek.

Odkąd we wrześniu Trump mianował na swojego speca od afgańskich spraw Zalmaya Khalilzada, Amerykanie spotkali się i rozmawiali z talibami już sześć razy. Khalilzad, obywatel i dyplomata USA urodzony w Afganistanie, był „wicekrólem Kabulu” po amerykańskiej inwazji (2003-05). Potem, po inwazji na Irak, przeniesiono go na „wicekróla” do Bagdadu (2005-07). Trump chciał go ponoć zrobić swoim ministrem dyplomacji. Nie wykluczone, że jeszcze zrobi (znany ze zmiennych nastrojów wymienia sekretarzy stanu mniej więcej co dwa lata). Zwłaszcza gdyby Khalilzadowi udało się wyplątać Amerykanów z afgańskiej wojny.

W sobotę jedzie do katarskiej stolicy Dohy, żeby spotkać się z talibami po raz siódmy. Wiosną, nie wchodząc w szczegóły, dogadali się, że Amerykanie wycofają z Afganistanu wojska, a talibowie zagwarantują im, że afgańska ziemia nie posłuży więcej do ataku dżihadystów na Amerykę, ani na jej przyjaciół.

Starania Amerykanów sprawiły, że z początkiem afgańskiego lata pod Hindukuszem doszło do niezwykłego wzmożenia dyplomatycznego. Sekretarz stanu Mike Pompeo i Khalilzad odwiedzili Kabul i Delhi, a potem ruszyli na Bliski Wschód, gdzie w sobotę w Katarze (talibowie mają tam oficjalne przedstawicielstwo) Khalilzad spotka się z talibami po raz siódmy. Afgański prezydent Aszraf Ghani odwiedził Pakistan, gdzie pod opieką życzliwych pakistańskich władz schroniła się na wygnaniu większość przywódców talibów. Tydzień wcześniej w Pakistanie gościła liczna – ale nie rządowa – delegacja czołowych afgańskich polityków, w tym kilku kandydatów w przewidzianych na wrzesień wyborach prezydenckich. Chiny przyznały, że szef „ambasady” talibów z Kataru i ich główny negocjator mułła Abdul Ghani „Baradar” odwiedził niedawno Pekin. Przywódcy afgańskiej opozycji spotykali się z talibami w Moskwie.

Zresztą talibowie spotykają się i rozmawiają z każdym, tylko nie z afgańskim prezydentem, ani z przedstawicielami jego rządu. Uważają ich za bezwolne i wyniesione do władzy popychadła Amerykanów. Nie widzą sensu, by tracić czas na rozmowy z nimi i twierdzą, że wszystko mogą załatwić z Amerykanami.

Amerykanie podkreślają na każdym kroku, że rozmawiają z talibami tylko o końcu wojny, a to, jak ma wyglądać pokój w Afganistanie, muszą rozstrzygnąć między sobą już sami Afgańczycy. Khalilzad zapowiedział, że w Katarze będzie rozmawiał z talibami o wycofaniu amerykańskich wojsk i gwarancjach, że Afganistan nie zostanie znów przejęty przez Al-Kaidę albo Państwo Islamskie. Zaznacza, że nie zamierza godzić się na jakikolwiek terminarz ewakuacji z Afganistanu (talibowie, którzy nie zgadzają się na polityczne rozmowy, zanim obce wojska nie opuszczą afgańskiego terytorium, obstają przy ustaleniu terminarza, choć deklarują, że nie muszą czekać z rozmowami do końca ewakuacji i mogą do nich przystąpić, jak tylko się zacznie). Zwierzchnik Khalilzada, sekretarz Pompeo obwieścił w tym tygodniu, że liczy, iż targu z talibami uda się dobić jeszcze przed wrześniem.

Khalilzad nie będzie rozmawiał w Katarze z talibami ani o zawieszeniu broni, ani o perspektywach rokowań talibów z afgańskim rządem. Aszraf Ghani i ministrowie z kabulskiego rządu obawiają się, że udręczeni wojną Amerykanie w końcu dogadają się za ich plecami z talibami, a ich, dawnych faworytów, postawią przed faktem dokonanym, skażą na samotną walkę z partyzantami. Afgańczycy z kabulskiego rządu nie ufają Trumpowi, który bez skrupułów wypowiada zawarte wcześniej przez USA umowy, jeśli tylko uzna, że są dla niego niekorzystne albo niewygodne. W przyszłym roku czeka go walka o reelekcję i potrzebuje spektakularnego sukcesu. Wyplątanie Ameryki z afgańskiej wojny z całą pewnością za taki sukces mogłoby uchodzić. Co z tego, że dla Afgańczyków skończyłoby się to w najlepszym wypadku powrotem rządu talibów, a w najgorszym – nową wojną domową.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Reporter, pisarz, były korespondent wojenny. Specjalista od spraw Afryki, Kaukazu i Azji Środkowej. Ponad 20 lat pracował w GW, przez dziesięć - w PAP. Razem z wybitnym fotografem...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Jesli moge zauwazyc. Po wycofaniu sie wojsk rosyjskich z Afganistanu rzeczywiscie miala miejsce wojna domowa. Jednak jej uczestnikami byli dotychczasowi bojownicy "o wolnosc i demokracje", nie Talibowie. Ruch Talibow byl konsekwencja tej wojny i zrodzil sie wsrod afganskich uchodzcow w Pakistanie. Wbrew temu, co Pan sugeruje interwencja zbrojna ZSRR nie miala na celu "zblizenia granic imperium do morz poludniowych". Afganistan juz w tym czasie byl ekonomicznie i politycznie zalezny od ZSRR, natomiast wydarzenia wewnatrz Afganistanu byly widziane jako zagrozenie dla ZSRR. Pierwsze proby wycofania sie z "afganskiego kotla" mialy miejsce w (+-) trzy lata po rozpoczeciu interwencji,ktora uznano za blad.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]