Reklama

Za namową ukochanej małżonki

Za namową ukochanej małżonki

09.04.2016
Czyta się kilka minut
To kobiety nawróciły Europę. Polskę również. Najwyższy czas od nowa odkryć kluczową postać naszej historii: Dobrawę.
Dobrawa, szkic Jana Matejki Fot. Biblioteka Narodowa
C

Czas akcji: schyłek V wieku naszej ery. Miejsce: dwór barbarzyńskiego wodza Franków, Chlodwiga. Właśnie dobiega końca wspaniała uczta. Pijani goście wznoszą radosne okrzyki ku czci swojego władcy. Za jego zdrowie, sukcesy zbrojne, a przede wszystkim – za płodność. Sam Chlodwig też zdrowo popił, dla niego jednak noc dopiero się zaczyna. A w każdym razie tak mu się wydaje.

Chwiejnym krokiem, zataczając się, wódz dociera do łożnicy, gdzie już czeka na niego Klotylda – jego świeżo poślubiona małżonka. Nowa królowa Franków jest zaledwie nastolatką. Jeśli wierzyć legendom, jej uroda olśniewa. Chlodwig jest nią urzeczony. I może właśnie dlatego popełnia błąd.
„Proś, o co tylko chcesz, a ja się zgodzę” – mówi, ochoczo ściągając kolejne warstwy ubrań. To przecież jego noc poślubna, a hojny dar dla młodej żony ma być wstępem do całonocnych ekscesów. Klotylda, słysząc tak otwartą deklarację, postanawia się nie ograniczać. Żąda trzech prezentów.

Po pierwsze – aby Chlodwig uwierzył w Boga Ojca. Po drugie – w Syna Jego Chrystusa. I po trzecie – w Ducha Świętego.

Powyższa historia przetrwała w hagiograficznych opowieściach o chrzcie Chlodwiga i chrystianizacji państwa Franków. Co ważne, nie jest ona żadnym ewenementem. Niezliczone kroniki, roczniki i żywoty świętych powstające przez całe niemal średniowiecze kreowały bardzo konkretny obraz rozprzestrzeniania chrześcijaństwa. W ich świetle religia docierała do nowych krajów przede wszystkim za sprawą chrześcijańskich kobiet wychodzących za mąż za pogańskich wodzów. I dziejopisarze bez zająknięcia podkreślali, że droga do serca i rozumu władcy nieraz wiodła przez... sypialnię.


1050 lat temu Mieszko I przyjął chrześcijaństwo i na zawsze zmienił bieg naszej historii. Ale czy na pewno wiemy dlaczego, gdzie i kiedy się to stało? Zapraszamy w pasjonującą podróż przez mroki najwcześniejszych dziejów Polski | Przeczytaj dodatek "966: ŚWIADECTWO CHRZTU" »


Szowinistyczne wyparcie

O duńskiej królowej Thyrze opowiadano, że „odmówiła mężowi rozkoszy łoża małżeńskiego, aby swą wstrzemięźliwością przyłączyć małżonka do religii chrześcijańskiej”. To samo miała zrobić Klotylda, a być może też Etelberga – pochodząca z Kentu żona władcy Nortumbrii Edwina. Ona wprawdzie nie zażądała od razu chrztu męża, ale zagwarantowała sobie prawo do swobodnego i publicznego wyznawania chrześcijaństwa. Co więcej, Edwin zaraz po ślubie (czyżby też w swojej sypialni?) zapewnił, że zgodzi się przyjąć nową wiarę, „jeśli po rozważeniu przez roztropnych mężów zostałaby uznana za świętszą i godniejszą Boga”.

Historie bohaterek uprawiających domową ewangelizację były dobrze znane najwybitniejszym twórcom średniowiecznej historii Kościoła. O kilku takich postaciach pisał Beda Czcigodny, przynajmniej jedną wspomniał Paweł Diakon. Z kolei Grzegorz z Tours rozciągnął misję żon także na front walki z herezją. O Ingundzie, partnerce wyznającego arianizm króla Wizygotów, pisał, że przy pierwszej nadarzającej się okazji zaczęła „przekonywać swego męża, aby porzuciwszy przewrotność herezji, uznał prawdę katolickiej wiary. On długo się opierał, ale w końcu nakłoniony jej dowodzeniem nawrócił się”.

Materiał źródłowy, dowodzący znaczenia kobiet w chrystianizacji, jest olbrzymi. Mimo to naukowcy przez całe ostatnie stulecie konsekwentnie go bagatelizowali. Utarło się przekonanie, że chrzest dowolnego władcy musiał być zawsze cyniczną, polityczną decyzją, wynikającą z sytuacji państwa i powiązań dyplomatycznych. Religię i wszystko, co z nią związane, sprowadzono do roli fasady, zupełnie jakby wszyscy średniowieczni władcy byli ateistami. Z kolei kobiety otwarcie zdegradowano do roli statystek, i to niezależnie od tego, co pisali lub sądzili o nich ludzie epoki.

Nowe badania nie pozwalają już jednak dłużej trwać w tym cokolwiek szowinistycznym wyparciu. Władczynie naprawdę nawracały swoich mężów. A co nawet ważniejsze – dokładnie tego oczekiwał od nich Kościół.

Jak papież instruował królową

Przynajmniej od VII-VIII wieku wykształcała się nowa i rzecz jasna nierozgłaszana publicznie strategia chrystianizacji. Hierarchowie odeszli od charakterystycznego dla pierwszych wieków chrześcijaństwa potępiania związków małżeńskich z poganami. Teraz zaczęto wręcz do nich zachęcać, przypominając słowa św. Pawła, wedle których „uświęca się niewierzący mąż dzięki swej wierzącej żonie”. Warunek był tylko jeden: każda księżniczka czy królewna, która trafiała na dwór heretyka lub poganina, miała obowiązek brać przykład ze świętej Heleny. Matki cesarza Konstantyna, która stopniowo stała się uosobieniem „domowego prozelityzmu”.

Spraw nie pozostawiano własnemu biegowi. Zachowała się treść listu wysłanego przez arcybiskupa Trewiru Nicetiusa do pierwszej katolickiej królowej Longobardów. Autor szczegółowo instruował w nim władczynię, jak powinna prowadzić rozmowy z mężem, jakich używać argumentów i jak odpowiadać na jego pytania, aby zapewnić Kościołowi nowego sługę i sojusznika. Nie tylko udzielał rad i szkolił adresatkę w sztuce podstępu, ale też... otwarcie krytykował jej opieszałość. Nie był to jedyny taki list. Instrukcję, i to od samego papieża, otrzymała wspomniana wcześniej Etelberga, królowa Nortumbrii. Ojciec Święty starał się wzbudzić w niej ambicję, przypominając przykład świętej Heleny. Gdyby taki przekaz nie zadziałał, mógłby sięgnąć po marchewkę: wytłumaczyć władczyni, że nawrócenie męża także dla niej będzie przepustką do nieba. Wreszcie zostawała metoda kija: bo jeśli nie niebo, to za niewystarczające starania nawet królowa mogła wylądować w piekle...

Ślady podobnych instrukcji można odnaleźć nawet w traktatach z XIII wieku, gdy przynajmniej formalnie prawie cała Europa była już schrystianizowana. Po prostu z czasem nacisk przesunięto z nawracania na utrzymywanie mężów w ryzach. Angielski teolog i autor pracy „Summa de arte praedicandi” podkreślał, że każda żona „powinna w sypialni, pośród uścisków, czule przemawiać do swego męża i jeśli jest surowym i niemiłosiernym ciemiężycielem ubogich, winna go zachęcać do miłosierdzia”.

Domowy prozelityzm na wschód od Łaby

Najwięcej wiadomo na temat misjonarskich wysiłków kobiet wyruszających na Wyspy Brytyjskie lub do krajów leżących w Europie Zachodniej. I nic dziwnego. Właśnie tam działali szczególnie płodni i skrupulatni dziejopisarze. Nie znaczy to jednak, że tradycja „domowego prozelityzmu” ominęła ziemie położone na wschód od Łaby. Także tutaj nie wyobrażano sobie ochrzczenia jakiegokolwiek wodza lub dynastii bez udziału pobożnej, zaradnej, a często wręcz wyrachowanej kobiety.

Na Rusi Kijowskiej ten ciężar wzięła na siebie ponoć Anna – chrześcijańska małżonka Włodzimierza Wielkiego. Człowieka, któremu kronikarze przypisywali posiadanie haremu złożonego z ośmiuset kobiet i związki małżeńskie z połową tuzina partnerek. Zwykle wiarygodny biskup Merseburga Thietmar twierdził wręcz, że władca Rusi nosił „opaskę podniecającą na lędźwiach, aby pobudzić jeszcze silniej wrodzoną lubieżność”. U schyłku życia ten jurny kobieciarz, zmieniający damy jak szaty, zupełnie uległ jednak wpływom córki bizantyńskiego cesarza. I za jego – oraz jej – sprawą chrześcijaństwo na stałe zadomowiło się nad Dnieprem.

Na Węgrzech za inicjatorkę nawrócenia uważano Gizelę, siostrę niemieckiego cesarza Henryka II. Według kroniki spisanej w klasztorze w Bambergu chrzest króla Stefana był wręcz warunkiem zgody na związek między chrześcijanką i bałwochwalczym wodzem koczowniczych hord.

Za pewien wyjątek można by uznać tylko Czechy, gdzie nowa religia została wprowadzona siłą, kiedy kotlina weszła w skład Wielkich Moraw. Nawet tu jednak po fakcie tradycja przypisała szczególną rolę kobiecie – księżnej Ludmile. Była ona babką i nauczycielką księcia Wacława, pierwszego czeskiego władcy uznanego za świętego. Ludmiła uchodziła za osobę niezwykle pobożną i bogobojną. Sławę zapewniło jej jednak nie tyle życie w zgodzie z przykazaniami, co przede wszystkim brutalna śmierć z ręki dwóch skandynawskich zbirów. I to zbirów nasłanych przez jej własną synową, regentkę Drahomirę.

Warto pamiętać o tej historii, bo Ludmiła była prababką, a Drahomira babką Dobrawy. Pierwszej historycznej władczyni państwa Piastów. Obie te kobiety musiały mieć przemożny wpływ na przyszłą żonę wielkopolskiego księcia Mieszka.

Jedyny sukces Mieszka

Kult pierwszej z nich rozwijał się już w latach młodości Dobrawy. Księżniczka, wychowująca się na dworze w Pradze, bez wątpienia rozumiała misjonarskie powinności dobrej chrześcijanki. Z kolei jako wnuczce brutalnej i bezwzględnej Drahomiry – kobiety, która przez szereg lat żelazną ręką rządziła całymi Czechami, posuwając się do masowych mordów i terroru – z pewnością nie brakowało jej ambicji i przebiegłości. Te wnioski kłócą się z tym, jak dzisiaj wyobrażamy sobie Dobrawę: zahukaną, posłuszną i skupioną na modlitwach. Ludzie średniowiecza wiedzieli jednak swoje.

W relacji niemieckiego kronikarza Thietmara – człowieka, który jako pierwszy opisał chrzest Polski – Mieszko to w gruncie rzeczy postać drugoplanowa, ginąca na tle swojej wielkiej małżonki. Niewiele lepiej księcia potraktował autor najstarszej polskiej kroniki, Gall Anonim. Wprawdzie spisał on dzieło poświęcone chwalebnym czynom mężczyzn zasiadających na polskim tronie, ale również w jego wywodach historia Mieszka okazuje się tak naprawdę historią jego żony. Kronikarz jest w stanie przypisać księciu tylko jeden sukces: ślub z Dobrawą. Postać wielkiego wodza „dającego dowody zdolności umysłu” i „napastującego ludy dookoła” prezentuje się poza tym niemal groteskowo. Czeska księżniczka bierze go pod pantofel już z chwilą wyrażenia zgody na ślub. A potem tylko potwierdza, że może go bezkarnie rozstawiać po kątach.

Trudno nie przecierać oczu ze zdumienia, czytając Gallowy portret Mieszka. Zupełnie nie pasuje on do reszty kroniki. Co do zasady autor nie interesował się kobietami. W całym obszernym dziele występują trzy żeńskie postacie wymienione z imienia. A na dobrą sprawę dwie, bo nie wypada uwzględniać Rzepki, fikcyjnej żony równie fikcyjnego Piasta. Gall Anonim zadał sobie trud, żeby przedstawić księżną Judytę, czyli matkę głównego bohatera kroniki – Bolesława Krzywoustego. Poza tym przedstawił bliżej tylko Dobrawę.

Również rocznikarze, działający w otoczeniu pierwszych polskich książąt i biskupów, okazywali się wyjątkowymi mizoginami. Na podstawie samych annałów można by śmiało uwierzyć, że Polska była krajem istot jednopłciowych, do którego tylko raz na kilka dekad, od wielkiego dzwonu, trafiał z dalekich krajów egzotyczny okaz „kobiety”. Przykładowo w „Roczniku kapituły krakowskiej” zawierającym wpisy od 965 do 1266 r., zaledwie 3 procent wszystkich notatek dotyczy kobiet. Z kolei annaliści spisujący „Rocznik dawny”, sięgający 1136 r., wspomnieli z imienia tylko jedną przedstawicielkę dynastii: Dobrawę.

Tak było w każdym roczniku. Mógł pomijać kluczowe wypadki z dziejów kraju i niemal wszystkie żony władców, ale obecność Dobrawy uznawano za obowiązkową. I nie był to przypadek.

Nowa doradczyni dzikiego księcia

Kronikarze nie mogliby bardziej jednoznacznie przedstawić kwestii chrztu Polski. Thietmar pisał o Dobrawie, że jako „wyznawczyni Chrystusa” nie była w stanie pogodzić się z faktem, iż jej małżonek jest „pogrążony w wielorakich błędach pogaństwa”. Głęboko zatroskana zastanawiała się „nad tym, w jaki sposób mogłaby go pozyskać dla swojej wiary”. Z własnej inicjatywy i z chrześcijańskim sumieniem w roli kompasu podjęła ciężką, długotrwałą pracę nad nawróceniem księcia. Wreszcie Mieszko, właśnie na skutek „ustawicznych namów swojej ukochanej małżonki”, pokajał się i pozbył „jadu przyrodzonego pogaństwa, chrztem świętym zmywając plamę grzechu pierworodnego”.

Równie stanowczo wypowiedział się Gall Anonim. Według jego relacji wyłącznie „za sprawą wiernej żony” władca „dostąpił łaski chrztu”. Ta sama retoryka znalazła odzwierciedlenie w pracach wszystkich kolejnych dziejopisarzy. Na dobrą sprawę w średniowiecznej Polsce po prostu nie dało się opowiedzieć o początkach chrześcijaństwa bez odwoływania się do postaci Dobrawy. I do jej podstępnych intryg, ocierających się nawet o seksualny szantaż.

Tym trudniej zrozumieć, dlaczego w XX wieku sprawa została postawiona na głowie. Informację o wpływie Dobrawy, padającą we wszystkich dostępnych tekstach, bezceremonialnie włożono między bajki. Polscy historycy – tak samo, jak ich europejscy koledzy w odniesieniu do wszystkich podobnych relacji – przyjęli, że cała ta opowieść to tylko bezwartościowa legenda, bazująca na motywach literackich i niemająca nic wspólnego z prawdziwymi losami pierwszej polskiej pary książęcej.

Dzisiaj staje się coraz bardziej oczywiste, że byli w błędzie. Ustalono ponad wszelką wątpliwość, że w X wieku nie było jeszcze mowy o żadnym „parciu” chrześcijaństwa czy też złowieszczego „żywiołu germańskiego” na ziemie Piastów. Z cesarstwa nie przybyła żadna misja chrystianizacyjna, nikt tam też nie wymagał od władców Wielkopolski konwersji. Takich warunków niemal na pewno nie stawiali też Czesi, zgadzając się na ślub między księżniczką Dobrawą a pogańskim wodzem Mieszkiem. Na chrzcie Piasta tak naprawdę mogło zależeć tylko jednej osobie: samej Dobrawie, doskonale rozumiejącej przypisaną jej przez Kościół rolę. Wszystko, co wiemy o jej życiu, każe przypuszczać, że wyruszała na północ z jasnym planem i głęboką determinacją. A może też – z instrukcją biskupa Ratyzbony lub metropolity mogunckiego w ręku.

Mieszko, ten barbarzyńca żyjący w długiej chacie, w odciętych od świata puszczach Wielkopolski, nie był żadnym intelektualistą ani wizjonerem. Jako niepiśmienny, na pół dziki wódz, każdego dnia wypatrujący spisków i zamachów, na pewno nie układał geopolitycznych planów na 200 lat w przód. Jeśli zdecydował się zmienić wyznanie, to nie była to polityczna decyzja, mająca na celu stopniowe podnoszenie prestiżu dynastii, ale krok podyktowany doraźnymi emocjami. I wprost wynikający z wpływu inteligentnej, oczytanej małżonki.

Dobrawa rozbudziła ambicję męża, ukazała mu wspaniałość łacińskiej kultury, a wreszcie – wykorzystała chwilę jego największej słabości. Mieszko przynajmniej od 964 r. prowadził trudną wojnę z sąsiednim Związkiem Lutyckim. Przegrał dwie bitwy, jego kraj został splądrowany, a jeden z braci zginął z bronią w ręku. Książę znalazł się w krytycznej sytuacji: wojownicy byli rozczarowani młodym, nieudolnym władcą, granice się chwiały, a skarbiec pustoszał. Bunt wisiał w powietrzu. Wszystko wskazywało na to, że jeśli wodzowi jeszcze raz powinie się noga, to straci nie tylko tron, ale także życie. I właśnie wtedy na dwór w Poznaniu przybyła Dobrawa. Dzięki związkowi z nią Mieszko uzyskał obietnicę wsparcia zbrojnego z Czech. Przede wszystkim jednak zyskał nową doradczynię. O bardzo konkretnym spojrzeniu na podłoże bolesnych porażek.

Największy sukces Dobrawy

Można podejrzewać, że już same przegrane zachwiały zaufaniem Mieszka do starych bogów. Wszystko wskazywało na to, że duchy, którym oddawał cześć na wzór swoich przodków, w chwili próby odwróciły się od Piastów i opowiedziały się po stronie ich wrogów. To od tej chwili wszystko zależało i Dobrawa bez wątpienia skorzystała ze sposobności, by omotać męża. W opowieściach, których z zainteresowaniem słuchał Mieszko, zaczęła się odwoływać do zbrojnych triumfów odnoszonych z imieniem Chrystusa na ustach.

Nie musiała sięgać daleko. Bitwy jej ojca, który zjednoczył Czechy, sukcesy wuja, świętego Wacława, ale i morze krwi, w którym tonęło słowiańskie Połabie podbijane przez Niemców. Wszystko to działo się z błogosławieństwem chrześcijańskiego Boga. Mieszko też miał szansę skorzystać z Jego łaski. Wystarczyło w porę Mu zaufać.

Decyzja nie musiała być wcale efektem wielomiesięcznych rozmyślań i przygotowań. Nie musiały jej poprzedzać posty i długi katechumenat. Chrzest mógł się odbyć spontanicznie, a celebransem mógł być nie zaproszony specjalnie na tę okazję biskup, ale prosty prezbiter ze świty Dobrawy.
Byłby to największy, ale wcale nie jedyny sukces księżnej. Szczegółowa lektura źródeł pozwala widzieć w niej matkę polskiej dyplomacji, stojącą za narodzinami sojuszu Piastów z cesarstwem, modernizatorkę wielkopolskiej sztuki wojennej, a nawet – twórczynię nowego, lukratywnego szlaku handlowego między Pragą a Poznaniem.

Przede wszystkim jednak Dobrawa dała początek całej linii potężnych i zaradnych kobiet, zasiadających na polskim tronie. Pokazała, że szyja często jest nawet ważniejsza od głowy. I polskie władczynie, od margrabianki Ody, po Bonę Sforzę i Ludwikę Marię Gonzagę, konsekwentnie potwierdzały, że miała rację. ©

Autor jest historykiem, publicystą i pisarzem. Napisał m.in. „Pierwsze damy II Rzeczpospolitej”, „Damy złotego wieku” i „Epokę hipokryzji” (łączny nakład 150 tys. egzemplarzy). Jego najnowsza publikacja – „Żelazne damy” – traktuje o roli kobiet u początków państwa Piastów. Jest redaktorem naczelnym portalu CiekawostkiHistoryczne.pl.


Powyższy materiał udostępniony został na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa - Bez Utworów Zależnych - Użycie niekomercyjne (CC BY-NC-ND 3.0)

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

Podobne teksty

Bp Grzegorz Ryś, Michał Kuźmiński
Andrzej Szyjewski, Marcin Żyła
Przemysław Urbańczyk

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]