Reklama

Ulica z drugiej strony

Ulica z drugiej strony

08.07.2019
Czyta się kilka minut
Podczas niedawnych badań Grodzka – jedna z najstarszych, ale i najbardziej zatłoczonych i turystycznych krakowskich ulic – przemówiła różnymi głosami, pokazała inne oblicza. Oto, czym zadziwiła naukowców.
Klaryski z Grodzkiej traktują dźwięki z ulicy jako przynaglenie do modlitwy za tych, których głosy słyszą. GRAŻYNA MAKARA
A

ANNA NIEDŹWIEDŹ: Prowadziliście etnograficzne badania na ulicy Grodzkiej. To na nich oparliśmy jedną z części wystawy „Mapy miasta”. Jaką ulicę odkryliście?

ALICJA BACZYŃSKA-HRYHOROWICZ: Nigdy nie lubiłam tej ulicy. Kojarzyła mi się z gwarem i dużą liczbą turystów. Kiedy tu studiowałam, aby dotrzeć na zajęcia, trzeba było się przedzierać przez tłumy. Badania w 2017 r. spowodowały, że zobaczyłam ulicę z innej strony – nie tylko jako trakt turystyczny. Dostrzegłam jej intymność. Niby zawsze wiedziałam, że ktoś mieszka w tych kamienicach. Ale dopiero, kiedy rozpoczynając badania poszłam na wieczorny spacer na Grodzką, okazało się, że dostrzegam takie momenty prywatnego życia: światło w oknach, firanki, kwiaty. To było pierwsze odkrycie.

BARTOSZ ARKUSZEWSKI: Dla mnie dawniej ta ulica była przeźroczysta. Tak jak Alicja, chodziłem tu na wykłady i traktowałem ją instrumentalnie, jako drogę, którą musiałem przebyć pędząc do celu. Ulica nic dla mnie nie znaczyła. A w czasie badań usłyszałem wspomnienia ludzi, dostrzegłem, z czym Grodzka się wiąże dla konkretnych osób. Ktoś brał tu ślub, ktoś ma ciepłe skojarzenia, ktoś tu pracuje. Odsłonił się nowy wymiar przestrzeni.

ALICJA SOĆKO-MUCHA: Na początku trudno uważnie przyglądać się tej przestrzeni. Wcześniej ulica była po prostu ładna. Uważałam, że to reprezentacyjna ulica miasta, warta pokazania, jeżeli ktoś odwiedzał mnie w Krakowie. No i oczywiście kojarzyła mi się z turystami – szczególnie latem czy w niedziele.

Jak to się stało, że hałaśliwa, turystyczna, opatrzona ulica odsłoniła swoją intymną stronę?

KAJA KAJDER: Pamiętam wzruszający moment. Poszłam przeprowadzić wywiad etnograficzny do rodziny mieszkającej w kamienicy, na piętrze, z oknami wychodzącymi na ulicę – ponad jej gwar. Byli szczęśliwi, że mogą mieszkać w takim miejscu. To było ich spełnione marzenie. Wiedząc, że przyjdę, zaprosili sąsiadkę z naprzeciwka. Podczas rozmowy zorientowałam się, że przy Grodzkiej panuje silna więź sąsiedzka. Ludzie się kojarzą, niekiedy doskonale znają. Jakoś sobie tego wcześniej nie wyobrażałam – bo Grodzką znałam przede wszystkim jako miejsce spotkań w biegu, w przelocie. Ewentualnie kojarzymy takie stałe postacie, na przykład sprzedawców obwarzanków, grajków ulicznych, może jakichś artystów, osoby rozdające ulotki.

A tymczasem tam nadal funkcjonuje społeczność sąsiedzka, oparta na silnych więziach między ludźmi. Tyle że ona odchodzi, znika. Z Grodzką związany jest proces gentryfikacji. Jest coraz więcej lokali, miejsc noclegowych, apartamentów. Ludzi ubywa, rosną hotele. I kiedy rozmawialiśmy w tym starym pięknym mieszkaniu, z oknami otwartymi na ulicę, której stłumiony gwar dobiegał do nas z dołu, moi gospodarze zaczęli wymieniać – patrząc na okna po drugiej stronie, wskazując konkretne piętra w kamienicach obok: „O, tam mieszkał ktoś, a tam ktoś inny... A teraz jest apartament, a tutaj od dawna się nie świeci, więc pewnie musieli się wyprowadzić.” I wtedy odczułam smutek.

ASM: Jeden z moich rozmówców powiedział wprost, że te kamienice umierają i że to jest smutne, bo wyprowadzają się stali mieszkańcy.

Kamienice umierają, choć przy Grodzkiej coraz więcej budynków błyszczy odnowionymi fasadami?

ABH: To samo pojawiało się w rozmowach ze sprzedawcami, którzy od wielu lat pracują na Grodzkiej. Mówili, że tu było dużo więcej sklepów, takich zwykłych, do codziennych zakupów. Był np. rzeźnik.

BA: We wspomnieniach Grodzka jawi się jako przestrzeń żywa. Moi starsi rozmówcy potrafili te wszystkie sklepy po kolei odtworzyć, dokładnie, jeden po drugim, po obu stronach ulicy. Wspominali, jak jeździły tędy samochody – dziś w praktyce ulica jest wyłączona z ruchu. Ale to życie trwa przecież nadal. Oprócz turystów są podwórka, mieszkania, miejsca nauki, parafie, w których toczy się życie, ludzie tu pracują, no i klasztor jest – a to jest przecież również dom.

Na Grodzkiej mamy ten niesamowity klaster: na wschodniej pierzei, idąc od placu Wszystkich Świętych, najpierw dawny żydowski dom modlitwy, a nieco dalej, dosłownie w jednym ciągu: spektakularny kościół św. św. Piotra i Pawła, klaryski, a tuż za nimi kościół i parafia ewangelicka.

ASM: Podczas badań zajmowałam się siostrami klaryskami, mieszkankami ulicy Grodzkiej. Ich klasztor to miejsce jakby eksterytorialne. Furta, bramy, kraty, okna, mur – stanowią fizyczne granice klauzury, których badacz najpewniej nigdy nie przekroczy. Sam kościół św. Andrzeja jest kameralny, trzeba zejść do niego w dół, jest cicho, raczej ciemno, latem chłodno. Mam wrażenie, że nawet turyści, których tam obserwowałam, zachowywali się spokojniej niż na przykład w kościele Mariackim czy wznoszącym się tuż obok kościele św. św. Piotra i Pawła.

 dla turystów raj zabawy, dla mieszkańców umierające kamienice i wyprowadzający się do innych dzielnic znajomi, 2009 r. / FOT. GRAŻYNA MAKARA
Kościół św. Andrzeja i południowa część Grodzkiej: dla turystów raj zabawy, dla mieszkańców umierające kamienice i wyprowadzający się do innych dzielnic znajomi, 2009 r. / FOT. GRAŻYNA MAKARA

A sam klasztor?

ASM: Siostry podkreślały, że jest ich domem, że starają się go ozdabiać, kolejne pokolenia sióstr coś dodają od siebie. Mówiły też, że do klasztoru dochodzą dźwięki z ulicy i że traktują je jako przynaglenie do modlitwy za osoby, których kroki lub głosy słyszą. Z kolei niektórzy sąsiedzi wspominali donośne szczekanie należącego niegdyś do sióstr psa, a starsi mieszkańcy Grodzkiej pamiętają nawet krowę, którą siostry hodowały przy klasztorze.

To wspomnienia sprzed kilkudziesięciu lat, jeszcze uchwytne z pierwszej ręki – opowieści, które dziś chyba nie kojarzą się ani z życiem przy Grodzkiej, ani z zakonem klauzurowym. A ten klasztor przecież jest tu od wieków i wnosi do okolicy elementy zwyczajnego, codziennego życia.

Na wystawie zdumienie wzbudzało inne miejsce kultu religijnego – dom modlitwy błogosławionej pamięci Mordechaja Tignera. Wielu ludzi w ogóle nie kojarzyło żydowskiego domu modlitwy z ulicą Grodzką.

KK: To przestrzeń schowana w oficynie, na zapleczu kamienic pod numerami 28 i 30. Od kilku lat – niedostępna. Już kiedy prowadziliśmy badania, brama wiodąca na podwórze była zamknięta. Dziś w korytarzu pojawił się sklep z pamiątkami, który blokuje dostęp. Trudno powiedzieć, jaki los czeka pozostałości domu modlitwy, w jakim on jest w ogóle stanie.

Na ekspozycji pokazaliśmy wyobrażenie o tym miejscu oparte na fotografiach i opowieściach osób, które przed laty mogły tam zaglądać. Zdjęcia sprzed kilku lat pokazywały zrujnowany i opuszczony budynek, z nadal imponującą konstrukcją przeszklonego dachu, który powstał w latach 30. XX w.

Jeden z mieszkańców powiedział, że dom modlitwy to miejsce, „które jest, ale nie istnieje”.

KK: Na kamienicy nie ma informacji przypominającej historię oficyny. Ten dom modlitwy nie jest obecny w szerszej społecznej świadomości. Tylko czasem przewodnicy zatrzymują grupy i wspominają o „synagodze przy Grodzkiej”. Pojawia się niekiedy w świadomości przybyszów z Izraela czy ze Stanów Zjednoczonych. Znalazłam izraelski przewodnik, w którym to miejsce jest wymienione. Jednak najczęściej myśląc o żydowskiej przeszłości miasta ludzie kojarzą Kazimierz, potem fabrykę Oskara Schindlera i niewiele więcej. O domu modlitwy Tignera pamiętają osoby, które są zainteresowane historią Żydów w Krakowie.

A przecież ta przestrzeń w centrum byłaby przypomnieniem o tym, że życie żydowskie to nie tylko Kazimierz. Można oczywiście przywoływać czasy średniowieczne i dawną ulicę Żydowską, dziś św. Anny. Co jednak znaczące, dom modlitwy Tignera pochodzi z początku XX w. Zbudowano go w stylu modernistycznym, więc to nie jest odległa przeszłość. Dziś mówiąc o przeszłości żydowskiej Krakowa chętnie wraca się do okresu dwudziestolecia. To zastanawiające, że to miejsce nie jest powszechnie włączane do tych narracji. Ono przecież pokazuje, że Żydzi byli w centrum miasta, tu mieszkali, mieli sklepy i domy modlitwy.

Budynki opowiadają o dziejach związanych z nimi wspólnot religijnych.

ABH: To próbowaliśmy pokazać również w przypadku parafii ewangelicko-augsburskiej. Sąsiadujący z klaryskami kościół św. Marcina, pierwotnie zbudowany dla karmelitanek, jest siedzibą parafii ewangelickiej od ponad 200 lat. To jedyna parafia ewangelicka w Krakowie – silnie związana jest z tym konkretnym miejscem. Jej członkowie przychodzą tu nierzadko całymi pokoleniami, to takie miejsce stale obecne w życiu wielu ewangelickich rodzin, miejsce spotkań. Kiedy prowadziłam rozmowy, miałam poczucie, że trafiłam do wspólnoty bardzo zżytej, świadomej swojej tożsamości, ale i otwartej na innych.

W muzeum o wędrownej historii parafii opowiadały pieczęcie – najstarsza z XVI w., kolejna z okresu funkcjonowania parafii po spaleniu zboru i opuszczeniu Krakowa, potem z Podgórza i wreszcie te z nowej siedziby przy ulicy Grodzkiej.

ABH: Dbałość wspólnoty ewangelickiej o historię widać nawet w aranżacji przestrzeni budynków parafialnych. Na podwórku czy w korytarzach wyeksponowane są epitafia i kamienne tablice, mapy, oprawione w ramy dokumenty, obrazy. To kolejna enklawa przy ulicy Grodzkiej. Jest tu kwartał mieszkalny, jest szkoła, salka katechetyczna. Turyści często nie zwracają uwagi na kościół św. Marcina. On jest trochę cofnięty od ulicy, odgrodzony, wizualnie ginie w otoczeniu, bo jednak tuż obok jest duża konkurencja w postaci dwóch przyciągających oko świątyń.

W sąsiedztwie wybijają się wieże kościoła św. Andrzeja i oczywiście tuż obok kościół św. św. Piotra i Pawła. Kopuła, fasada, schody, ogrodzenie z posągami apostołów. W czasie badań niektórzy rozmówcy mówili, że to taka mała krakowska Italia.

BA: Olbrzymia pojezuicka świątynia naśladująca rzymskie wzory. Dziś jest najbardziej turystycznym miejscem na całej ulicy Grodzkiej. Ale trzeba pamiętać, że ten kościół ma przecież bardzo skomplikowaną historię. Zresztą nadal jest jak palimpsest – tyle tu warstw i odsłon. Jest i ruch turystyczny, i świątynia, i niedawno utworzony Panteon Narodowy – czyli miejsce związane z pamięcią, ale też ciekawostka i po prostu atrakcja turystyczna. Jest też przecież parafia rzymsko-katolicka, ale również o szczególnej historii, bo pierwotnie związana z nieistniejącym już kościołem Wszystkich Świętych.

To niezwykła przestrzeń. Można powiedzieć, że turysta czy przechodzień dostaje pudełko z talią kart, ale trzeba je otworzyć i przyjrzeć się każdej z tych kart osobno. Ta uwaga w zasadzie dotyczy całej ulicy Grodzkiej. ©

Galeria zdjęć
  • Kościół św. Andrzeja i południowa część Grodzkiej: dla turystów raj zabawy, dla mieszkańców umierające kamienice i wyprowadzający się do innych dzielnic znajomi, 2009 r. / FOT. GRAŻYNA MAKARA

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]