Reklama

Trzy filary Słowacji

Trzy filary Słowacji

28.03.2007
Czyta się kilka minut
Moi rodacy wierzą, że demokracja jest lepszym systemem niż komunizm. Nie znaczy to jednak, że nie oglądają się w przeszłość. Bez wiedzy o tym, do czego i dlaczego tęsknią, nie sposób zrozumieć dzisiejszej Słowacji.
Witryna sklepu mięsnego udekorowanego z okazji 1 Maja, po śmierci przywódcy ZSRR Konstantina Czernienki (1985 r.) oraz rocznicy rewolucji październikowej /fot. L. Stacho
M

Musiało minąć 16 lat, aby na Słowacji ponownie przeważył pogląd, że demokracja jest lepszym systemem niż ten, który panował przed rokiem 1989. Dziś stosunek zwolenników współczesności do tych, którzy uważają za lepszy komunizm, wynosi 49 proc. do 25 proc. Ostatnio taki wynik odnotowano w 1991 r., wtedy jednak kończyła się euforia po upadku komunizmu.

Wyniki sondaży cieszą jednak tylko pozornie. Głównym powodem, dla którego tak nagle przybyło obrońców demokracji, jest to, że po ubiegłorocznych wyborach parlamentarnych do rządu dostali się politycy, którzy sposobem myślenia i zachowania przypominają minioną epokę. Ich wyborcy nagle zrozumieli, że demokratyczna zmiana władzy może im się przydać tak samo jak kiedyś dyktatura proletariatu.

Powrót do przeszłości

Wcześniej przez osiem lat krajem rządził gabinet Mikuláša Dzurindy, kolicyjna mieszanka partii raczej prawicowych, które wrzuciły Słowację do lodowatej wody mechanizmów rynkowych i zmusiły większość obywateli do samodzielnej walki o utrzymanie się na powierzchni. Tak radykalnej gospodarczej i społecznej transformacji kraj nie przeżył od 1918 r., gdy stał się częścią nowo narodzonej, demokratycznej Czechosłowacji.

Reakcja była więc równie radykalna: ludzie oddali głos na polityków, którzy obiecali im powrót do spokojnych czasów socjalnego bezpieczeństwa. Zwycięzca ostatnich wyborów, lewicowa partia Smer na czele z Róbertem Fico - który często mówił o tym, że poprzedni system miał także dobre strony, np. pełne zatrudnienie, dobrą służbę zdrowia i równość dochodów - przyjął do rządu dwie inne partie, które także odwoływały się do przeszłości, jakkolwiek nieco odmiennej. Vladimír Mečiar i jego HZDS przypominało sfrustrowanym wyborcom, że za ich rządów w latach 90. życie zwykłego człowieka jeszcze nie było takie trudne. Z kolei Ján Slota i jego SNS odwoływali się do mglistych wspomnień tzw. państwa słowackiego z II wojny światowej, o którym niedawno sam arcybiskup Jan Sokol powiedział, że Słowacy żyli w nim godnie. Co z tego, że ówczesny faszystowski reżim posłał Żydów na śmierć, i że system ten istniał tylko z woli Hitlera?

Dzisiejszy rząd jest zatem swego rodzaju zwierciadłem słowackiej duszy początku XXI stulecia, która spogląda w przeszłość. Ludzie wprawdzie nie oczekują od rządu prawdziwego powrotu do przeszłości, bo wiedzą, że to nie jest możliwe, ale chcą mieć przynajmniej tę iluzję. Chcą patrzeć na polityków, którzy przypominają im coś z ich straconych życiorysów, pragną zrozumienia i współczucia w świecie opanowanym niewidzialną - i dlatego niezrozumiałą i przerażającą - ręką wolnego rynku.

Świat się zmienia

Trudno mieć do nich o to pretensje. Większość krajów postkomunistycznych przeszła od 1989 r. zmiany znacznie większe niż psychiczna wytrzymałość ich społeczeństw. Nie chodziło przecież tylko o przejście z systemu totalitarnego do demokracji, od kierowanej przez państwo gospodarki do wolnego rynku. W tamtym okresie zaczęła się też inna dramatyczna zmiana, która szybko dotknęła cały świat: globalizacja. Z nią pojawił się nowy styl życia, wymagający ogromnej elastyczności i dynamiki, który wstrząsnął także samym Zachodem. Permanentny brak pewności i poczucie zagubienia w coraz bardziej skomplikowanym świecie jest problemem nawet dla społeczeństwa amerykańskiego przyzwyczajonego do drapieżnej walki o przeżycie. Nie ma się co dziwić, że narody Europy Środkowej, przywykłe do komunistycznego bezruchu, po tej podwójnej dawce terapii szokowej są w prawdziwym szoku.

Słowacja w tej powodzi zmian znalazła się jeszcze mniej przygotowana niż pozostałe kraje. Dwa reżimy totalitarne (faszystowski i komunistyczny) przyniosły Słowakom relatywny dobrobyt w porównaniu z ich poprzednim ubóstwem. W kraju, gdzie arystokrację, drobną szlachtę i większość mieszczaństwa tworzyli Węgrzy, Niemcy i Żydzi, nagle Słowacy stali się panami we własnym państwie. Tak to przynajmniej odczuwali, choć słodkie poczucie suwerenności psuli im Czesi, a później Rosjanie.

Nie znaczy to, że słowackie społeczeństwo kochało komunizm czy faszyzm. Przyjmowało te systemy jako część biegu historii, na którą - zgodnie ze swoim doświadczeniem - miało mały wpływ. Abstrakcyjne ideologie jak marksizm nigdy nie miały na Słowacji lekko, ale tym bardziej działała w praktyce umowa społeczna o nieagresji. Społeczeństwo przystosowało się do systemu komunistycznego jak najlepiej potrafiło, a on odpłacał się z wdzięcznością relatywnym dobrobytem. Ta symbioza nie była oparta na więziach emocjonalnych, ale na racjonalnej umowie i wzajemnej adaptacji. Właśnie to spokojne porozumienie, ta pewność przeżycia jest tym, co wielu jeszcze dziś chętnie wspomina. Tę symbiozę, tym razem jednak zabarwioną emocjonalnie, proponuje im dzisiejszy lewicowo-nacjonalistyczny rząd.

Trzy filary

Znany słowacki historyk Ľubomír Lupták mawiał, że słowacka polityka od zawsze była oparta na trzech filarach: socjalnym, narodowym i religijnym. Ten, kto nie opierał się na którymś z nich, nie miał szans w polityce. Systemy faszystowski i komunistyczny wspierały się zawsze przynajmniej na dwóch z tych filarów. A dziś okazuje się, że ta zasada nadal obowiązuje w słowackiej polityce. Rząd Dzurindy próbował zmienić te historyczne stereotypy, ale udało się to tylko tymczasowo. Obecny rząd wykorzystuje je, jak się tylko da. Ale jak silna jest ta tradycja w świecie, który się tak dramatycznie zmienia?

Filar religijny już jest popękany i nie ma pewności, jak długo będzie się opierał naciskowi liberalizacji społeczeństwa. Na Słowacji, gdzie katolicka większość jest równie wyraźna jak w Polsce, Kościół nawet w części nie odgrywa tak wielkiej roli społecznej. Z dwóch powodów: pierwszym jest faszystowska przeszłość uosabiana przez prezydenta państwa słowackiego w czasie II wojny Jozefa Tisa [katolickiego księdza - red.]; drugim jest fakt, że reżim komunistyczny wprawdzie uciskał Kościół, ten jednak w większej części mu ulegał i współpracował z nim; tylko mniejszość schroniła się w podziemiu. Legitymacja Kościoła do pełnienia roli siły społecznej jest więc słabsza niż w Polsce. Skandal z arcybiskupem Janem Sokolem, któremu udowodniono współpracę z bezpieką (StB), a który o swojej przeszłości publicznie i cynicznie kłamie, jest ciężkim ciosem zadanym wiarygodności Kościoła. Żadna partia nie odważy się wprawdzie wypowiedzieć otwartej wojny Kościołowi, ale tylko jedna wypisuje na sztandarach konserwatywne zasady zgodne z jego nauczaniem (to nie przypadek, że chadecy z partii założonej przez Jána Čarnogurskiego mają najmniejszą reprezentację w obecnym parlamencie).

Filar socjalny wygląda wprawdzie na mocno zadomowiony w społeczeństwie, ale w rzeczywistości to raczej psychiczne uzależnienie od języka polityków, niż rzeczywista bieda, pcha wyborców na lewo. Słowacja nie jest dziś krajem biednym, większość mieszkańców cieszy się standardem życiowym porównywalnym z krajami Europy Środkowej - oczywiście z wyjątkiem Romów. Premier Fico zarobił na niebywałą popularność wśród obywateli raczej słowami i symbolicznymi gestami niż czynami. Pod koniec roku rozdał emerytom jednorazowo po tysiąc koron [ok. 100 zł - red.] i zmusił monopolistów w dostawach gazu, benzyny i prądu, by nie podnosili cen od nowego roku. Choć nie ma to zasadniczego wpływu na poziom życia, to ludzie zyskali poczucie, że rząd ich rozumie i broni przed pozbawionymi sumienia kapitalistami. Fico jednak nie jest Hugo Chavezem, choć może chciałby nim być. Nie ma ropy. Co więcej, w koalicji ma przeciw sobie Mečiara i Slotę, którzy w rzeczywistości są bardziej prawicowi, niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Na pozór zatem zdaje się, że zwycięża lewicowy język przypominający socjalizm, ale w praktyce bieg gospodarki i realizm polityczny przechyla szalę w prawo z niemożliwą do powstrzymania siłą.

Filar narodowy to zatem ten, który najwidoczniej zostanie jeszcze na długo ważnym centrum słowackiej polityki. Korzenie tego stanu rzeczy leżą w XIX w., kiedy Słowacy emancypowali się od Węgier, a później także od Czechów. Ci ostatni zniknęli jednak z oczu nacjonalistom dzięki podziałowi Czechosłowacji w 1993 r. Tylko nieliczni politycy słowaccy w historii pozwolili sobie być otwarcie liberalnymi, a jeśli nawet, zapłacili za to złamaną karierą. Narodowy sentyment jest głęboko skryty w słowackiej duszy, tym bardziej że niemal przez całe minione stulecie - z wyjątkiem niemożliwego do zlekceważenia epizodu II wojny światowej - nie mógł się ujawniać. Mimo to za poprzedniego reżimu także wśród komunistów była masa nacjonalistów. Zbiorowa pamięć wymazała proletariacki internacjonalizm, który słowaccy komuniści deklarowali publicznie, a zachowała wspomnienie o tym, jak w byłej Czechosłowacji walczyli o prawa i lepsze życie dla swego ludu. Lewicowy premier Fico może zatem bez problemu - choć wbrew zasadom socjalistów europejskich - być nacjonalistą i przyjąć do koalicji dwie nacjonalistyczne partie. Tym bardziej że w kwestii węgierskiej znajduje wspólny język także z opozycją. Partia węgierskiej mniejszości (SMK) jest na Słowacji osamotniona. Nie znaczy to, że nie może znaleźć się w rządzie - tak jak niedawno [SMK w latach 1998-2006 wchodziła w skład koalicji rządzącej - red.]. Ale tylko pod warunkiem, że zniesie upokorzenie w postaci podrzędnej pozycji.

Dwie Słowacje

Dzisiejsza Słowacja jest pełna nostalgii za przeszłością. Ta jednak, w odróżnieniu od lat 90., przejawia się raczej skrycie w nastrojach wyborców niż w życiu publicznym. To bowiem opanowały w znacznej mierze media, w których niemal bez wyjątku dominuje młoda generacja ludzi zorientowanych na wartości liberalne i kulturę popularną.

Jakby obok siebie istniały więc dwa równoległe światy: jeden zewnętrzny, który zlewa się ze światowymi trendami, a drugi wewnętrzny, ukryty przed światłami kamer, wstydliwy i nienowoczesny. Aby go obejrzeć, trzeba zabłądzić do gospody na słowackiej wsi. Albo od czasu do czasu poczekać na wyniki wyborów. A jednak nie wygląda to tak, żeby te dwa światy wzajemnie się wykluczały. Raczej istnieją w wygodnej symbiozie - tak jak kiedyś obok siebie istniały nadęta komunistyczna ideologia i słowackie społeczeństwo, które na zewnątrz ją przyjmowało, ale wewnątrz żyło po swojemu.

Jak popatrzeć na namiętności, które obecnie rozpalają Węgry i Polskę, to człowiek sobie westchnie, że jednak może być gorzej.

Przeł. Tomasz Maćkowiak

MARTIN ŠIMEČKA (ur. 1957) jest słowackim pisarzem i publicystą, obecnie redaktorem naczelnym prestiżowego czeskiego tygodnika "Respekt". Wcześniej, w latach 1999-2006, kierował wpływowym słowackim dziennikiem "Sme". Przed listopadem 1989 r. był zaangażowany w walkę z komunizmem.

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]