Reklama

Wydanie specjalne TP "Smak wolności"

To nie Mołdawia

To nie Mołdawia

03.04.2007
Czyta się kilka minut
Z zainteresowaniem przeczytałem artykuł Bogumiła Lufta ("TP" nr 10/07), zwracający uwagę na to, czym stają się media w rękach polityków. Mam jednak i parę wątpliwości.
N

Niekwestionowana siła internetu, jako środka przekazu, to w obecnej polskiej rzeczywistości za mało, by uznać, iż - jak pisze autor - "marzenie o tym, że »kto ma telewizję (państwową), ten ma władzę«, to dziś już tylko żart". Premier Jarosław Kaczyński to zbyt doświadczony strateg, by nie zdawał sobie sprawy z takiej ewentualności. On, znając swój elektorat, wie, że to nieprawda. Zwolennicy PiS mogą oczywiście skorzystać z internetu i poznać konkurencyjną wersję zdarzeń, ale jaka ich część będzie jej ciekawa? Jaka część ludzi słabo wykształconych, mniej zamożnych i mieszkających na wsi (a tacy w niemałej części tworzą elektorat tej partii) zajrzy do sieci? A nawet jeśli to zrobi, czy nie uzna, że to tylko "układ" tak mocno się broni? Po co zresztą odwoływać się do internetu: ilu czytelników "Naszego Dziennika" sięgnie np. po "TP" czy "Politykę"? I na odwrót: ilu czytelników tych tygodników czyta "ND", by poznać inny punkt widzenia? Elektorat PiS swoje 25 proc. poparcia ma i ten elektorat jest wierny temu, co usłyszy w telewizji publicznej, nawet najbardziej usłużnej. Co się zaś tyczy reszty, politycy PiS wiedzą, że na razie i tak jej nie pozyskają, więc może ona sobie sięgać tak do internetu, jak do jakiegokolwiek innego źródła informacji. Autorytet kilku osób wystarczy, by wątpiąca przez moment część elektoratu premiera i prezydenta odrzuciła pokusę szerszego spojrzenia. Czy o. Tadeusz Rydzyk, odmawiając wywiadu ks. Adamowi Bonieckiemu, co tłumaczył przekonaniem, że i tak treść rozmowy zostanie przekręcona, martwił się, co na tak poważne podejrzenie powiedzą zwolennicy Radia Maryja? Nie sądzę, bo albo się o tym - z własnej woli - nie dowiedzą, albo - jeśli przypadkiem stanie się inaczej, a ktoś poda owo przypuszczenie w wątpliwość - o. Rydzyk zapewni słuchaczy, że tak właśnie by się stało.

Pan Luft podaje przykład Mołdawii, "gdzie komuniści po powrocie do władzy uczynili z telewizji państwowej swą tubę propagandową. W rezultacie telewidzowie (z wyjątkiem chłopów w odległych zakątkach kraju, gdzie żaden inny sygnał nie docierał) zaczęli masowo wybierać znacznie atrakcyjniejsze i rzetelniejsze informacyjnie stacje rumuńskie i rosyjskie". Polska to nie Mołdawia. Różnicę dostrzegam jednak nie tyle w ograniczeniach geograficznych, co w warstwie społeczno-kulturowej - w Mołdawii różnorodność informacji była dobrem deficytowym, a przez to pożądanym. W Polsce tak nie jest: większość wie, w którą stronę się zwrócić, by informacje uzyskać; wie też, czego spodziewać się w konkretnej stacji czy gazecie. Mimo zastrzeżeń, uważam głos Bogumiła Lufta za ważny i potrzebny, choćby dlatego, że stara się przywrócić wiarę w mocno nadwerężone poczucie elementarnej przyzwoitości.

MARCIN DĘBICKI (Wrocław)

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]