Symbole wróciły

Paula Sawicka: Polska jest krajem bez Żydów, a antysemityzm ma się świetnie. Widziałam człowieka, który wyszedł z radioterapii. I choć ledwo się poruszał, mówił jeszcze: „A słyszeliście tego Żyda w telewizji, co on wygadywał?”.

23.11.2015

Czyta się kilka minut

Paula Sawicka, Warszawa, listopad 2015 r. / Fot. Maciej Zienkiewicz dla „TP”
Paula Sawicka, Warszawa, listopad 2015 r. / Fot. Maciej Zienkiewicz dla „TP”

MARCIN ŻYŁA, ANNA GOC: Była Pani na Marszu Niepodległości? 

PAULA SAWICKA: Nie. I od początku istnienia tych marszów upominam się, by nie nazywać ich marszami niepodległości. Marek Edelman przestrzegał: „Pozwalamy, żeby na ulicach miast demokratycznych krajów, w imię swobód demokratycznych, odbywały się parady nienawiści i nietolerancji. (...) demokracja nie polega na przyzwoleniu na zło, nawet najmniejsze, bo ono może nie wiadomo kiedy urosnąć”. W tym roku miasto odmówiło im prawa do marszu – dał je wojewoda. Za taką decyzją stoi strach, że jeśli organizatorzy spotkają się ze sprzeciwem, to w mieście będą burdy, awantury i podpalenia. Prawdopodobnie strach przed przemocą powstrzymywał 18 listopada wrocławską policję przed rozwiązaniem demonstracji, której uczestnicy łamali prawo.


CZYTAJ TAKŻE:


Boimy się doraźnych konsekwencji? 
Tak, bo brakuje nam wyobraźni. W moim dzieciństwie narysowanie swastyki było czymś nie do pomyślenia. Pamięć tego, co ten symbol oznaczał, była wciąż żywa. Dziś ludzie przyklejają ją sobie na czoło i prawie nikt nie reaguje. Nawet przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości nie widzą w tym nic złego.


Dlaczego symbole nazistowskie wróciły? 
To zastanawia, podobnie jak fakt, że są popularne zwłaszcza wśród ludzi młodych. Być może chodzi o fascynację, która – jeśli nie przerodzi się w proceder – mija z wiekiem. W PRL-u na wszelkie demonstracje monopol miało państwo. Ludzie nie wychodzili na ulice z faszystowskimi znakami, bo państwo policyjne na to nie pozwalało. Kiedy wreszcie odzyskaliśmy wolność, nie umiemy z niej korzystać, nie rozumiemy, że wolność nie jest bezgraniczna i że wolność to prawa, ale także zobowiązania.


Państwo też zawiodło?
Państwo to obywatele, i to oni zawiedli. Kilka lat temu mieszkańcy Białegostoku zorganizowali marsz przeciwko rasistowskim aktom przemocy, które rozpanoszyły się w ich mieście. Państwo zagwarantowało manifestującym ochronę policji. Ale przeciwnicy demonstracji, zza pleców osłaniających pochód funkcjonariuszy, całkowicie bezkarnie obrzucali jego uczestników jakimś paskudztwem i rasistowskimi wyzwiskami. Powiemy, że zawiodło państwo? Czy raczej jego obywatele? Bo policjant, funkcjonariusz państwa jest również obywatelem. Podobnie sędzia czy prokurator, który w słowach „żydowskie ścierwo” nie widzi naruszenia prawa.


Marsz, który przeszedł ulicami Warszawy w tym roku, nazwano „spokojnym”. Czy „spokojny” był dlatego, że jego uczestnicy nie pobili się z policją, nikogo nie zaatakowali? A może dlatego, że niczego nie podpalili, nie wyrwali żadnego drzewa? Co jest spokojnego w tym, że zamaskowani ludzie nieśli na transparentach i wykrzykiwali sprzeczne z prawem, rasistowskie, faszystowskie, wykluczające innych ludzi hasła? Że podpalali race, których używanie na demonstracjach jest zakazane?


Jeśli ktoś maszeruje pod takimi hasłami, choćby sam niczego nie niósł i nie krzyczał, swoim udziałem akceptuje to, co robią inni. Marek Edelman mówił, że obojętny świadek, który odwraca głowę, nie reaguje, jest tak samo winny, bo przyzwala na zło. Przechodzimy dziś obok murów kamienic, na których widnieją nienawistne graffiti, i nie reagujemy, nieważne czy z obojętności, czy z braku empatii.


Nie reagujemy, bo nie pamiętamy, do czego to może doprowadzić? 
Sprawa pamięci jest tu kluczowa. Pamięć indywidualna jest wybiórcza i ma mały zasięg. Urodziłam się po wojnie i była ona dla mnie abstrakcją, niemal jak bitwa pod Grunwaldem czy wyprawy krzyżowe. Dla młodych, którzy dziś głosują na Kukiza czy Korwina, abstrakcją jest PRL, a nawet poprzednie rządy PiS-u. Powinniśmy jednak czerpać z doświadczeń poprzednich pokoleń, pamięć powinna być nauczycielką empatii.


Zawozimy więc młodzież do Auschwitz, a potem oburzamy się, że brakuje im empatii, że wchodzą tam rozbawieni, roześmiani. Nie powinniśmy, skoro to jest tylko element wycieczki do Krakowa i Ojcowa, która nie jest przecież żałobnym wydarzeniem. Ci młodzi ludzie nie są odpowiednio przygotowani do zwiedzania takiego miejsca. Czyja to wina? „Musimy uczyć w szkołach, przedszkolach, na uniwersytetach, że zło jest złem, nienawiść jest złem i że miłość jest obowiązkiem. Musimy walczyć ze złem tak, żeby ten, który czyni zło, zrozumiał, że nie będzie dla niego litości” – przypominał Marek Edelman.


Ci, którzy wychodzą na ulice 11 listopada, nazywają siebie patriotami. Czy to w ogóle jest patriotyzm?
Jestem przekonana, że wielu z tych, którzy tak „patriotycznie” maszerują 11 listopada, w ogóle nie wie, co to za święto. Nie wiedzą, że cały świat w tym dniu obchodzi rocznicę zakończenia I wojny światowej. Nie wiedzą, że Święto Niepodległości ustanowiono na chwałę Józefa Piłsudskiego, politycznego przeciwnika Romana Dmowskiego, pod którego sztandarami i hasłami wychodzą na ulice.


Doświadczenie PRL-u nauczyło mnie, że są słowa, które nie potrzebują przymiotników, bo przymiotniki odbierają im znaczenie. „Demokracja ludowa” nie jest demokracją, ani „sprawiedliwość dziejowa” nie jest sprawiedliwością. Tak samo dziwi „prawdziwy Polak”, a patriotyzm, który potrzebuje przymiotnika, pałki i racy, nie jest patriotyzmem. „Prawdziwi patrioci” odbierają nam i zohydzają te pojęcia.


Jeśli dziś wyjdziemy na ulicę w koszulce z orłem białym...
...ludzie pomyślą: „To pewnie narodowcy”.


Winne temu są także środowiska promujące otwartość, tolerancyjność, które pozwoliły odebrać sobie symbole narodowe?
W pewnym sensie tak. Na początku środowisko ONR nawiązywało – już na poziomie czarno-czerwonej kolorystyki – raczej do faszyzmu. Malowali na murach gwiazdy Dawida na szubienicy, swastyki. Patriotami zaczęli się dopiero nazywać kibole. Powstała dziwna mieszanka. Np. we Wrocławiu, który jest dziś wylęgarnią takich środowisk, funkcjonowały ruchy neopogańskie, słowianofilskie, bazujące na wątku rasowym, które świetnie dogadywały się z ONR-em. Więc tak, to również nasza wina.


Na czym polega?
Nie dawaliśmy wystarczającego odporu tym zjawiskom. Nie zawsze były one nazywane po imieniu, nie potępiano ich.
Od kilkunastu lat 9 listopada przed wrocławską synagogą Pod Białym Bocianem organizowane są uroczystości związane z rocznicą nocy kryształowej. Kiedy na początku zakłócali je neofaszyści, prezydent Rafał Dutkiewicz nazywał je chuligańskimi zachowaniami. Ale najwyraźniej 18 listopada, kiedy na wrocławskim rynku spalono kukłę symbolizującą Żyda, zrozumiał, że takie wydarzenia trzeba nazywać po imieniu i publicznie potępić. Mam nadzieję, że za nim pójdą inni.


Jak było dotąd? 
W ciągu 26 lat wolności tylko dwa razy urzędnik państwowy wysokiego szczebla zachował się tak jak należy. W 1991 r. premier Jan Krzysztof Bielecki zdymisjonował wiceministra zdrowia Kazimierza Kaperę, który nazwał homoseksualizm zboczeniem. Zaś dwa lata temu szef MSW Bartłomiej Sienkiewicz zapowiedział skinheadom z Białegostoku: „idziemy po was”. I co go spotkało? Kpiny. Zamiast go wesprzeć, media pękały ze śmiechu – mimo że tam, na miejscu, wykonano wielką pracę. Minęło kilka miesięcy, sprawcy podpaleń mieszkań cudzoziemców zostali złapani i ukarani.
Podobnie nie reagowaliśmy, gdy z trybuny sejmowej mówiono o wyborze na prezydenta USA Baracka Obamy, że to „koniec cywilizacji białego człowieka”. Dziś ze zdziwieniem widzę, że przywódcy narodowców, panowie Krzysztof Bosak czy Robert Winnicki są gwiazdami telewizji.


Boi się Pani tego?
W czasach PRL powtarzano czeski dowcip, w którym na podobne pytanie pada odpowiedź: „Ja mam rakovinu, mě to nevadí”. Moje pokolenie nie może już wiele zmienić. Odczuwam jednak niepokój o przyszłość.
Polska jest krajem bez Żydów, a antysemityzm ma się świetnie. Kiedyś widziałam człowieka, który wyszedł z radioterapii w Instytucie Onkologii. Ledwo się poruszał, pacjentom w poczekalni zwierzał się, co go boli, co ma spalone, jak bardzo mu ciężko. A potem dodał jeszcze: „A słyszeliście tego Żyda w telewizji, co on wygadywał?”. Czy Żydzi mu zagrażali? Na pewno nie.


Marek Edelman mówił o antysemityzmie, że zaczyna być groźny, gdy staje się narzędziem polityki. Ludzie mają różne poglądy. Jedni nie lubią homoseksualistów, inni niepełnosprawnych albo chorych psychicznie. Inność budzi niechęć, czasem nienawiść. Ale kiedy znajdzie się ktoś, kto użyje jej jak narzędzia – gdy mówi: „kulawi nam zagrażają, są pasożytami, bo sami nic nie mogą wyprodukować” albo: „Żydzi to właściciele całego świata, oni nas ograbiają, wysysają” – to zaczyna być groźnie. Dziś to, co propaganda goebbelsowska mówiła o Żydach, powtarza się o muzułmanach. To już nie jest zwykła niechęć do drugiego człowieka, obawa przed innością, lecz narzędzie do zdobywania władzy politycznej. Dał temu wyraz Jarosław Kaczyński: w sejmowym przemówieniu o uchodźcach użył antyislamskiego narzędzia, żeby zdobyć władzę. To dużo groźniejsze niż udział w marszu nienawiści.


Jaka jest prognoza dla naszego patriotyzmu?
Mówi się czasem o wahadle dziejów. Chciałabym, by przyszedł moment przebudzenia. Marek Edelman mówił, że patriotyzm to drzewo za oknem, które się lubi, członkowie rodziny i przyjaciele, z którymi się chce być. Władysław Bartoszewski mówił, że o tym się nie gada, tylko się coś robi, jeśli trzeba. Nie chodzi o krzyczenie, że gdy ojczyzna będzie w potrzebie, to pójdę i oddam za nią życie. Są ludzie, którzy nie uważają, że trzeba oddawać za ojczyznę życie. Uczciwie pracują, sumiennie płacą podatki, mają poczucie dobra wspólnego i społecznego interesu, biorą udział w wyborach, są prawymi obywatelami. Czy nie są patriotami?


Dla niektórych zaś „patriotyzm” jest przeklętym pojęciem, równoznacznym z nacjonalizmem i szowinizmem. Może nie jest tak bardzo potrzebny? Mamy „uczciwość”, „solidarność”, wiele pojęć, które kształtują i opisują człowieka. Czy człowiek moralny musi być patriotą? Nie! Patriotyzm to rzecz, z którą nie potrzeba się obnosić. Czy państwo zapewniacie wszystkich naokoło, że kochacie swoje matki? ©℗

PAULA SAWICKA (ur. 1947) jest psycholożką, prezeską stowarzyszenia Otwarta Rzeczpospolita w latach 2004-14. Przyjaźniła się z Markiem Edelmanem. W 2011 r. za wybitne osiągnięcia w działalności na rzecz budowania społeczeństwa obywatelskiego odznaczona Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. Nakładem wydawnictwa Czarne ukazało się właśnie II uzupełnione wydanie książki Marka Edelmana i Pauli Sawickiej „I była miłość w getcie”.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Marcin Żyła jest dziennikarzem, od stycznia 2016 do października 2023 r. był zastępcą redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”. Od początku europejskiego kryzysu migracyjnego w 2014 r. zajmuje się głównie tematyką związaną z uchodźcami i migrantami. W „… więcej
Dziennikarka i redaktorka „Tygodnika Powszechnego”. Doktorantka na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Do 2012 r. dziennikarka krakowskiej redakcji „Gazety Wyborczej”. Laureatka VI edycji Konkursu Stypendialnego im. Ryszarda Kapuścińskiego (… więcej

Artykuł pochodzi z numeru TP 48/2015