Renata Przemyk: długa droga do kobiecej siły

Renata Przemyk, piosenkarka: Jestem przeciwieństwem kwoki. Wypycham córkę na zewnątrz. Przerobiłam swoje, w rodzinie jak z „Chłopek”.

06.02.2024

Czyta się kilka minut

Renata Przemyk / Fot. Fot. Anna Powierża / materiał prasowy
Renata Przemyk / Fot. Anna Powierża / Materiał prasowy

Katarzyna Kubisiowska: Skąd wzięła się Vera?

Renata Przemyk: Z filmu, którego tytułu nie pamiętam. Ale pamiętam, że kilka lat temu oglądałyśmy go z córką. I podobała nam się postać Very, mądrej łobuziary. Klara zaczęła sobie nucić: „Vera to ja, Vera to ja...” Mówi: „Zrób, matka, z tego piosenkę”. Pomyślałam, że to dobry pomysł i zdanie w zeszycie zapisałam. Potem przyszła pandemia, wróciłam do lektury „Biegnącej z wilkami” i w głowie zaczęła mi się układać cała historia. W dwa tygodnie napisałam trzynaście tekstów na kanwie piosenki ludowej, w których centrum jest cykl kobiecego życia: poczęcie, dzieciństwo, macierzyństwo, związek, starzenie się, śmierć. Ta kobieta żyje w zgodzie z naturą - wpływami księżyca, wschodami i zachodami słońca, porami roku. Chciałam, by wsparły mnie głosem świetne wokalistki z Dagadany – Daga Gregorowicz i Dana Vynnytska, kobiety mądre i silne, prawdziwe Very. „To ja Vera” powstała bez presji – nie miałam dedlajnu i nie stał nade mną producent z batem. Zresztą, ta płyta nie mogłaby powstać inaczej. I pewnie nie mogłaby powstać wcześniej.

Dlaczego?

Musiałam doświadczyć siebie, zgromadzić doświadczenie. Jako kobieta późno zaczęłam dojrzewać: matką zostałam w wieku 36 lat, a po raz pierwszy zakochałam się, jak miałam lat 43. W obu przypadkach byłam zdumiona, że można doświadczać tak głębokich uczuć. Szczególnie macierzyństwo pod tym względem jest bezkompromisowe. Właściwie to był szok.

A „mądra łobuziara” to właściwie kto?

Kobieta żyjąca na własnych warunkach. Zupełnie inaczej niż kobiety w mojej rodzinie.

Czyli?

Z domu rodzinnego w Bielsku-Białej zapamiętałam nierówności. Mam dwóch braci, a to ja – dziewczyna, do tego najdrobniejsza – byłam delegowana do prac domowych: obierania, zmywania, ścierania, zamiatania. Starszy brat raz w roku przed świętami trzepał dywan na trzepaku, i tyle. Uwierało mnie to od samego początku, choć nie umiałam jeszcze tego nazwać. Taki ład wprowadzała babka Małgorzata, która z nami mieszkała. Identycznie wychowywana była moja mama. Wiecznie w ruchu, w pośpiechu, coś przynosząca, gdzieś idąca; nigdy jej nie widziałam siedzącej na krześle.

Mama pracowała w zakładach włókienniczych, w sklepiku przyzakładowym kupowała resztki tkanin i szyła po nocach ubrania dla nas i dla siebie. Ładne rzeczy robiła. Dbała o nas, jak mogła, choć widać było, że czasem brakuje jej sił. To był PRL, czyli wieczny niedostatek, każdą rzecz trzeba było załatwiać. Co wiązało się ze zmartwieniem, wysiłkiem i kolejkami.

Rock, jazz, hip-hop, poezja śpiewana, elektronika, klasyka... 

Muzyka nie ma granic, odkrywaj ją razem z nami.

Atmosfera w domu?

Chłodna. Dom bez dotyku, bliskości, rozmów przy stole. Ale w takich samych domach wychowali się moi rodzice – ten, który stworzyli, był kalką tych, z których wyszli. Mama zakochała się w moim tacie po uszy: gdy miała 21 lat, była już żoną. A chwilę wcześniej ścięła piękny, gruby warkocz, by ułożyć sobie na głowie modną wtedy simonę.

Z ojcem różnie jej się układało. Typowy facet tamtych czasów: więcej czasu spędzał poza domem. Ekstrawertyczny, głośny, zabawowy. Mama powiedziała mi kiedyś, że dwa lata przepłakała. I w pewnym momencie przestała; uznała, że trzeba przetrwać. Ratowała ją wiara: trzeba nieść swój krzyż i tym podobne. To wszystko przekładało się na wychowanie. Całą młodość słyszałam, że nagroda za bycie dobrym nie zawsze jest już na ziemi, czasem dopiero w niebie. I że łatwiej się żyje, jak się człowiek dostosuje.

Do sytuacji?

Do zastanego porządku.

Na to wszystko nakładała się wstydliwość. Nie pamiętam z mamą żadnej rozmowy o fizjologii, o kobiecości. Jako trzynastolatka dostałam miesiączkę i nie wiedziałam na ten temat nic a nic. Kiedy zobaczyłam krew, myślałam, że umieram. Niesamowite jest to, że mieszkaliśmy w maleńkim mieszkanku, a wata i podpaski były tak świetnie pochowane, że nigdy ich nie zauważyłam. Nie widziałam też mamy nagiej. Kiedyś przyszła do nas młodsza siostra mamy, której udało się zdobyć stanik. I one we dwie, przede mną nastolatką, zamknęły się w łazience, gdzie ten stanik mierzyły.

Ponad dbanie o ciało mama stawiała wartości przypisane porządnej osobie: uczciwość i pracowitość. W domu nigdy nie usłyszałam, że jestem ładna, zgrabna. W ogóle, że jestem w czymś dobra. Przynosiłam świadectwa z czerwonym paskiem, a mama tylko wzruszała ramionami. O czym tu mówić? Renia, no to piątki. Tak miało być.

Renata Przemyk i zespół DAGADANA / Fot. Anna Powierża / materiał prasowy

A inne kobiety w rodzinie?

Babka Małgorzata, mama taty. Spójrz na to zdjęcie nad stołem: babcia jeszcze malutka, obok siedzi jej mama, siostra i na kolanach braciszek. A tu wisi zdjęcie dziadka. Powiesiłam ku przestrodze.

Przestrodze?

Babka Małgorzata była prostą kobietą, nie o wszystkim umiała opowiedzieć. Ale ja miałam kiedyś czas pytań, chciałam wiedzieć, więc drążyłam. To zdjęcie z malutką babcią jest zrobione krótki czas przed śmiercią jej mamy. Gdy dziadek owdowiał, szybko się ożenił z nową kobietą, która mu urodziła kolejne dzieci. A tę trójkę z pierwszego małżeństwa oddał na służbę. Za parobków, do obcych ludzi. Babka Małgorzata, jak tylko odrosła od ziemi – to jej słowa – wypasała gęsi. Pewnie miała 3-4 lata, nie więcej. Jak miała 10 lat, poszła w odwiedziny do ojca mieszkającego w tej samej wsi. A on do niej od progu: „Po coś przyszła? Idź mi stąd”.

Jak o tym opowiadała?

Zwyczajnie, nie roniąc jednej łzy. Do tego stopnia miała wytłumione emocje. Nie było w niej przestrzeni na użalanie się, musiała być twarda.

Opowieści babki Małgorzaty są jak wyimki „Chłopów” Reymonta i „Chłopek” Kuciel-Frydryszak. Raz do roku dostawała psi grosz, by sobie kupiła coś do ubrania. W izbie stała skrzynia, do której chowała swoje rzeczy, w tym strój paradny, na specjalne okazje. Którejś niedzieli poszła do kościoła i w tym czasie cały jej majątek, gromadzony latami, ktoś jej ukradł z tej skrzyni. Gdy miała 17 lat – zgwałcił ją gospodarz, u którego pracowała. Nawet nie miała się komu poskarżyć. Żadnych praw, ludzie byli traktowani jak zwierzęta. Różnica była taka, że oni nie kończyli w ubojni.

Potem babcia miała narzeczonego, zaszła w ciążę. Przyszła wojna, narzeczony poszedł do wojska, ślad po nim zaginął. A babcia urodziła mojego ojca, pięknego syna. Służąca z nieślubnym dzieckiem na wsi oznacza bycie w jeszcze gorszej sytuacji niż służąca bez dziecka. Kiedy miałam 20 lat, przyjechałam ze studiów do domu na weekend, a babka Małgorzata woła mnie i mówi ściszonym głosem: „Renia, powiem ci coś ważnego, wiesz, dziewczyna to ma taki swój okres”. Ja: „Wiem, babciu”. Ona: „Ty uważaj se na chłopów”. Ja: „Dobrze, babciu”.

Po ojcu swego jedynego syna babcia nie szukała miłości już nigdy więcej. Po przeprowadzce do Bielska miała kandydatów, ale to tato został mężczyzną jej życia – tym, który sprawił, że nie była sama.

Dość typowe dla kobiet z takim doświadczeniem.

Ciotka Helena wyszła za mąż za zakochanego w niej zabijakę, który już na weselu gonił ją z nożem, bo, jak śpiewało 2 plus 1: „Dziewczyna przez życie nie może iść całkiem sama”... Ale to były czasy, kiedy lepiej było pójść za łobuza, niż zostać starą panną. Moja mama też marzyła o tym, że jej jedyna córka będzie szczęśliwsza. Wiele lat zbierała dla mnie wiano: komplet pościeli i chińskie ręczniki, zdobywane po jednym. Dała mi to do pierwszego wynajętego mieszkania po studiach. I maszynę do szycia mi kupiła, łucznika w walizce, bo jak umiem szyć, to sobie w życiu poradzę.

Szczerze mówiąc, nie widziałam w okolicy szczęśliwych kobiet. Także wśród rodzin na naszym osiedlu, w dużej mierze zamieszkanym przez przesiedleńców ze wsi zalanych pod budowę zapory. Odstawałam od tego świata, byłam powodem do zmartwień. Wymyślałam jakieś domy kultury, śpiewanie, tańczenie, karate. Uspokoiło ich trochę liceum ekonomiczne i w perspektywie „czysta praca” w biurze, która była nobilitacją.

Ty nie chciałaś „czystej pracy?"

Czułam, że pójście tą drogą będzie mnie powoli zabijać, że ugrzęznę w schemacie, jak tyle kobiet wokół. Jako jedyna dziewczynka w rodzinie słyszałam non stop: bądź mądrzejsza, ustąp. Dobre i złe w jednym. Ustąp, czyli zrezygnuj, ale dlatego, że jesteś mądra. Nagroda przyjdzie po śmierci. Doszłam do wniosku, że nie chcę aż tyle czekać.

W mojej rodzinie kobiety, mówię też o sobie, pozbawione były wdzięku. Nadmierna surowość wobec siebie i odcięcie się od cielesności, rzutuje na sposób zachowania. Atrakcyjność nie daje rady przebić się przez wewnętrzne mury. Poczucie własnej wartości sprawia, że człowiek emanuje specjalną energią. Na kilku zdjęciach z wczesnej młodości mamy i z samego początku małżeństwa uśmiecha się radośnie śliczna dziewczyna. Później mama była po prostu mamą. Próbowałam z nią o tym kilka razy porozmawiać.

Udało się?

I tak, i nie. Ja nigdy nie chciałam sprawić jej przykrości. Mama od ponad 20 lat cierpi na parkinsona. Robiliśmy wszystko, co było możliwe, by zahamować rozwój choroby, ma dobrą opiekę. Ona, zawsze samodzielna i w ruchu, teraz zdana na innych i unieruchomiona. Szczęście w nieszczęściu, że nas już nie poznaje. I w tym jej świecie, mam nadzieję, jest jej lepiej. Uśmiecha się, wymawia imiona, których w rodzinie nikt nie nosi. Swoją drogą to w chorobie zobaczyłam mamę po raz pierwszy nagą. Przy myciu. Kiedy jeszcze był z nią kontakt powtarzała: „Do dupy z takim życiem". Myślę, że w głębi duszy też nie chciała czekać na nagrodę aż w niebie.

A te rozmowy?

Podejmowałam próby, kiedy sama byłam młodą matką. Tłumaczyłam mamie spokojnie, że nie byłam szczęśliwa w domu, że Klarę przytulam często i mówię, że ją kocham. Że dziecko potrzebuje bliskości. Mama w odpowiedzi patrzyła na mnie długo, jej oczy zrobiły się szkliste. Powiedziała: „Ale ja starałam się być dobrą mamą”. To ucięło dalsze wywody. Uświadomiłam sobie, że ona robiła wszystko, co mogła, najlepiej jak umiała.

A rozmowa z tatą?

Długo myślałam, że wygarnę mu kiedyś to, co mi się nie podobało, że nasze zdanie, jako dzieci, było nieważne. Że respekt był ważniejszy niż szacunek. Tyle że on okazał się być świetnym dziadkiem, wykorzystał swoją drugą szansę. Myślałam: jeszcze nie teraz, za wcześnie na rozmowę, kiedyś przyjdzie właściwy moment. A w 2005 r. ojciec wziął i mi umarł. Po jego śmierci rok byłam kompletnie rozbita. Trochę czasu musiało upłynąć, bym dojrzała do tego, że muszę to załatwić inaczej. Nie z nim, tylko ze sobą. I poczułam, że ta część procesu wybaczenia jest najistotniejsza: najpierw trzeba wybaczyć sobie. Inaczej nic z tego nie będzie. Chciałam zrozumieć, dlaczego jestem tak rozedrgana emocjonalnie, dręczy mnie chronicznie poczucie niezrozumienia, ścigam się z własnymi ambicjami, muszę być najlepsza.

Zrozumiałaś?

Zanim to nastąpiło, miałam kilka nieudanych związków. Cały czas szłam na kompromis. Kosztem siebie. Bardzo kochałam, starałam się bardzo. To też nauka, która płynęła od mojej mamy. Najgorszy miałam związek z samą sobą. Moje porządki w życiu emocjonalnym zaczęłam od tego, że nauczyłam się być sama. Doszłam do momentu, w którym uznałam, że koniec kompromisów, bo przez tyle lat starań pozacierały mi się granice między tym, kim jestem, a tym, kim ktoś inny chciałby, bym była. Zaczęłam okazywać sobie czułość, pojawił się spokój, kolory, jasność. Nerwowe odruchy zdarzały się coraz rzadziej, pięści rozluźniały się powoli. Przyszła też dobra miłość.

A Twoja córka?

W sumie to dla niej ta cała płyta. Żeby poczuła, jaka siła może płynąć z kobiecości. Z Klarą jesteśmy blisko, nie mamy tematów tabu. I od samego początku byłam zdeterminowana, by z nią rozmawiać na każdy temat. Jedynie język dopasowywałam do wieku Klary. Latami żyłyśmy tylko we dwie, więc byłyśmy nierozłączne. Zabierałam ją ze sobą wszędzie, nawet zapiętą w foteliku, jak szłam pod prysznic. Nie było problemu z nagością, akceptacją ciała, a co za tym idzie płci i seksualności. Ja w jej wieku – dziś Klara ma 21 lat – byłam drżącym niepewnym dzieciakiem, które za normę brało piątki, a za porażkę wszystko poniżej „najlepiej”. Do tego byłam chuda, nieładna, niewiele wiedząca i ogólnie nie do pokochania.

Zdumiewające. Pamiętam Twój występ w 1989 r. na Studenckim Festiwalu Piosenki w Krakowie, na scenie byłaś pewna siebie, miałaś żółtą sukienkę w czarne grochy i potężnym głosem zaśpiewałaś „Protest dance”.

Bardzo chciałam taka być. Tę sukienkę uszyłam sama. Grochy zrobiłam w ten sposób, że odrysowywałam od ówczesnej dwudziestozłotówki kółka i pędzelkiem wypełniałam ich wnętrza czarną farbą do tkanin. Chciałam być zauważona, a jednocześnie uciekałam cały czas z pola widzenia. Byłam strasznie nieśmiała, a jednocześnie marzyłam, by mój głos ktoś usłyszał. Na scenę ciągnęło mnie jak ćmę do światła. Bałam się tłumu, więc poczucie kontroli mogłam mieć, widząc go tylko z przodu przed sobą. Potem długo występowałam w czarnych sukienkach szytych własnoręcznie. Ta czerń dawała mi komfort zlewania się z kotarami, ale fason musiał być sexy, bym poczuła się w roli silnej kobiety. Postanowiłam stworzyć taką postać, jaką chcę być. Do tego glany na szeroko rozstawionych nogach, bo jest stabilnie i nie widać trzęsących się kolan. Dobrze się czułam w tej roli i jeszcze bardziej ciągnęło mnie na scenę, żeby ciągle się tak czuć. Po koncercie znikałam.

To był  przełom lat 80. i 90. Jeszcze dorabiałam szyciem. Jedna koleżanka zapłaciła mi w dolarach. Dwóch. Jeszcze kilka takich zleceń i poszłam do peweksu. Kupiłam sobie pierwsze w życiu perfumy: Le Jardin d’Amour. Używałam ich rzadko, oszczędzałam. Jakież było moje rozczarowanie, kiedy po kilku latach zmieniły zapach. Nie sądziłam, że perfumy mogą się zleżeć.

To była lekcja?

Wyciągnęłam z niej taki wniosek, że nie mogę trzymać czegoś na specjalną okazję, bo przegapię ważne momenty. Tego rodzaju lekcji odrabiałam więcej. Na trzecim roku studiów udało mi się wywalczyć w akademiku pokój jednoosobowy. Raj: mam „własny pokój”! Przez pierwszy miesiąc byłam zaaferowana urządzaniem: tu zasłonki, tam kapa, kwiatek na stole, plakat na ścianie. Kiedy zrobiłam już wszystko, co mogłam, usiadłam na brzegu łóżka i rozpłakałam się. Okazało się, że ktoś żyjący w ciasnocie z innymi całe życie nie umie się cieszyć przestrzenią. To ponoć syndrom więźniów z długimi wyrokami. Jeszcze sporo czasu upłynęło, zanim nauczyłam się nią cieszyć. Wielu innych rzeczy też musiałam się nauczyć.

Jakich?

Odebrałam surowe, niemal protestanckie wychowanie: prawdomówność, słowność, solidność. Słyszałam: „Ty to potrafisz dowalić”. A ja po prostu uczciwie mówiłam prawdę, gdy ktoś mnie pytał. Nawet przyjaciółka w gorszy dzień. Robiłam to bez wdzięku. W ten sposób pojmowałam uczciwość. To raz. A dwa: brak wiary w siebie. Skończyłam bohemistykę, obroniłam magisterkę, jeden wygrany festiwal, drugi, kolejne nagrody... A ja myślałam: „Niemożliwe, że to na stałe, to w każdej chwili może się skończyć, dziś koncert się udał, ale jutro może być do kitu”.

Jeśli wiara przenosi góry, to moje nie miały prawa drgnąć.

„Ya Honza” – Twój debiut – to był sukces.

Po wydaniu tej płyty mieszkałam jeszcze w akademiku. Nie miałam telewizora, nie było internetu, a jedyny telefon znajdował się w korytarzu. Informacje docierały z ogromnym opóźnieniem. W każdym razie nie miałam świadomości, że „Ya Honza” stała się popularna.

Opowiadasz o tym córce?

Przede wszystkim chciałam w córce zaszczepić śmiałość do życia. By miała otwartą głowę, chciała nawiązywać kontakt z ludźmi, wiedziała, jak z nimi rozmawiać. By była silna poczuciem bycia kochaną. Jestem matką wypychającą na zewnątrz. Odwrotnością kwoki. Zachęcającą: „idź, zrób, dasz radę, zaryzykuj, nie bój się. Ja będę obok”. Chciałam też być dla niej przykładem.

A konkretnie?

Uprawiamy z moim partnerem różne sporty, zwłaszcza odkąd mam endoprotezę zamiast zniszczonego biodra. Dużo czytam, chodzę po górach. Chyba dobry przykład dla córki?

Piosenki o śmierci też dla córki?

Ze śmiercią trzeba liczyć się od dziecka. Ja nie boję się śmierci. Boję się umierania, cierpienia, niemocy. Wspomniana babka Małgorzata przez ostatnie 20 lat życia w szafie trzymała wieszak z czarnym ubraniem przygotowanym do trumny. Raz na jakiś czas przypominała: „W tym chcę być pochowana”. Umarła w wieku 85 lat. Miała też odłożone pieniądze na pogrzeb. Mówiła: „Żebyście nie mieli ze mną kłopotu”.

Nikt z tym nie dyskutował. Babka z uznaniem opowiadała o sąsiedzie, który, przeczuwając, że zbliża się jego ostatni dzień, umył się, ubrał, położył i umarł. I jeszcze się wyspowiadać trzeba zdążyć. Ile by się nie nagrzeszyło.

I z córką swobodnie rozmawiacie o śmierci?

Całkiem niedawno jechałyśmy odwiedzić moją mamę i w samochodzie mówię: „Klara, jakbym do tego stopnia zachorowała, że leżę, nie wiem jak się nazywam i trzeba mnie obsługiwać, to ja już teraz deklaruję, że chcę być poddana eutanazji”. A Klara na to: „Ok”. Ja: „Jak to ok? Przynajmniej ze mną podyskutuj, potarguj się”. Klara: „No, ale przecież tego chcesz!” Ja: „Nie za szybko się zgodziłaś?”.

Triumfująca młodość?

A co robi matka dla córki na jej osiemnastkę? Funduje jej prawo jazdy. Mówię: „Córcia, poczuj ten wiatr we włosach”. Nie chcę, żeby Klara musiała czekać na swoją nagrodę w niebie. Chcę, żeby czuła się szczęśliwa tu i teraz. Żeby umiała kochać siebie i innych. Jeśli kocham siebie, to automatycznie dobrze czuję się z samą sobą. I wiem, że mogę liczyć na tę osobę, która mnie kocha. To pierwotna immunologia. W medycynie wschodu istnieje teoria, że znakomitą metodą leczenia jest podanie środków, które wzmacniają organizm w taki sposób, by on sam znalazł w sobie miejsca zapalne i je uleczył. Tak też działa miłość.

Renata Przemyk (ur. 1966) jest piosenkarką, kompozytorką i autorką tekstów. Wydała 16 płyt, w tym 11 solowych. Za płytę „Andergrant” otrzymała Nagrodę Fryderyka w kategorii Album Roku (1996). W 2009 r. nagrodzona za całokształt pracy artystycznej przez London Music Academy. Wkrótce ukaże się jej nowa płyta „Vera to ja”.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarka działów Kultura i Reportaż. Biografka Jerzego Pilcha, Danuty Szaflarskiej, Jerzego Vetulaniego. Autorka m.in. rozmowy rzeki z Wojciechem Mannem „Głos” i wyboru rozmów z ludźmi kultury „Blisko, bliżej”. W maju 2023 r. ukazała się jej książka „Kora… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 6/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Zrób, matka, z tego piosenkę