Reklama

Przeszukiwanie mroku [MATERIAŁ PROMOCYJNY]

Przeszukiwanie mroku [MATERIAŁ PROMOCYJNY]

24.05.2021
Czyta się kilka minut
Krzysztof Gierat, dyrektor Krakowskiego Festiwalu Filmowego: W tym roku na Festiwalu pojawi się wiele dokumentów śledczych. Bardziej jednak niż o odkrycie prawdy chodzi w nich o zrozumienie świata filmowanego.
„Czerwona obręcz”, reż. Joonas Berghäll, Finlandia 2021 / FOT. MATERIAŁY PRASOWE
M

MICHAŁ SOWIŃSKI: Widać pandemię w tegorocznych filmach festiwalowych?

KRZYSZTOF GIERAT: Jeszcze pół roku temu obawiałem się, że dostaniemy niemal wyłącznie filmy zrobione wśród bliskich, w zamknięciu, kręcone telefonem. I owszem, było ich sporo, ale wybieraliśmy spośród nich bardzo ostrożnie, skupiając się przede wszystkim na projektach oryginalnych i nietypowych. W konkursie krótkometrażowym mamy na przykład film „Blokada”, który opowiada o pierwszym lockdownie we Francji, ale z perspektywy ludzi bezdomnych. To sytuacja odcięcia zupełnie à rebours, bo w ich przypadku nie chodzi o dyskomfort zamknięcia, ale o trudności z wejściem gdziekolwiek. Dlatego z zazdrością, może nawet z zawiścią patrzą na ludzi, którzy na balkonach śpiewają i oklaskują medyków. Oni są całkowicie pozostawieni samym sobie. Myślę jednak, że na falę filmów o pandemii musimy jeszcze poczekać, bo dokumenty często robi się kilka lat.

Z filmów przyjętych – najciekawsze próby uchwycenia tego roku zarazy?

Podobał mi się „Koncert balkonowy” Diany i Krzysztofa Kadłubowskich. To historia mieszkańców jednej kamienicy, którzy muszą wymyślić na nowo sposób na współżycie i wzajemne kontakty. Z kolei dokument „Czerwona obręcz” Joonasa Berghälla również opowiada o chorobie, ale nie o covidzie, tylko o boreliozie. Zdaniem autora w tym przypadku również mamy do czynienia z pandemią, ale WHO i inne środowiska międzynarodowe bagatelizują problem. To bardzo intymna opowieść o rodzinnym dramacie, ale jednocześnie wykład, który ma przybliżyć ludziom specyfikę tej choroby.

Wiele filmów w tym roku stara się rozwikłać jakąś zagadkę – najczęściej mroczną, kryminalną.

To prawda, mniej mamy teraz dokumentów relacjonujących rzeczywistość „na żywo”, za to więcej filmów o dociekaniu prawdy.

Dokument śledczy to bardzo ciekawy podgatunek. Jak byś go zdefiniował?

Ostatnio wszyscy oglądaliśmy dokument braci Sekielskich, aczkolwiek ja nie przepadam za tą estetyką – sztucznym podbijaniem emocji pompatyczną muzyką i ciągłym wplataniem w opowieść scen z serwisów informacyjnych, mających atakować widza. Filmy, które nam przypadły do gustu, są raczej długą, pieczołowicie prowadzoną, czasem wręcz żmudną opowieścią, nastawioną na pomoc w zrozumieniu, co właściwie się stało. Reżyser może od początku znać odpowiedź, ale konstruuje narrację tak, żeby nas wciągnąć w historię. Nie ma tu wywiadów mikrofonowych – razem z bohaterem wchodzimy głęboko w oglądany świat. Ekipa twórców jest mało widoczna, a to duże wyzwanie. Kamera jest niewidzialna, ale jednocześnie nie ukryta jak w klasycznym dokumencie prasowym, gdzie filmuje się spod biodra albo z kieszeni płaszcza.

Jaki jest ich cel?

Bardziej niż o konkretne odkrycie prawdy – na przykład sprawcy przestępstwa – chodzi o zrozumienie świata filmowanego, maksymalne naświetlenie kontekstu.

Pojawia się w nich wiele elementów typowych dla filmów fabularnych – wyrazista muzyka, montaż, stylizacja narracji z offu.

To wszystko ma olbrzymie znaczenie – od światła, przez sekwencję scen, aż po wybór tematu. W przypadku wielu tych historii aż trudno uwierzyć, że nie mamy do czynienia z filmem fabularnym, jak choćby w „Straceńcach”, fińskiej produkcji o trójce młodych ludzi, którzy wybrali się do Tajlandii i Kambodży w poszukiwaniu taniego seksu i narkotyków. Reżyser, jednocześnie jeden z bohaterów, sam wpada w to piekło i najprawdopodobniej kończy bardzo tragicznie – być może wciąż siedzi w więzieniu. Kluczowe w dokumentach śledczych jest zdobycie zaufania środowiska, o którym się opowiada, a metody, jakimi jest to osiągane, mają drugorzędne znaczenie.

„Spacer z aniołami” Tomasza Wysokińskiego, chyba najmocniejszy obraz tej edycji festiwalu, opowiada o niemowlakach porywanych i zabijanych w slumsach Johannesburga. Reżyser wchodzi w samo serce mroku.

Często ryzykując własnym życiem. Czasem płaci za informacje parę dolarów, kiedy indziej musi głęboko zanurzyć się w ten mroczny i przerażający świat. Sam jest człowiekiem po przejściach, byłym żołnierzem, do tego bez ręki – i to właśnie jego osobowość okazuje się kluczem otwierającym kolejne poziomy opowieści.

Widz zostaje wciągnięty bez reszty w tę historię, która w sumie nie ma wyraźnej konkluzji, o szczęśliwym zakończeniu nawet nie wspominając. Zostajemy bezradni i roztrzęsieni.

To ciekawe przełamanie schematów fabularnych – przez ponad 90 minut śledzimy tę opowieść jak mroczny kryminał i w takich kategoriach ją odbieramy. Znajdzie czy nie? Żyje czy został zabity? Morderstwo czy samobójstwo? Ostatecznie jednak odpowiedzi na te pytania okazują się mniej ważne niż sama opowieść. „Spacer z aniołami” to przede wszystkim panorama społeczeństwa potwornie okaleczonego przez apartheid, po którym do dziś nie odbudowały się normalne relacje międzyludzkie. Pokazuje także ludzi opętanych ideologiami albo fanatyzmem religijnym – w tym satanizmem i szamanizmem, które mogą doprowadzać właśnie do brutalnego zabijania niemowląt. Co więcej – wiele osób mówi o tym wprost, przed kamerą, nie obawiając się konsekwencji. To pokazuje skalę patologii. Znamy suche fakty o RPA – o Mandeli, o rasizmie, o upadku brutalnego reżimu, ale trudno nam sobie wyobrazić, jak ta rzeczywistość naprawdę wygląda, szczególnie w takich miejscach, jak obrzeża wielkiej metropolii.


„Kto się boi Alice Miller?”, reż. Daniel Howald, Szwajcaria 2020 / FOT. MATERIAŁY PRASOWE

Były w tym filmie sceny, których nie dałem rady obejrzeć. Nawet nie będę ich tu przytaczał.

Tak, bo co innego wiedzieć, co innego zobaczyć.

Świat, który wyłania się z tych opowieści, jawi się jako miejsce niebezpieczne, wręcz zwyrodniałe.

To prawda, jest tak nawet w przypadku filmów kameralnych, skupionych na rodzinie, choćby w „Rentgenie rodzinnym” Iranki Firouzeh Khosrovani, gdzie piękna historia rodziców reżyserki szybko zmienia się w dramat, gdy matka staje się radykalną muzułmanką. To jednocześnie metafora drogi, jaką przeszedł Iran po kontrrewolucji ajatollahów.

Albo „Długa droga do domu” Madsena Minaxa.

Tu mamy splot kilku traum. Reżyser, który jest jednocześnie jednym z bohaterów, zmienił płeć, a pochodzi z konserwatywnej rodziny mormońskiej, więc w oczywisty sposób było to dla niego trudnym doświadczeniem. Ale, co ciekawe, to wcale nie jest główny wątek, bo przecież film opowiada przede wszystkim o jego siostrze i jej toksycznej relacji z kolejnym mężem. Jest on wręcz podejrzewany o zabicie jej maleńkiej córeczki. Śledztwo, które prowadzi reżyser, zatacza coraz szersze kręgi – wychodzą na jaw poważne problemy z alkoholem i narkotykami, a także coraz brutalniejsze akty przemocy domowej. To mroczny paradoks, bo rodzina – wydawałoby się najbezpieczniejsze miejsce dla dziecka – może okazać się największym zagrożeniem.

Aczkolwiek to jeden z niewielu obrazów, gdzie pojawia się promyk nadziei, bo reżyser odbudowuje relacje z rodzicami, przeżywa wręcz rodzaj katharsis.

Wątek śmierci dziewczynki nie zostaje rozstrzygnięty, ale pojawia się chociaż ten jeden budujący moment. To dowód, że dokumenty śledcze mogą czasem poprowadzić w zaskakujące miejsca.

Śledztwa, które prowadzą bohaterowie albo reżyserzy, często dotyczą ich własnej tożsamości – są poszukiwaniem albo próbą odzyskania własnego miejsca w świecie, na przykład w „Kto się boi Alice Miller” Daniela Howalda.

Historia zupełnie niewiarygodna – opowieść o synu znanej na całym świecie psycholożki, która w latach 70. zainicjowała na arenie międzynarodowej dyskusję o przemocy wobec dzieci, a sama ignorowała potworne rzeczy, jakich dopuszczał się jej mąż na ich własnym dziecku. Ten film pokazuje, jak bardzo praktyka może różnić się od teorii, które ktoś głosi. Niemniej Howald próbuje zrozumieć tę kobietę – odtwarza jej biografię, szczególnie wątek traumy Holokaustu. Miller była polską Żydówką, która przeszła przez piekło getta, potem związała się z dziwnym mężczyzną. Ale czy to wystarczające uzasadnienie? Na to pytanie, podobnie jak w przypadku pozostałych filmów, musimy odpowiedzieć sobie sami. ©℗

Galeria zdjęć

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Krytyk literacki, stale współpracuje z Tygodnikiem Powszechnym. Redaktor literacki Conrad Festival, doktorant na Wydziale Polonistyki UJ. Prowadzi podkast literacki „Book’s not dead”.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]