Piłkarz, który został prezydentem. George Weah stracił władzę w Liberii

Najlepszy piłkarz, jakiego wydała Afryka i pierwszy, który został przywódcą państwa. Władzę zabrali mu ci ludzie, którzy 6 lat temu uwierzyli, że czarodziej piłki dokona cudu i uczyni ich życie równie pięknym jak jego własne.
w cyklu STRONA ŚWIATA

23.11.2023

Czyta się kilka minut

Sympatyk prezydenta Liberii George'a Weah na wiecu wyborczym, Monrovia, październik 2023 r.  / Fot. JOHN WESSELS / AFP / EAST NEWS
Sympatyk prezydenta Liberii George'a Weah na wiecu wyborczym, Monrovia, październik 2023 r. / Fot. JOHN WESSELS / AFP / EAST NEWS

Ćwierć wieku temu George Weah był dla 5 milionów jego rodaków z Liberii jedynym powodem do dumy, jedyną nadzieją, pociechą. W Liberii (a także sąsiednim Sierra Leone) toczyła się wtedy krwawa i barbarzyńska wojna domowa. Wymordowano w niej co najmniej ćwierć miliona ludzi (w Sierra Leone – 100 tysięcy), milion stało się kalekami, połowa ludności stała się wojennymi uciekinierami. 

George Weah grał wtedy w Europie w piłkę nożną. Grał tak wspaniale i strzelał tyle bramek, że biły się o niego najlepsze na świecie drużyny, a w 1995 roku przyznano mu Złotą Piłkę, nagrodę dla najlepszego piłkarza na całym świecie. Ani wcześniej, ani później laur ten nie przypadł żadnemu piłkarzowi z Afryki. Owszem, z Mozambiku pochodził Eusebio (zdobywca trofeum w 1965 roku), ale grał dla Portugalii, a ojcowie Zinedine’a Zidane’a (laureata z 1998) i Karima Benzemy (laureat z zeszłego roku) urodzili się Algierczykami, ale ich synowie przyszli na świat w Marsylii i Lyonie i byli już Francuzami.

George Weah grał natomiast dla Liberii, nawet w najpodlejszych, wojennych czasach, dając nadzieję, że sukces i sen o wielkości mogą się ziścić także mieszkańcom ówczesnego „jądra ciemności”. Weah wybił się na światową wielkość i zdobył wielkie, niewyobrażalne dla rodaków bogactwo, chociaż pochodził ze slumsów Monrovii i w dzieciństwie klepał biedę jak wszyscy Liberyjczycy.

Punkty zapalne i przemilczane części świata. Reporter, pisarz i były korespondent wojenny zaprasza do autorskiego cyklu. Czytaj w każdy piątek! 

Nigdy też nie zapomniał o swoich korzeniach. Nie tylko grał dla słabiutkiej drużyny narodowej, ale z własnej kieszeni płacił kolegom z drużyny za bilety i hotele. Niewiele brakowało, a dokonałby najprawdziwszego cudu, bo kierowana przez niego drużyna (był w niej graczem, trenerem i sponsorem) była o krok od awansu do finałowego turnieju o piłkarskie mistrzostwo świata, rozgrywanego w Japonii i Korei Południowej. Na dwa mecze przed zakończeniem eliminacji Liberia sensacyjnie prowadziła w swojej grupie, choć za przeciwników miała uchodzące za najlepsze w Afryce drużyny Nigerii i Ghany. Żeby zakwalifikować się na pierwszy mundial w historii, wystarczyło wygrać z Ghaną na własnym boisku i ze słabeuszami z Sierra Leone na wyjeździe. Liberia przegrała mecz z Ghaną 1-2 i na turniej do Japonii i Korei pojechała ostatecznie Nigeria.

Kiedy skończyła się wojna, a w 2005 roku urządzono wybory, Weah, bohater ludowy, dał się przekonać, że warto spróbować sił w polityce.

Pierwsza przegrana

W tamtych wyborach mało kto dawał mu szanse. Choć ulica wynosiła go pod niebiosa, nie miał żadnego doświadczenia w politycznych intrygach. Rywale wyśmiewali się z jego nieokrzesania, wytykali brak wykształcenia (rzucił szkołę po podstawówce). Mówili, że jedyne, co potrafi, to kopać celnie piłkę, ale nawet mistrzostwo w tej sztuce nie wystarczy, by rządzić krajem. A jednak wygrał pierwszą rundę wyborów, zdobywając prawie 40 proc. głosów. Dopiero w dogrywce pokonała go pani Ellen Sirleaf-Johnson i została pierwszą w Afryce kobietą wybraną na prezydencki urząd. Odkąd skończyła się wojna, żadne prezydenckie wybory w Liberii nie skończyły się zresztą na pierwszej turze. W 2011 roku ponownie zwyciężyła Sirleaf-Johnson, zaczynając drugą i ostatnią kadencję. 

Kiedy w 2017 roku złożyła prezydenturę, George Weah ponownie wkroczył na boisko. Przejęty krytyką, zrobił wcześniej maturę, a nawet zdobył dyplom akademicki. Pierwszą rundę znów wygrał, ale tym razem nie zdobył nawet 40 proc. głosów. Znów ogłoszono dogrywkę, w której zmierzył się z dotychczasowym wiceprezydentem Josephem Boakaiem. Tym razem wygrał, i to zdecydowanie (61,5 proc. do 38,5 proc.), i został prezydentem kraju.

Druga przegrana

Stając w październiku do walki o reelekcję wierzył, że wygra. Pierwszą kadencję zepsuła mu epidemia Covid, która po epidemii Eboli za prezydentury pani Sirleaf-Johnson jeszcze bardziej spowolniła powojenną odbudowę kraju. Sprawy pogorszyła drożyzna, zwłaszcza paliw i żywności, wywołana najazdem Rosji na Ukrainę. Rządził, jak umiał. „Raczej, jak nie umiał” – szydzili jego przeciwnicy. Ale nawet oni przyznawali, że przynajmniej się starał.

Weah, dobiegający powoli do sześćdziesiątki, wierzył jednak, że wciąż ma kredyt zaufania i dług wdzięczności u rodaków, i nie wyobrażał sobie, by mógł przegrać z prawie 80-letnim Boakaiem. Tłumaczył rodakom, że potrzebuje więcej czasu, by spełnić obietnice złożone, gdy ubiegał się o pierwszą kadencję. Boakai powtarzał zaś, że zgłosił się do wyborów głównie po to, by Weah takiej szansy nie dostał, a Liberia mogła zakończyć rządy marnego władcy.

Przeciwnicy atlety wytykali mu, że pod jego panowaniem bieda i korupcja w Liberii wcale nie zmalały, za to ogromnie wzrosło bezrobocie, zwłaszcza wśród młodzieży, stanowiącej dwie trzecie ludności kraju (stara Europa nie potrafi sobie pewnie już tego przypomnieć ani wyobrazić). Najboleśniejsze rozczarowanie prezydentem-atletą przeżyli ci, którzy z jego nastaniem wiązali największe nadzieje na cud.

W pierwszej rundzie Weah jeszcze minimalnie wygrał: o 0,4 punktu procentowego. W drugiej turze triumfował już (też z niewielką przewagą) Boakai. W styczniu George Weah, którego w latach piłkarskiej kariery nazywano „Królem Lwem”, przestanie być prezydentem.

Polityczne fair play

Trzeba mu jednak przyznać, że przegrał pięknie i z godnością. Nie podliczono jeszcze wszystkich głosów, a Weah zadzwonił do Boakaia, żeby pogratulować mu wygranej. Za ten pośpiech partyjni koledzy, z Jeffersonem Koijee, sekretarzem generalnym partii i jednocześnie burmistrzem Monrovii na czele, urządzili ekspiłkarzowi karczemną awanturę. Powiedzieli, że się na nim bardzo zawiedli, że nie wolno przyznać się do porażki, zanim nie zostanie ogłoszony końcowy wynik, że trzeba było zaskarżyć wyborczy proces, biadać, że się zostało oszukanym, że przynajmniej trzeba się było targować, wymusić jakieś ustępstwa. A przede wszystkim ich, partyjnych towarzyszy, uprzedzić, co zamierza, może by go jeszcze od tego odwiedli.

Ale Weah nikogo nie uprzedzał, nikogo nie prosił o podpowiedź. „Skoro mój rywal miał nade mną przewagę 28 434 głosów, a do obliczenia zostało już ich tylko 10 440, uznałem, że nie mam szans na wygraną – odparł Weah. – Mówiłem wam nie raz, że nie jestem politykiem, lecz zarządcą. Gdybym był politykiem, już byśmy się nawzajem zabijali. Nie jestem prezydentem, który będzie się trzymał władzy za wszelką cenę, nawet jeśli miałaby nią być śmierć innych ludzi. Tu nie idzie o mnie, ale o Liberię. To dlatego zadzwoniłem do Boakaia i pogratulowałem mu wygranej”.

„Przegraliśmy wybory, ale Liberia wygrała – powiedział w orędziu radiowym wkrótce po telefonie do rywala. – Lud Liberii przemówił, a myśmy usłyszeli jego głos. Bierzcie ze mnie przykład i pogódźcie się z wynikiem wyborów. Ale fakt, że różnica między nami była tak niewielka, pokazuje, jak głębokie są w naszym kraju podziały. Musimy teraz zrobić wszystko, by tę dzielącą nas przepaść zakopać i znów żyć w zgodzie”.

Do trzech razy sztuka?

W Afryce – o której mówi się, że demokracja jest tam w odwrocie, zwłaszcza w jej zachodniej części, gdzie coraz częściej dochodzi do wojskowych przewrotów, a każde wybory zaskarżane są w sądach, co podważa ich wiarygodność i późniejszą prawowitość rządów – postawę George’a Weah i jego mowę pożegnalną uznano za zdarzenia wyjątkowe i godne naśladowania. 

„A cóż to za niespodzianka? I skąd to zdumienie? – powiedział w rozmowie z dziennikarzem BBC Sekou Kalasco Jomanday, jeden z zauszników pokonanego prezydenta. – George Weah zawsze taki był, zawsze uważał, że trzeba się liczyć z wolą ludu i zawsze będzie ją szanował”. A inny ze współpracowników zwrócił uwagę na to, że przegrane przez prezydenta wybory były uczciwe i wolne, a za jego panowania nie osadzono w więzieniu żadnego z jego politycznych przeciwników ani krytycznych wobec niego dziennikarzy. „Wprost przeciwnie – dodał. – Prześcigali się w krytykowaniu wszystkiego, co robił”.

JAGIELSKI STORY #9 | Dżihad w Afryce. Jak działa Państwo Islamskie na Sahelu?

Porwania, partyzantka i ściągania podatków. Rozmaite grupy dżihadystów w pasie Sahelu potrafią być silniejsze i lepiej zorganizowane niż rządowe armie Mali, Burkina Faso czy Nigru. Pokonać ich nie udało się nawet żołnierzom z Francji, przysłanym tu po wojnie w Libii. Jak powstały te ugrupowania? Na czym opiera się ich siła? Skąd czerpią rekrutów? Dlaczego są tak skuteczne? I dlaczego Europa coraz mocniej przed nimi ustępuje? Na podkast zapraszają: Wojciech Jagielski i Krzysztof Story

„Nasz czas znów nadejdzie” – powiedział na pożegnanie George Weah i ogłosił, że w 2029 roku znów stanie do wyborów. Będzie miał wtedy 63 lata (prezydent Boakai, jeśli zechce walczyć o reelekcję, będzie ich miał już 84), a przez 6 lat wyrośnie w Liberii nowe pokolenie wyborców, którzy nie będą już pamiętać koszmaru wojny domowej, ale także tego, jak ich rodak, „Król Lew z Liberii”, strzelał bramki w Monaco, Paryżu, Marsylii, Londynie i Mediolanie.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Reporter, pisarz, były korespondent wojenny. Specjalista od spraw Afryki, Kaukazu i Azji Środkowej. Ponad 20 lat pracował w GW, przez dziesięć - w PAP. Razem z wybitnym fotografem Krzysztofem Millerem tworzyli tandem reporterski, jeżdżąc wiele lat w rejony… więcej