„Nie będę już pisał o papieżu”. Ostatni wywiad słynnego watykanisty

Luigi Accattoli, były watykanista „Corriere della Sera”, komentator pięciu kolejnych pontyfikatów dla największych tytułów włoskich i zagranicznych, odchodzi z zawodu. Nam udzielił ostatniego wywiadu.

11.12.2023

Czyta się kilka minut

Luigi Accattoli z Franciszkiem w Domu św. Marty, Watykan, wrzesień 2014 r. / ARCHIWUM LUIGIEGO ACCATTOLEGO
Luigi Accattoli z Franciszkiem w Domu św. Marty, Watykan, wrzesień 2014 r. / ARCHIWUM LUIGIEGO ACCATTOLEGO

Edward Augustyn: Twoja decyzja zaskoczyła wiele osób. Po 50 latach postanowiłeś skończyć z Watykanem. Masz dość?

Luigi Accattoli: Dzisiaj skończyłem 80 lat i doszedłem do wniosku, że już wystarczy. To było nawet więcej niż 50 lat. Pracę dla ogólnowłoskich dzienników i tygodników zacząłem co prawda w 1976 r., ale wcześniej, przez prawie 10 lat, pisałem dla prasy studenckiej, jako członek FUCI (Federacja Włoskich Studentów Katolickich). 

Ale nie, nie mam dość. To wprawdzie męczący zawód, bo trzeba bez przerwy czytać nowe dokumenty, śledzić bieżące wydarzenia, chodzić na spotkania i konferencje prasowe, analizować kolejne decyzje papieża, nowe nominacje… ale lubiłem tę pracę. Odchodzę nie dlatego, że jestem zmęczony i nie mam sił. Po prostu nie chcę już tego robić. 

Może po prostu masz dość tego, co dzieje się w Watykanie?

Nie, nigdy do głowy mi nie przyszło, żeby odejść z tej pracy, bo się z czymś nie zgadzam. To absolutnie nie jest powód. Wciąż jestem za papieżem Franciszkiem. Uważam, że jego wrogowie są niesprawiedliwi, że to po prostu bunt przeciwko nowościom, które on wprowadza. Instynkt, stary jak świat. A watykański świat szczególnie nie lubi nowości. Franciszek zmienia wiele, dlatego go kontestują. 

To dobre zmiany?

Uważam, że konieczne. Dlatego popieram Franciszka. Ale rozumiem, że sytuacja jest poważna i niektórzy mają powody, by się przed nimi bronić. Każda zmiana jest przecież wyrazem dezaprobaty dla tego, co było.

Więc nie uważasz, że papież Franciszek niszczy Kościół?

Nie, absolutnie nie. Myślę, że robi wszystko, by go uratować, ocalić jego misję w naszych czasach. Być może niektóre jego decyzje były wątpliwe, może nawet błędne, ale papież nie jest nieomylny w podejmowaniu decyzji. Nie chodzi o to, by uważać, że zawsze ma rację, ale nie ma też powodu, by mówić, że jest niegodny, niebezpieczny, heretycki. To histeryczne reakcje tych, którzy nie chcą zmian.

Może niszczy papiestwo? Przynajmniej takie, jakie znamy?

Nie niszczy, choć je zmienia. Zmienił sposób wykonywania urzędu papieskiego, jego funkcjonowanie, język. Ale przecież te najważniejsze funkcje papiestwa się nie zmieniły. 

Czyli jakie?

Nie zarzucił nadrzędnej roli biskupa Rzymu wobec wspólnoty Kościołów lokalnych. Dalej podejmuje najważniejsze decyzje wobec tych Kościołów, mianuje biskupów, kardynałów, nie zaniechał zarządzania Kościołem poprzez rzymskie kongregacje. Nie ma powodów, by mówić, że niszczy papiestwo. Ale realizuje je w nowy sposób.

Papież też ma wkrótce urodziny. Kończy 87 lat. Myślisz że pójdzie za Twoim przykładem i też zrezygnuje?

Ha ha! Na pewno jeszcze nie teraz! Choć uważam, że zrezygnuje, tylko nie mam pojęcia, kiedy. Raczej nieprędko. Wiele razy powtarzał, że jak zabraknie mu sił niezbędnych do pełnienia funkcji, pójdzie za przykładem Benedykta. 

Ty już po śmierci Jana Pawła II mówiłeś, że papieże powinni podawać się do dymisji.

Uważałem, że byłoby to właściwe, gdy nie mają już siły i zdrowia. Ale widziałem, że nie mają na to odwagi. Benedykt XVI miał. To uważam za rzecz najbardziej zaskakującą i nieoczekiwaną w całej mojej karierze watykanisty. Nie wierzyłem, że ktoś odważy się to zrobić.

Franciszek ma coraz mniej sił.

Ostatnio rzeczywiście był bardzo słaby, musiał zrezygnować z kilku wystąpień, odwołać podróż. Można sobie wyobrazić, że zdrowie zmusi go do jeszcze większych poświęceń. A jeśli tak będzie, to sądzę, że dochowa obietnicy, którą złożył, i poda się do dymisji. Myślę, że powinniśmy te słowa traktować poważnie.

Wróćmy do Twojej decyzji. Dlaczego nie chcesz już pisać o Franciszku?

Nie chodzi o to, że nie chcę o nim pisać. Ani nie miałbym nic przeciwko temu, żeby obserwować ten konflikt, który widzimy w Watykanie. Podjąłem taką decyzję, bo chcę być wreszcie wolny. Chcę poświęcić się temu, co najważniejsze.

Czyli?

Rodzinie, Biblii i gimnastyce.

Zacznijmy od tego ostatniego. Bo to dość zaskakujące. 

Starość to przedsięwzięcie sportowe. Trzeba się do niej dobrze przygotować. Prowadziłem siedzący tryb życia, a bardzo lubię spacerować, jeździć rowerem, chodzić po górach, pływać. Tyle że mając pięcioro dzieci i tak wymagającą pracę, nie mogłem sobie na to pozwolić. Teraz chcę poświęcić na to więcej czasu, choć w wieku 80 lat wszystko jest coraz trudniejsze. Ale codziennie rano poświęcam 45 minut na jazdę na rowerze stacjonarnym, zaraz po obudzeniu się. Chodzę na długie spacery, przynajmniej kilka razy w tygodniu. Starzeć się zdrowo to jest wyczyn. Chcę tego dokonać. 

Starzenie się pogarsza wszystkie sprawności, potrzebuję więc więcej czasu na czytanie, pisanie i studiowanie Biblii, które traktuję teraz jako moje priorytetowe zadanie.

Wszyscy znają Cię jako watykanistę, a mało kto wie, że jesteś też świetnym biblistą. 

Nie uważam się za biblistę. Jestem zwykłym chrześcijaninem, który zna swoje zadanie. Sobór Watykański II powiedział rzecz może najważniejszą, w konstytucji „Dei verbum”, że wszyscy chrześcijanie muszą być zaangażowani, na miarę możliwości, w osobistą lekturę tekstów biblijnych. Ja to wziąłem na poważnie.

Od dwudziestu lat prowadzisz spotkania biblijne pod nazwą „Pizza i ewangelia”. Skąd ten pomysł?

Zaczęło się od rodziny. Mam pięcioro dzieci i widziałem, że niewiele wynoszą z katechezy parafialnej. Porzucili praktyki religijne. Póki byli w domu, jeszcze chodzili do kościoła, potem dorośli, weszli w nowe środowiska, nowe związki, odeszli od Kościoła. 

Wpadłem na pomysł, by pokazać na nowo Jezusa, ale nie tak, jak w katechezie parafialnej. Zaczęliśmy organizować spotkania biblijne przy pizzy. Dla moich dzieci, ich partnerów i przyjaciół. Potem synowie się pożenili, córka wyszła za mąż, mieli swoje dzieci i coraz mniej czasu, więc grupa się zmieniła i zróżnicowała. Do 2019 r. spotykaliśmy się u mnie w domu, potem przyszła pandemia i przenieśliśmy się do Zooma, co dało nam jeszcze więcej możliwości.

Luigi Accattoli podczas spotkania "Pizza e Vangelo", 11 grudnia 2023 r. / zrzut ekranu

Gdy zaprosiłeś mnie do domu pierwszy raz na „pizzę i ewangelię”, spodziewałem się, że to będzie tzw. dzielenie się Pismem Świętym. Tymczasem to był czysty wykład, z mapą Palestyny, projekcją slajdów, bez jakiejkolwiek modlitwy. 

Od samego początku uczestniczyli w spotkaniach ludzie, którzy deklarowali się jako niewierzący. Chciałem im pokazać Jezusa, jakiego nie mogli poznać gdzie indziej. Nie traktowałem tych spotkań jako studium biblijnego czy tym bardziej lectio divina. To nie miał być akt religijny, raczej spotkanie z kulturą. Myślę, że udało mi się pomóc ludziom, którzy tak jak ja kiedyś byli zniechęceni językiem specjalistów od Biblii – profesorów i księży, zbyt wykształconych, by mówić normalnym językiem. Ja jestem dziennikarzem, więc mogę posługiwać się językiem prostym i zrozumiałym.

Wiem, że masz ogromną wiedzę. 

Kiedy byłem młody, mieliśmy w stowarzyszeniu studentów katolickich tygodnie biblijne. Studium biblijne stało się moją pasją. Postanowiłem przeczytać całą Biblię, robiłem to przez lata, bo chciałem ją też zrozumieć, czytałem więc komentarze biblijne i podręczniki.  

Gdy zacząłem prowadzić spotkania „Pizza i ewangelia”, regularnie co dwa tygodnie, do każdego staram się dobrze przygotować. Przed każdym wykładem czytam ok. dziesięciu książek z komentarzami biblijnymi do fragmentu, który zamierzam omawiać. 

Często odwołujesz się do greckich oryginałów. Jesteś z wykształcenia filologiem klasycznym? 

Nie. Studiowałem literaturę współczesną, nie starożytną. Ale byłem w liceum klasycznym, więc uczyłem się greki. Nigdy natomiast nie uczyłem się hebrajskiego. Trochę mi z tego powodu przykro, ale już za późno, to zbyt trudny język.

Grekę czytam w wydaniach uproszczonych, interlinearnych, gdzie obok greckiego tekstu jest jego tłumaczenie. Sięgam po nie, gdy wiem z komentarzy biblijnych, że chodzi o szczególne znaczenie jakiegoś słowa. 

Kim są ludzie, którzy uczestniczą w spotkaniach? 

To bardzo różnorodne towarzystwo. Większość to oczywiście Włosi, poza tobą i jednym Niemcem z Drezna. To ludzie, którzy mnie poznali w różny sposób – czytając to, co pisałem, uczestnicząc w moich konferencjach we Włoszech czy za granicą. Znajomi z czasów studenckich, z redakcji, w których pracowałem. Wszystkim proponuję udział. Mówię: może byś zechciał, może by ci się spodobało… Rekrutuję uczestników w rodzinie i w mojej rzymskiej parafii, gdzie jestem koordynatorem działalności kulturalnej. Na spotkania w mieszkaniu przychodziło kilkanaście osób, teraz jest nas około czterdziestki. Zoom poszerzył grono odbiorców.

Zamierzasz omówić cały Nowy Testament?

Przynajmniej ewangelie i Dzieje Apostolskie. Ale to bardzo długi proces. Zaczęliśmy od Ewangelii Łukasza, potem Dzieje Apostolskie, ponieważ są tego samego autora, nawet jeśli on nie miał na imię Łukasz, bo chyba nie wiemy, kto był tym autorem Ewangelii i Dziejów, ale na pewno była to ta sama osoba. Więc czytaliśmy Dzieje Apostolskie jako kontynuację tej Ewangelii. Teraz omawiamy Ewangelię Marka, gdy ją skończymy, przejdziemy do Mateusza, a potem do Jana. Ewangelię Jana zostawiam na koniec, bo jest trudniejsza, bardziej złożona. 

Mówisz, że chodzi o inne pokazanie Jezusa. Na czym to polega?

Chcę pokazać jego osobę i nauczanie w żywy sposób. To, co zwykle słyszymy o Jezusie i Ewangeliach, jest przykryte pyłem przyzwyczajenia. W mówieniu o nim, i w słuchaniu, jest zbyt wiele nawyku. Ewangelia wydaje się nie mieć żadnej siły witalnej. Weźmy fragment, który będziemy omawiać w najbliższy poniedziałek. Jezus mówi: „Daj Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga”. Słyszeliśmy to tysiąc razy, nie czując, jaki jest w tych słowach ogień. To zdanie genialne, oryginalne, o głębokim znaczeniu. Będę starał się to pokazać i uwypuklić. Ale nie jak profesor, tylko jak dziennikarz. Tak, żeby każdy zrozumiał i pojął to, co najistotniejsze. To mój najważniejszy cel. 

Luigi Accattoli / Fot. archiwum prywatne

Luigi Accattoli (ur. 1943 r.) – najbardziej znany włoski watykanista, pracujący dla największych dzienników: „Repubbliki” (od jej pierwszego numeru w 1976 r.) i „Corriere della Sera” (od 1981 r. do 2008 r.). Po przejściu na emeryturę komentował życie Watykanu w tygodnikach włoskich i zagranicznych. Wielokrotnie publikował także w „Tygodniku Powszechnym”. Autor wielu książek o tematyce watykańskiej i religijnej oraz internetowego bloga (https://www.luigiaccattoli.it/blog).

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarz „Tygodnika Powszechnego”, akredytowany przy Sala Stampa Stolicy Apostolskiej. Absolwent teatrologii UJ, studiował też historię i kulturę Włoch w ramach stypendium  konsorcjum ICoN, zrzeszającego największe włoskie uniwersytety. Autor i… więcej