Reklama

Na śmierć konserwatysty

Na śmierć konserwatysty

03.02.2020
Czyta się kilka minut
Głosił potrzebę odnowienia idei wspólnoty zgodnie z naturą, w odwiecznym rytmie płodzenia, podtrzymywania życia i umierania. Podkreślał rolę przeżycia duchowego w kształtowaniu postaw ekologicznych. Czy ktoś widział taką prawicę u nas?
Roger Scruton na swojej farmie Sunday Hill, Wiltshire, luty 2011 r. MIKE GOLDWATER / ALAMY / BEW
W

W marcu ubiegłego roku uczniowie pewnej szkoły podstawowej pojechali na wycieczkę do Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu. Wśród rozlicznych celów tej edukacyjnej wyprawy wymieniano między innymi uzmysłowienie niszczącej siły totalitaryzmu oraz budowanie sprzeciwu wobec wszelkich przejawów nienawiści. Krótką wzmiankę w szkolnej witrynie internetowej opatrzono następującym mottem: „Aby zło zatriumfowało, wystarczy, by dobry człowiek niczego nie robił”.

Sześć lat temu wysoko postawiony działacz pewnej skrajnie prawicowej partii opublikował w sieci coś w rodzaju manifestu, argumentując, dlaczego warto angażować się w politykę. W tekście wspomina o naszych „trupach teatralnych wyjeżdżających na komediowe występy do Brukseli”, o antypolskim lewactwie spod znaku dewiacji i hordach pachołków Platformy Obywatelskiej. Redakcja portalu zamieściła w leadzie cytat, który...

16985

Dodaj komentarz

Chcesz czytać więcej?

Wykup dostęp »

Załóż bezpłatne konto i zaloguj się, a będziesz mógł za darmo czytać 6 tekstów miesięcznie! 

Wybierz dogodną opcję dostępu płatnego – abonament miesięczny, roczny lub płatność za pojedynczy artykuł.

Tygodnik Powszechny - weź, czytaj!

Więcej informacji: najczęściej zadawane pytania »

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Hołd godny tego wybitnego człowieka. Dodałbym, że Scruton był jednym z niewielu, którzy wierzą dziś w wychowanie estetyczne, czyli w polityczną funkcję sztuki (jak Platon, Schiller, Matthew Arnold, Wagner). Radził unikać dwóch skrajności, które są ucieczką od świata: narcystycznego sentymentalizmu oraz biologicznego trybalizmu (do którego, jego zdaniem, sprowadza się anty-etos muzyki pop, ale także, horribile dictu, pseudo-etos muzyki... H.M. Góreckiego). W swej krytyce grzeszył czasem pogardliwym tonem, który jest największą skazą jego książek. Ale poza tym zachowywał rzadko dziś spotykaną trzeźwość umysłu: bronił "realizmu", bo tylko na realnym gruncie może zrodzić się podmiotowość i wzrastać owo Burke'owskie poczucie odpowiedzialności i ciągłości międzypokoleniowej. Nie miał ciągot do odbudowywania czy ratowania teologicznego gmachu chrześcijaństwa, ale zachowywał dla niego (jak Wagner) szacunek. Był kantystą, uważał, że należy żyć tak, jak gdyby Bóg/bogowie istnieli, czyli zawieszał sąd poznawczy w tej kwestii: "W rezultacie to bogowie potrzebują od nas swego zbawienia. Dawna hierarchia teologii zostaje odwrócona" (to też a propos Wagnera). Dlatego należy do nas wszystkich, jak Burke.

Cóż, jeśli chodzi o dobra duchowe, trudno kogokolwiek wykluczyć z kręgu spadkobierców i może nie całkiem słusznie drwił Andrzej Dobosz z Klubu Polskiej Racji Stanu im. C.K. Norwida, który to Klub ze względu na tworzące go osoby winien był mieć za patronkę Wandę Wasilewską. Ale Norwid, tak jak Burke, żył dość dawno temu, i nie sposób jednoznacznie rozstrzygnąć, z kim sympatyzowałby w latach 90. XX wieku. W przeciwieństwie do Scrutona, który niespełna dwa lata temu publicznie podkreślał swoją długoletnią przyjaźń z Viktorem Orbanem oraz utrzymywał, że "wśród budapesztańskiej inteligencji jest wielu Żydów, będących częścią rozległej sieci wokół imperium Sorosa". Są dwie możliwości: albo był już wtedy skretyniałym dziadkiem, nie mającym intelektualnie i moralnie nic wspólnego z podziwianym przez red. Kozińską autorem (i wtedy można nawet żałować, że musieliśmy być świadkami jego degrengolady), albo jego literacki talent, klarowność myśli i subtelna zażyłość z dziełami Wagnera, Burke'a itp. wiążą się albo przynajmniej nie są sprzeczne z owymi niepojętymi sympatiami i antypatiami. Pani redaktor obiera trzecią drogę, "patronizuje" Scrutona, tu go chwaląc, tam korygując, gdzie indziej karcąc, ale pobłażliwie. I oczywiście ma do tego prawo, jak i do przekonania, że dowartościowuje sir Rogera zarówno swoim inteligentnym uznaniem, jak i inteligentną krytyką, podczas gdy R. Legutko tylko robi mu obciach. Jak się rzekło, trudno kogokolwiek wykluczyć z kręgu spadkobierców, ale też trudno tego zabraniać.

Dla równowagi, po tej elegii, opinia prof. Jonathana Portesa, ekonomisty z King's Collage w Londynie opublikowana na łamach Guardiana. www.theguardian.com/commentisfree/2020/jan/17/roger-scruton-conservatism-bigotry-anti-immigrant

Można z tego samego Guardiana dorzucić równie surową opinię stałego felietonisty (https://www.theguardian.com/commentisfree/2020/jan/18/the-uncomfortable-truths-about-roger-scruton-conservatism). Ciekawe jednak jest nie to, że te eulogia i elegie piszą konserwatyści, ale że występują z nimi przedstawiciele strony przeciwnej, czego przykładem jest ten artykuł w Tygodniku. Nieco światła rzuca trzeci tekst z Guardiana, redakcyjny nekrolog pod znamiennym tytułem: "Roger Scruton: a brilliant philosopher and self-conscious controversialist" (https://www.theguardian.com/books/2020/jan/14/roger-scruton-brilliant-philosopher-self-conscious-controversialist). Wprawdzie sam tytuł można rozumieć także negatywnie, ale w treści jest to coś zbliżonego do stanowiska red. Kozińskiej. Można pytać, czy gdyby nie znał się tak na muzyce i pisał nie tak piękną angielszczyzną, to jego poglądy polityczne uznano by za równie wybaczalną ekstrawagancję osoby z tzw. towarzystwa, ale to inna sprawa. I nie ograniczająca się do polityki, ale na przykład dotycząca spraw obyczajowo-kryminalnych. W absolutnej konsekwencji moralnej jest coś nieludzkiego. Nie wykluczam, że boskiego, ale nie byłbym pewien.

Z tezami Johnathana Portesa trudno dyskutować, bo oznacza to przeprowadzanie niemożliwego dowodu, że Roger Scruton jednak nie był wielbłądem. Jesteśmy naprawdę w b. trudnym położeniu, skoro do takiego stopnia można bezkarnie przeinaczyć wszystko, sprowadzając całą debatę do banałów tak płaskich, że aż trudno w ogóle zrozumieć, o co tyle hałasu wokół Scrutona. Kiedy się obudzimy? Kiedy zaczniemy czytać ze zrozumieniem? Kiedy zaczniemy polemizować w sposób adekwatny do tez naszych rzekomych adewrsarzy? Horror, horror...

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]