Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Mistrz ze Sztokholmu

Mistrz ze Sztokholmu

21.12.2003
Czyta się kilka minut
Jest nadwornym grawerem Jego Królewskiej Mości, wykonał ponad tysiąc znaczków, które naklejano na listy na całym świecie. Jeden z ostatnich mistrzów stalorytu to Polak, od pół wieku mieszkający w Szwecji.
-

- Czesław Słania? Oczywiście, że wiem, kto to - mówi Walter, imigrant z Boliwii, który prowadzi sklepik ze znaczkami w Göteborgu. - Filateliści mówią, że nie ma już uczniów tego kunsztu - zamyśla się. - Wszyscy wysyłają maile, nikt już nie potrzebuje znaczków...

Słania to grawer z największym dorobkiem na świecie. Bez przesady: jego znaczki wydawano na wszystkich kontynentach, w 40 krajach.

W Szwecji żyje prawie 50 lat. Mieszka samotnie w Sztokholmie przy Furusundsgatan, w dwóch pokojach pełnych pamiątek z różnych zakątków świata. I znaczków. Na biurku duża makieta znaczka z napisem “Fřroyar, 25 koron". Obok stalowa płytka z siateczką linii, negatywem sceny ludowego tańca. Mistrz tłumaczy, że będzie to bloczek z napisem “setny znaczek Czesława Słani dla Wysp Owczych". Po pokoju kica rudy króliczek. - To prezent od rodziny, weselej mi z nim - mówi Słania, biorąc go na ręce. I zaczyna opowieść.

W czapce leśnika

Urodził się w 1921 r. pod Dąbrową Górniczą. Gdy miał sześć lat, przenieśli się do Osmolic na Lubelszczyznę, w rodzinne strony matki. - Miałem brulion, w którym rysowałem portrety. Żebym ja to był zachował... - wzdycha Słania. W tym brulionie narysował kiedyś pożar, który wybuchł w wiosce.

Ale marzył nie o byciu artystą, lecz leśnikiem. Tymczasem gdy kończył 18 lat, wybuchła wojna. Pracował jako księgowy, grywał na wiejskich weselach - i walczył: był oficerem Armii Ludowej. W czasie okupacji złapał ciężkie przeziębienie, które rozwinęło się w gruźlicę. Choroba miała wpłynąć na jego dalsze losy.

- Po wojnie zdałem egzaminy na Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie. Miałem czapkę gajowego i w tej czapce chodziłem do końca studiów - wspomina. Dał się poznać profesorowi Witoldowi Chomiczowi, malarzowi i grafikowi. - Do Chomicza zwrócił się profesor z Akademii Medycznej, który pisał podręcznik anatomii - mówi Słania. - Ja to miałem ilustrować, siedem tomów.

Kiedy po pierwszym roku na ASP Słania postanowił przenieść się na leśnictwo, Chomicz mu zabronił: “Takich leśników jak pan będzie masa, a pan potrafi coś, co umie niewielu", powiedział.

Słania odkrył, że jego pasją będzie grawerowanie w metalu. Kiedyś, gdy podczas wykładu o dawnych miedziorytach studenci zachwycali się Dürerem, profesor orzekł: “Słania do tego dojdzie". Jako pracę dyplomową wykonywał staloryt według “Bitwy pod Grunwaldem" Matejki; pracował nad tym dwa lata. Studia skończył jako jeden z trzech wyróżnionych, razem z Danielem Mrozem, ilustratorem “Przekroju", i scenografem Józefem Szajną.

Pracę zaczął już na studiach, w 1950 r. - Na praktykę skierowali mnie do krakowskiej filii Wytwórni Papierów Wartościowych - mówi. - I od razu wzięli do precyzji, do znaczków. Przyjechał inspektor z Łodzi. Popatrzył i z miejsca dał mu angaż. Słania pół tygodnia studiował więc w Krakowie, a na drugie pół jechał do pracy do Warszawy.

W Wytwórni pracował sześć lat. Potem przypomina o sobie gruźlica. Był rok 1956. - Musiałem się leczyć - wspomina - a wierzono wtedy, że za granicą leczą lepiej. Była akurat organizowana pierwsza wycieczka pracownicza do Szwecji. Tam poszedłem na badania. I zostałem. Okazało się, że z tej wycieczki zostało nas sześciu, a jeden o drugim nie wiedział.

Jedno z płuc było wielką raną; zastanawiano się nad wycięciem go. Po pół roku kuracji z operacji zrezygnowano. - Służył mi klimat i dobrzy lekarze - mówi Słania. Ale Szwedzi przez trzy lata nie chcieli przyjąć go do pracy. - Bali się szpiegów, dopiero gdy mnie dobrze prześwietlili, dostałem posadę - opowiada. Posypały się pierwsze zamówienia.

Dziś Słania przyznaje, że razem z kolegą, z którym wówczas mieszkał, planowali codziennie, że kupią jeszcze tylko pół kilo cukru, nie więcej, “bo już wracają". - I tak wracaliśmy, do dziś... - wzdycha. - Dopiero później, jak już można było przyjeżdżać do Polski, jeździłem często.

Bo swój warsztat, czyli płytkę, rylec i szkło powiększające może, jak mówi, wziąć do kieszeni i pracować wszędzie. Pokazuje szkło, którym posługuje się od początku: to gruba soczewka w metalowej oprawie. Z jednej strony oprawa przetarta jest na wylot, od trzymania kciukiem. - Pracowałem w hotelach, pod namiotem - wylicza. - Kiedy zamordowano premiera Olofa Palme, byłem w Paryżu, a tu telefon: wracaj, trzeba robić znaczek. Musiał być gotowy w cztery dni. Pracowałem więc cztery dni i noce. Czasami przespałem z 10 minut. I zrobiłem dwa znaczki.

80 punktów na milimetr

Jak się robi znaczki? - A po co to panu? - odpowiada przekornie Słania. - Jak pan się raz nauczy, trzeba już będzie to robić...

Jest więc tak: poczta z chyba każdego kraju świata ma swoją komisję artystyczną, która wybiera projekty. Następnie, patrząc na niego, grawer tworzy w oryginalnej skali obraz, na który składają się kreseczki: krótkie, długie, grubsze, cieńsze. Tło tworzy się z kwadracików. Na milimetr kwadratowy może ich być osiemdziesiąt, głębokich nawet na osiem tysięcznych milimetra. Te wymiary powstają w rękach Słani pod rylcem, który nie wygląda na precyzyjne narzędzie: przyrządy są takie, jak 300 lat temu.

W Szwecji, USA, Danii czy w Polsce działają kluby kolekcjonerów znaczków Słani. W internecie można znaleźć kilkanaście stron jemu poświęconych, w tym drobiazgowy katalog www.slaniastamps.school.dk.

- To jeden z tych współczesnych grawerów, który osiągnął w swej sztuce najwyższe mistrzostwo - mówi Ann Mette Heindorff z Danii, która stworzyła ten katalog, członek “Czesław Słania Study Group". - Nie tylko ze względu na swoje wyśmienite dłuto, które tworzy cudowne portrety i bogate w detale krajobrazy, ale i dlatego, że jego sztuka jest “dla ludzi".

Słania, zapytany o tajemnice zawodowe, zamyśla się: - Czy ja wiem, czy mam jakieś? Trzeba mieć dobre podstawy, później można sobie być Picassem. Poza tym lubię tę pracę. Gdyby nie to, trudno byłoby pracować po nawet 18 godzin dziennie.

Bywa, że dzwoni telefon z drukarni, iż matryca źle drukuje, że trzeba pogłębić kreski. Czasem Słania odpowiada, że wystarczy zmienić papier. I rzeczywiście, na wskazanym przez mistrza gatunku papieru znaczek odbija się perfekcyjnie. Precyzja zaczyna się już przy wyborze zdjęcia-modelu. Szukając projektu znaczka z okazji zaręczyn obecnego króla Karola XVI Gustawa z Niemką Silvią Sommerlath, odrzucił 50 zdjęć nadwornego fotografa.

Słania uważa, że spośród ponad tysiąca jego znaczków jedynie kilka było bardzo trudnych. A praca nad detalami to wyzwanie. Za jedno z najlepszych swych dzieł grawerskich uważa portret matki Józefy, wykonany na jej 95. urodziny: na odbitce widać zmarszczki kobiety, sploty jej koronkowego swetra. Na podstawie tego stalorytu Słania zrobił prywatny “znaczek", gdzie w miejsce nazwy państwa wpisał “Józefa Słania", a zamiast nominału liczbę “95".

Podobne osobiste “znaczki" wykonywał dla siostry i przyjaciół. W 1981 r., na swoje 60. urodziny, grawerował samego siebie. 15 lat później portret ten znajdzie się na okolicznościowej karcie pocztowej wydanej w Polsce.

Precyzja Czesława Słani pozwala mu na żarty. Już na początku pracy umieszczał na znaczkach mikroskopijne napisy. Np. na jednym znaczku są dwa imiona. - Gdy zaczynałem go robić, kochałem się w jednej, gdy kończyłem, już w innej - wspomina.

Jednym z słynniejszych żartów był znaczek wydany z okazji corocznego maratonu narciarskiego “Vasalopet", w którym bierze udział nawet 10 tys. Szwedów. - Robiłem go na podstawie pocztówki z tłumem narciarzy i żadnej twarzy nie było na niej widać wyraźnie - opowiada. - Wziąłem więc własne zdjęcie i na pierwszym miejscu umieściłem siebie.

Słania na znaczku nosi numer startowy 1972 i nazwisko “J. Afton". To data ukończenia pracy: Jul Afton, po szwedzku “Wigilia Bożego Narodzenia", rok 1972.

Nadworny grawer

O znaczki Słani zabiegały poczty całego świata, od Australii po Watykan, od Grenlandii po Singapur. Gdy wykonał serię z Gustawem VI Adolfem, ów poprzedni król Szwecji przyznał mu w 1972 r. tytuł nadwornego grawera. Odtąd na oficjalnych uroczystościach przysługiwało mu miejsce u boku królewskiej pary.

30 lat temu przeniósł się na pewien czas do Monako, otrzymał obywatelstwo i najwyższe odznaczenie państwowe: Krzyż Św. Karola. Opowiada, że uwielbiał jeździć ze Szwecji do Monako samochodem. Zapraszała go także Brazylia. Od Szwecji otrzymał jeszcze Złoty Medal Królewski, od Danii - Krzyż Rycerski Dannenbrogen. W witrynie meblościanki błyszczą krzyże komandorskie. - Mam orderów jak ruski generał - macha ręką Słania.

Wykonywał też matryce banknotów, m.in. dla Izraela i Kanady. Dla własnej rozrywki przygotował kiedyś falsyfikat dziesięciodolarówki, na której prezydent USA ma figlarny uśmiech. Kiedyś odwiedzili go Amerykanie z “tajną propozycją", ale Słania nie chciał wiedzieć, o co im chodzi. - To niebezpieczne sprawy - ucina. Próbowali się z nim kontaktować też oferenci z... Iranu, z nadzieją, że może pracowałby dla nich.

- Gdy przyjechałem do Szwecji, poszedłem do muzeum, gdzie zobaczyłem obraz Carla Wahlbloma przedstawiający śmierć Gustawa II Adolfa pod Lützen w 1632 r. - wspomina Słania. - Bardzo mi pasował, lubię grawerować konie i bitwy, więc postanowiłem go zrobić, tak jak w Polsce robiłem Grunwald.

Po latach zaproponował ten obraz jako temat znaczka na 70-lecie swoich urodzin. Dyrektorowi poczty nie było to jednak po myśli. - Szwedzka poczta nie umieszcza na znaczkach scen wojennych, takie aniołki z tych Szwedów - komentuje Słania. A już bitwa, w której ginie król... Zdecydowano, że grawer zrobi na swój jubileusz koronację Gustawa III (przyjaciel mistrza, grawer Piotr Naszarkowski, sporządził pocztówkę z tym obrazem: koronowany król ma na niej twarz Słani).

Tymczasem nadszedł czas na tysięczny znaczek i grawer znów zaproponował bitwę pod Lützen. Historia się powtórzyła, ale propozycja poczty teraz się Słani spodobała: bloczek ze znaczkiem przedstawiającym alegorię władzy szwedzkich królów, według malowidła Davida Klöckera Ehrenstrahla. Wydany w 2000 r. miał nominał 50 koron - i trafił do księgi Guinnessa jako największy i najpiękniejszy znaczek świata. Grawer wspomina staruszkę, która, gdy podpisywał ten znaczek na wystawie, podsunęła mu piętnaście bloczków. Po 50 koron, czyli ponad 20 złotych każdy. - Zapytałem, po co aż tyle - opowiada. - Odparła, że ma wnuki i one też kiedyś będą miały dzieci, a takiego znaczka już nie będzie. To był najpiękniejszy komplement w moim życiu.

Zaś śmierć Gustawa II Adolfa pod Lützen wygrawerował wreszcie na swoje osiemdziesiąte urodziny i zarazem półwiecze pracy. Dzieło wydała szwedzka poczta, ale nie jako znaczek, a staloryt. Dochód ze sprzedaży odbitek wyniósł ponad milion koron.

Lepiej od siebie

Nigdzie jednak nie przyjęto go tak spektakularnie, jak w Chinach, dla których zrobił dwa znaczki z bażantami (jedyne chińskie papiery wartościowe sporządzone przez obcokrajowca). Na wystawę, gdzie miał dawać autografy, sprzedano 40 tys. biletów. Przyszło 150 tys. miłośników znaczków, a pilnowało go trzystu policjantów. Gdy tłum wyłamał drzwi, mistrza trzeba było ewakuować. - Poczułem się jak papież! - uśmiecha się Słania, pokazując zdjęcie z kordonem policjantów.

Ma też i takich wielbicieli, jak ów szwedzki kucharz zza koła podbiegunowego: zachwycony jednym ze znaczków Słani, przysłał mu list z pytaniem o ulubioną potrawę i obietnicą, że osobiście mu ją przyrządzi i prześle...

Zapytany, o czym marzy, zastanawia się: - Chciałbym dojść do 500 znaczków szwedzkich, dotąd zrobiłem ponad 400. A dla Polski około 30, więc żeby choć tak do 50 dojść... Poza tym nie wiem, czego mogę pragnąć? Robić coś lepiej od siebie? Po co?

Gdyby nie tamta interwencja profesora Chomicza, zostałby leśnikiem. Pociągało go wtedy mieszkanie z dala od ludzi. A wytwórnie papierów wartościowych mieszczą się w stolicach.

Kim zostałby, gdyby miał wybierać jeszcze raz? - Grawerem - odpowiada natychmiast.

Dziękuję Adamowi Pawełczyńskiemu za nieocenioną pomoc.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Zastępca redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”, dziennikarz, kierownik wydania internetowego „Tygodnika”, twórca i wieloletni kierownik działu „Nauka”. W 2016 r. nominowany do...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]