Miodowy miesiąc Platformy

Prof. Jan Kofman, politolog: Zapowiedź rozliczania rządu, PO i Rosji za tragedię smoleńską może oznaczać, że powrót Jarosława Kaczyńskiego do dawnej retoryki jest możliwy. Rozmawiał Andrzej Brzeziecki

06.07.2010

Czyta się kilka minut

Andrzej Brzeziecki: Jakim prezydentem będzie Bronisław Komorowski? Czy będzie samodzielny? A może zechce budować własną siłę polityczną?

Jan Kofman: Oba zjawiska, mimo że bliskoznaczne, nie są tożsame. I jedno, i drugie byłoby zresztą bardzo trudne. Ośrodek polityczny nie powstaje w ciągu kilku miesięcy, a w tej kwestii pierwszy rok będzie kluczowy - rok do wyborów parlamentarnych, które odzwierciedlają rzeczywiste wpływy różnych liderów w partii. Przez najbliższe miesiące Bronisław Komorowski będzie spłacał dług Platformie Obywatelskiej. Być może stanie się wręcz instrumentem jej polityki, w dobrym sensie tego słowa. Będzie pomagać PO w grze politycznej, czasem będzie wetował, czasem podpisywał ustawy, czasem inicjował jakieś ruchy - wtedy PO będzie mogła mówić: popieramy naszego prezydenta.

Ale możliwość wetowania i inicjowania pewnych ustaw sama przez się wyzwala pewną samodzielność. Nie wykluczam jej, co jednak nie znaczy, że wokół prezydenta powstanie silniejszy rdzeń polityczny. Na to potrzeba jednoznacznej chęci i pewnych umiejętności. Dotąd nic nie wiadomo o takich zamiarach i predyspozycjach marszałka. A co będzie za pięć lat? Nie wiem, ale niewykluczone, że Bronisław Komorowski będzie prezydentem jednej kadencji - miejmy nadzieję, że dobrym.

Błędy, które popełniał w czasie kampanii, będzie powtarzał, sprawując urząd?

Nie wiemy, czy te błędy wynikały z braku wiedzy - w co jednak wątpię, bo ich charakter wskazuje, że były to raczej przejęzyczenia - czy z nadmiaru obowiązków, jakie na Komorowskim ciążyły, co byłoby zrozumiałe. Ale pewne wpadki były zaskakujące - np. pomylenie deficytu budżetowego z długiem publicznym.

Warto jednak pamiętać, że czasem funkcja tworzy człowieka. Bywa, owszem, że ludzie nie dorastają do pełnionego urzędu, ale jak ktoś ma w miarę spójną konstrukcję psychiczną i zdrowe ambicje, powinien sobie poradzić. Komorowski jako kandydat zaczął może dość słabo, ale potem radził sobie coraz lepiej.

***

PO bierze teraz całą odpowiedzialność za Polskę.

Ten rok będzie miesiącem miodowym Platformy, ale przecież niepozbawionym kłopotów, i to poważnych. Można się spodziewać, że PO będzie odsuwać zasadnicze reformy na później, tłumacząc się rychłymi wyborami samorządowymi i parlamentarnymi, i argumentując, że trudne reformy wymagają czasu i zapewnienia sobie odpowiedniej większości. Czyli także zawierania sojuszy ad hoc - tu PSL może okazać się nie byle jakim hamulcowym, a z kolei SLD domagać zbyt wiele.

Jednak odpowiedzialność za przeprowadzenie zmian i za realizację przynajmniej niektórych obietnic wyborczych Komorowskiego spadnie tak czy owak przede wszystkim na rząd i na premiera. Także dlatego, że to Donald Tusk ustawił ten wyścig (do pewnego tylko stopnia, bo na kampanię najbardziej wpłynęła przecież katastrofa smoleńska i jej najróżniejsze konsekwencje), rezygnując z kandydowania i określając funkcję prezydenta jako "żyrandola", co było nietrafionym argumentem.

Teraz Komorowski został wybrany pod "żyrandol" i musi sobie z tym radzić, a opozycja, zanim jeszcze to nastąpiło, głośno wątpiła, czy uda mu się wyjść z drugiego planu. Osobiście bym wolał, by nowy prezydent wspierał sensowne reformy i popychał różne siły w ich stronę, a jak to nazwie opozycja, będzie bez większego znaczenia.

Komorowski odwoływał się do zgody. Co powinien zrobić, żeby zasypać rów dzielący go od - było nie było - połowy wyborców?

Dążyć do wyciągnięcia z przysłowiowej "zamrażarki" niektórych sensownych projektów opozycji, wykazywać się inicjatywą ustawodawczą - tam, gdzie to możliwe, być elastycznym w działaniach.

PSL nie poparło Komorowskiego, a w osobie posła Eugeniusza Kłopotka, od razu po II turze wyborów zaczęło stawiać PO warunki dalszej współpracy. W co grają ludowcy?

Cóż, od teraz ludowcy walczą o przetrwanie. Ich elektorat został przejęty przez PiS, ale przecież i przez Platformę, której kandydatowi praktycznie odmówili poparcia w drugiej turze. Będą musieli stać się wyraziści, również wobec swego wielkiego koalicjanta. A to przed zbliżającymi się wyborami, zwłaszcza parlamentarnymi, nie wróży dobrze trwałości koalicji i, paradoksalnie, może dać PO wspomniane argumenty usprawiedliwiające zwłokę bądź nawet rezygnację z podjęcia - w ciągu owych, głośnych już, 500 dni - tak potrzebnych reform (m.in. w sprawie finansów publicznych czy podniesienia wieku emerytalnego), w oczekiwaniu na lepsze dla niej rozdanie w wyborach parlamentarnych - które przecież wcale nie musi nastąpić!

***

Jarosław Kaczyński odniósł sukces. Z drugiej strony, mimo dobrego wyniku, jest to już kolejna jego przegrana z rzędu. To nie wywoła frustracji w partii?

Nie. To nie on przecież miał być kandydatem. Osiągnął więcej niż dobry wynik, zapewne dużo lepszy, niż osiągnąłby jego brat. W tej sytuacji jego pozycja w PiS jest nadal bardzo silna i bez problemu poradzi sobie z kierowaniem partią, skądinąd przecież typu wodzowskiego. Teraz możemy tylko spekulować, w jakim kierunku poprowadzi PiS.

Nie sądzę, by wpływy takich osób, jak Joanna Kluzik-Rostkowska czy Paweł Poncyljusz, a z drugiej strony Zbigniew Ziobro i jego akolici, miały rosnąć, bo mogłoby to oznaczać podziały w partii, o wyrazistym przecież profilu narodowo-katolickim. Jarosław Kaczyński jest zręcznym politykiem, ale nawet on nie powinien ulegać przekonaniu, że partia zawsze za nim pójdzie, zwłaszcza gdyby chciał na stałe przesunąć ją w kierunku centrum - co zresztą nie wydaje się jego pragnieniem. Nawet tak scentralizowana, hierarchiczna, zdyscyplinowana partia, jaką jest PiS, tak łatwo się nie zmienia.

Oglądałem fragmenty wiecu Jarosława Kaczyńskiego na Dolnym Śląsku - lokalny działacz, poseł Dawid Jackiewicz, grał bez ogródek na tragedii smoleńskiej, ale też w odpowiednim kontekście aferalnym przypominał Zbigniewa Chlebowskiego, Mirosława Drzewieckiego, posłankę Sawicką, aluzjami sięgając po Grzegorza Schetynę. Wszystko to przy aplauzie publiczności...

Potencjał wrogości w PiS i przeważającej większości jego elektoratu wobec Platformy jest wciąż bardzo widoczny. Nie sądzę zatem, by PiS mogło przejść aż taką transformację w kierunku polskiego (bo już nie mówię, że europejskiego) centrum. Na pewno jednak dla PiS jest lepiej, że Kaczyński nie musi odchodzić do Pałacu Prezydenckiego, bo wiele pytań i odpowiedzi na temat przyszłości partii można odłożyć na potem. Kaczyński pozostaje liderem i od niego zależy, czy dowartościuje tzw. "zakon PC", reprezentowany przez Adama Lipińskiego, czy może młodszych, np. Michała Kamińskiego z Adamem Bielanem albo muzealników, jak Paweł Kowal czy Jan Ołdakowski.

Żadna opozycja mu nie grozi, choćby ze strony Zbigniewa Ziobry?

Jeśli Kaczyński ma utrzymać wizerunek człowieka, który się zmienił, a okazało się, że ta taktyka jest skuteczna, to po co ją zmieniać? Po co wspierać w partii ludzi, którzy, po pierwsze, mogą być konkurencją, po drugie - mogą właśnie jej sprawiać kłopoty ze względu na swoje radykalne poglądy, mimo osobistej popularności samego Ziobry. Ale buntu "ziobrystów" przeciw prezesowi też się nie spodziewam - bo pod jakim sztandarem?

Czyli "przemianę" Kaczyńskiego należy traktować poważnie?

Nie powinien powracać do starej retoryki. Po gestach w stronę lewicy byłoby mu to zresztą naprawdę trudno uczynić.

W bardzo radykalną przemianę nie wierzę, ale jakąś przemianę psychologiczną niewątpliwie przeszedł. Jest pytanie, kiedy zanika trauma. Czy wyjście z niej będzie oznaczać powrót do starej retoryki? Przecież okazała się ona pułapką dla PiS i w roku wyborczym może stać się nią ponownie, odbierając Kaczyńskiemu zdolność koalicyjną, którą dziś zapewne odzyskał.

Z drugiej strony, zapowiedziane przez lidera PiS już w pierwszym wystąpieniu po ogłoszeniu sondażowych wyników wyborów położenie nacisku na rozliczanie rządu, PO, Rosji za tragedię smoleńską może oznaczać, że powrót do niedawnej retoryki nie jest niemożliwy... Szybko się przekonamy, jaką drogą pójdzie największa partia opozycyjna.

***

Wynika z tego, że wybory nie wywołają poważniejszych zmian na polskiej scenie politycznej. System partyjny się ustabilizował?

Na to wygląda. Ma to swoje dobre i złe strony. W obecnej sytuacji polski system partyjny zmierza do stabilizacji charakteryzującej europejskie demokracje. Zarazem partie współtworzące scenę polityczną umacniają swoje struktury, budując "układy" z góry w dół - od centrali po szczebel lokalny. Która partia pozostająca poza parlamentem miałaby dziś szanse wejść do niego? Tylko wielki kryzys gospodarczy, a w jego następstwie społeczny i/lub moralny, mógłby otworzyć szanse awansu, i to przede wszystkim radykałom.

O wszystkim decydują subwencje dla partii?

W dużej mierze. PO i PiS powstały na bazie Unii Wolności i Porozumienia Centrum, a także AWS, jeszcze przed funkcjonowaniem ustawy o finansowaniu partii. Partie, które wtedy weszły do parlamentu, "przyklepały" swój sukces ustawą dającą największym z nich po kilkadziesiąt milionów złotych dotacji. Niemniej ma to i dobre strony, wyrażając się właśnie w stabilizacji sceny politycznej i systemu partyjnego.

Zarazem z wyborów na wybory zmniejsza się liczba partii obecnych w parlamencie. Jeśli za rok byłyby w nim tylko trzy partie, scenie politycznej grozi powstanie systemu quasi-oligarchicznego, z niewątpliwie ujemnym konsekwencjami dla jakości życia politycznego i społecznego.

Komentatorzy są zgodni, że te wybory pokazały, iż podział na PO i PiS już się wyczerpuje - czy to jest szansa dla Grzegorza Napieralskiego i SLD?

Sytuacja jest bardziej skomplikowana. Te ok. 14 proc. poparcia dla Grzegorza Napieralskiego nie jest równoznaczne z dalszym wzrostem notowań SLD. Najbliższe miesiące pokażą, czy ziszczą się nadzieje lewicy - przecież nie tylko eseldowskiej! - na wzmocnienie jej pozycji politycznej.

Dla Napieralskiego byłoby lepiej, gdyby wygrał Kaczyński. SLD mógłby wówczas próbować z większym powodzeniem "rozgrywać" dwie duże partie. Choć przecież w pewnym stopniu i dotąd mógł to czynić i czynił.

Napieralski dobrze zrobił, nie popierając nikogo w II turze?

Z jego osobistego punktu widzenia pewnie dobrze. Co by mu dało, gdyby poparł Komorowskiego? Czy uczynił dobrze z punktu widzenia interesów lewicy, uznając za nią także SLD - to już wątpliwe.

Widać było, że rozdźwięk między nim a żubrami lewicy, którzy poparli kandydata PO, jest spory.

Powiedział pan "żubrami", a może trzeba by ich nazwać dinozaurami? W jakimś sensie oni już nie są tuzami SLD, aparat Sojuszu został przejęty przez Napieralskiego, który ma ludzi w regionach i większość we władzach partii, w SLD zachodzi przemiana pokoleniowa.

Ale jego wyborcy poparli w większości Komorowskiego. Może zraził ich faktyczny sojusz z prawicowym PiS?

Do pewnego stopnia tak. Niemniej SLD i PiS mają zbliżony elektorat: roszczeniowy i socjalny. Działkowcy dobrze wspominający Gierka oraz "moherowe" babcie nie wykluczają się wzajemnie. Nawet środowisko "Krytyki Politycznej" zachowało równy dystans do obu kandydatów, nie opowiadając się za żadnym z nich (nawiasem mówiąc, nie uważam tego za specjalnie mądre ani finezyjne).

A skąd przekonanie, że Napieralski odniósł sukces? Otrzymał wynik zbliżony do tego, jaki miało SLD w 2007 r.

Ale można przekonywać - on to robi, a inni mu w tym basują - że szklanka wypełniona do połowy, to już pełna szklanka. Napieralski był w ostrym konflikcie ze starymi liderami lewicy. Walczył o przetrwanie, bo został zmuszony do startu.

Ponoć się pchał.

Wątpliwe. To raczej Aleksander Kwaśniewski, Ryszard Kalisz i inni chcieli, żeby Napieralski startował, żeby się skompromitował, dostał marne kilka procent. Coś jednak zadziałało, ale trudno powiedzieć, co. Z pewnością poparł go stały elektorat, ludzie PRL, którzy karnie zagłosowali na lidera. W ich przekonaniu Kwaśniewski, Marek Borowski, Włodzimierz Cimoszewicz to liberałowie, dla niektórych może nawet odszczepieńcy, i bardziej ufają Leszkowi Millerowi, który bronił Napieralskiego. Poparła Napieralskiego i młodzież; owe ok. 14 proc. kryje też nową klientelę, ludzi młodych i bardziej wykształconych. Socjologowie próbują ich teraz policzyć i opisać.

Ale przecież jest i tak, że spora część młodzieży nie rozumie starszego pokolenia, nie pamięta tego, co się działo w Polsce siedem-osiem lat temu, czym np. była "afera Rywina". Co więcej, dla młodych, także tych, którzy poparli SLD, rok 1989 wydaje się tak odległy, jak Polska międzywojnia. Dla tej części młodzieży kampania polegała na walce dwóch starszych panów, z których jeden wyglądał gorzej od drugiego, a mimo to część wybrała w drugiej turze Komorowskiego.

Czy z tego będą trwałe korzyści dla lewicy - zobaczymy, bo przecież mówimy o młodych ludziach, którzy raptem w 20 proc. głosowali za Napieralskim, a gdzie jest pozostałe 80 proc.? W każdym razie wydaje się, że historyczni liderzy lewicy przegrali.

Stracili instynkt polityczny?

Nie. Oni w tych wyborach nie tyle myśleli o lewicy, co obawiali się recydywy IV RP.

SLD Napieralskiego naprawdę im się nie podoba, ale nie o nim myśleli - chodziło im o to, aby kandydat SLD nie przeszkadzał kandydatowi PO pokonać Kaczyńskiego. Teraz, jak myślę, bardziej znane postaci lewicy zostaną jakoś zagospodarowane przez PO - w dobrze pojętym interesie szerszym, nie tylko ekipy Tuska.

Ich poparcie w I turze nie bardzo pomogło Komorowskiemu, który jednak w II turze zdołał przekonać elektorat lewicy bez czynienia większych koncesji np. w sprawach obyczajowych.

Ale przecież Komorowski zrobił krok w stronę wyborców lewicy i w kwestiach obyczajowych - np. w sprawie parytetu czy zapłodnienia in vitro. To nie jest mało. Wychylił się też w stronę jakiejś części lewicy, choć nie tylko w jej kierunku, mówiąc o wycofaniu kontyngentu polskiego z Afganistanu. Starszych irytuje ta wojna u boku Ameryki, młodsi zapewne usłyszeli, jak Komorowski w debacie mówił o postkolonializmie. To było puszczanie oka do lewicy. I pewnie jakoś wpłynęło na ostateczny wynik głosowania.

Adam Michnik pytał w powyborczym komentarzu: "Czy dojście do władzy w SLD polityków niezwiązanych z PZPR i zmiana języka PiS oznaczają koniec podziału na scenie politycznej związanego z konfliktem między tradycją Solidarności a spadkobiercami partii rządzącej w PRL?" Jeśli tak, co go zastąpi?

"Podział postkomunistyczny", według celnego określenia Mirosławy Grabowskiej i Tadeusza Szawiela, charakteryzujący główną oś konfliktu politycznego po 1989 r., naprawdę zakończył się z przebiegiem i skutkami kampanii parlamentarnej i prezydenckiej 2005 r., gdy PiS wszedł w transakcje wymienne z "Samoobroną", LPR i częścią elektoratu SLD. I jest faktem, że tak nazwany przez Michnika konflikt w rzeczy samej wygasa.

Co teraz stanie się głównym polem starcia? Sądzę, że model cywilizacyjnej modernizacji i fundamentalny spór o formę ustrojową państwa: bardziej centralistyczne i etatystyczno-opiekuńcze versus bardziej zdecentralizowane i wolnorynkowe. Oraz spór o kształt społeczeństwa: bardziej otwarte na świat zewnętrzny, sąsiadów, Unię Europejską, swobody obywatelskie i konkurencję versus silniej zwrócone w stronę tradycyjnej wspólnotowości, egalitaryzmu, roszczeniowości.

Prof. dr hab. Jan Kofman jest politologiem i historykiem. Pracuje w Instytucie Studiów Politycznych PAN.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru TP 28/2010