Milczenie papieży

W tle skandalu obyczajowego w Kościele toczy się walka z Franciszkiem. Głównym obiektem zainteresowania jest instytucja – władza, autorytet, morale – a nie skrzywdzony przez nią człowiek.

03.09.2018

Czyta się kilka minut

Kard. Theodore McCarrick,  Watykan, 2013 r. / MAX ROSSI / REUTERS / FORUM
Kard. Theodore McCarrick, Watykan, 2013 r. / MAX ROSSI / REUTERS / FORUM

Grała muzyka i serwowano meksykańskie dania. Na jednym z dziedzińców Muzeum Watykańskiego trwało przyjęcie z udziałem najwyższych urzędników rzymskiej kurii. I choć kard. Pietro Parolin, papieski sekretarz stanu, mówił tego wieczoru, że „w Watykanie panują gorycz i niepokój”, życie za Spiżową Bramą toczyło się normalnym rytmem. Była środa, 29 sierpnia. Od czterech dni media karmiły się sensacyjnym listem abp. Carla Marii Viganò, b. nuncjusza w Waszyngtonie, który oskarżał Franciszka o ukrywanie homo­seksualizmu ­kard. ­Theodore’a McCarricka, przez lata czołowej postaci amerykańskiego Kościoła – i wzywał papieża do dymisji.

„Świadectwo abp. Carla Marii Viganò, arcybiskupa tytularnego Ulpiany i nuncjusza apostolskiego” opublikowano w nocy z 25 na 26 sierpnia jednocześnie w trzech językach (po włosku, hiszpańsku i angielsku), w pięciu tytułach prasowych. Jak wyjaśniali dziennikarze współodpowiedzialni za przygotowanie włoskiego oryginału – Marco Tosatti i Aldo Maria Valli – prace nad nim trwały od marca. Na moment publikacji wybrano powrót papieża ze Światowego Kongresu Rodzin w Irlandii. Niespełna dwa tygodnie wcześniej Wielka Ława Przysięgłych w Pensylwanii ogłosiła raport o seksualnym wykorzystywaniu dzieci przez księży. I choć „świadectwo” abp. Viganò nie ma z nim – ani z tematem pedofilii – nic wspólnego, autorzy wykorzystali atmosferę powszechnego oburzenia na „seksualne nadużycia w Kościele”.

Papież nie chciał komentować zarzutów byłego nuncjusza. Pytany przez dziennikarzy podczas powrotnego lotu do Rzymu potwierdził, że widział list, ale dodał, że nie będzie się na jego temat wypowiadał. „Dokument mówi sam za siebie. Przeczytajcie uważnie i sami osądźcie”.

Tak rozpoczął się tydzień, który powiedział nam dużo o współczesnym Kościele.

Sankcje ustne i sekretne

List 77-letniego abp. Viganò liczy 11 stron i zaczyna się od wezwania do oczyszczenia „cuchnącego bagna”, w jakim znalazł się Kościół, i przełamania „mafijnej zmowy milczenia”, która łączy biskupów i księży. Zaraz potem były nuncjusz informuje, że będąc (w latach 1998–2009) urzędnikiem Sekretariatu Stanu odpowiedzialnym m.in. za opiniowanie kandydatów do urzędów kościelnych, miał dostęp do teczek personalnych. Stąd wie, że już w 2000 r. nuncjatura w USA informowała Watykan o niemoralnym prowadzeniu się bp. McCarricka. Z listu o. Boniface’a Ramseya, profesora seminarium w Newark (diecezji, którą zarządzał McCarrick), wynikało, że hierarcha przez wiele lat wykorzystywał seksualnie kleryków, których zapraszał do swego domu na plaży. Oskarżenia te nie zapobiegły nominacji McCarricka na arcybiskupa Waszyngtonu i nadaniu mu godności kardynalskiej przez Jana Pawła II, o co jednak Viganò nie oskarża ówczesnego papieża, zrzucając winę na jego sekretarza stanu, kard. Angela Sodano.


ROZMOWA Z TIMEM LENNONEM, PREZESEM SNAP, AMERYKAŃSKIEJ ORGANIZACJI ZRZESZAJĄCEJ OFIARY MOLESTOWANIA: Będą się za nas modlić, odprawią pokutę, ominą w ramach postu posiłek... Jaki to ma związek z ochroną dzieci?


Kolejne informacje na temat niemoralnego kardynała miały trafić do Watykanu w 2006 i 2008 r. Był to m.in. obszerny raport o. Richarda Sipe’a, benedyktyna, psychoterapeuty, który jako pierwszy tropił seksualne nadużycia w Kościele w USA. Abp Viganò osobiście dostarczył je kolejnemu sekretarzowi stanu, kard. Tarcisio Bertonemu, który również je ukrył – tym razem przed Benedyktem XVI. Dzięki temu McCarrick wciąż cieszył się zaufaniem papieża, tak że nawet po osiągnięciu wieku emerytalnego (2005 r.) i złożeniu dymisji pozostał na urzędzie jeszcze przez rok. Według Viganò dopiero w 2009 lub 2010 r. papież miał się dowiedzieć prawdy o emerytowanym kardynale i nałożyć na niego sankcje: nakazał mu „opuścić seminarium, w którym mieszkał, zabronił publicznego odprawiania mszy, uczestniczenia w konferencjach i zjazdach, podróżowania i zobowiązał do poświęcenia się modlitwie i pokucie”. Sankcje te zostały ogłoszone kardynałowi „ustnie i w sekrecie” przez ówczesnego (dziś już nieżyjącego) nuncjusza w USA, abp. Pietra Sambiego.

Vigano: papież powinien ustąpić

Choć Viganò nie jest w stanie udowodnić, że taka kara została rzeczywiście na emerytowanego kardynała nałożona, dziennikarzom udało się ustalić, że McCarrick faktycznie wyprowadził się z seminarium. Nie zaprzestał jednak aktywności: był zapraszany na uroczystości kościelne, występował na konferencjach (także w Polsce, gdzie na UKSW podczas panelu na temat bezpieczeństwa dyskutował m.in. z Antonim Macierewiczem), spotykał się z politykami, patronował przedsięwzięciom charytatywnym. Z samym tylko Benedyktem XVI trzykrotnie spotkał się osobiście, celebrował też z innymi biskupami mszę przy grobie św. Piotra.

W czerwcu 2013 r. abp Viganò spotkał się z nowo wybranym papieżem Franciszkiem i, jak twierdzi, poinformował go o zarzutach, które zgromadzono w Watykanie przeciwko McCarrickowi, a także o sankcjach, które miał nałożyć na kardynała Benedykt XVI. Papież pominął milczeniem jego słowa i to milczenie – według arcybiskupa – trwało kolejne pięć lat, dopóki nie pojawiły się oskarżenia o ­molestowanie nieletniego (dotyczyło wydarzeń z początku lat 70. XX w.). Dopiero wobec takich zarzutów nastąpiła zdecydowana reakcja: w lipcu tego roku McCarrick został nakłoniony do zrzeczenia się godności kardynalskiej i rozpoczęto wobec niego tzw. proces kanoniczny.

Viganò kończy swoje „świadectwo” wezwaniem Franciszka do dymisji, która miałaby być przykładem dla pozostałych biskupów i kardynałów, od lat znających prawdę o kard. McCarricku, lecz ukrywających jego postępki.

Fakty i uprzedzenia

Milczenie Franciszka w sprawie listu abp. Viganò sprowokowało dziennikarzy do pracy. Zaczęto sprawdzać fakty, wykazywać nieścisłości i dociekać motywów działania b. nuncjusza, a także przypominać wydarzenia z życia (które dla jednych są dowodem bezkompromisowości, dla innych – awanturnictwa), wyciągając na światło dzienne sprawy osobiste i rodzinne.

Uważna lektura „świadectwa” pokazuje, że podane fakty i informacje (do których autor, jako urzędnik najpierw Sekretariatu Stanu, a potem nuncjusz miał swobodny dostęp i których prawdziwości trudno zaprzeczyć, dopóki sami oskarżani nie wykażą, że sprawy wyglądały inaczej) swobodnie mieszają się z przypuszczeniami i wyobrażeniami abp. Viganò. A nawet z jego uprzedzeniami.

Arcybiskup wspomina np., że gdy został przedstawiony Franciszkowi jako nuncjusz w Waszyngtonie, papież powiedział mu: „Biskupi w Stanach powinni bardziej zająć się duszpasterstwem, a mniej walką ideologiczną”. Kiedy więc miesiąc później dowiedział się, że dokładnie te same słowa wypowiedział kard. McCarrick w Dallas, podczas międzynarodowego sympozjum bioetyków, uznał to za dowód, że papież słucha rad McCarricka i jest pod jego wpływem (choć z równym prawdopodobieństwem można było przyjąć, że jest dokładnie odwrotnie).

Viganò przytacza też inne zdarzenie. Franciszek zapytał go ponoć: „Jak tam kard. McCarrick?”. Arcybiskup odpowiedział, że w Watykanie mają obszerne dossier na ten temat, a kardynał „zgorszył wiele pokoleń kleryków i kapłanów”. Jak pisze nuncjusz, papież „nie wykazał najmniejszego zaskoczenia, jakby sprawa była mu znana od dawna, i szybko zmienił temat”. Zastanawia się, z jakiego zatem powodu Franciszek pytał go o kardynała. I sam sobie odpowiada: „Ewidentnie chciał się upewnić, czy jestem po stronie McCarricka, czy nie”.

Pytania o poprzedników

Co ciekawe: milczenie, o które oskarża Franciszka, w oczach Viganò w żaden sposób nie obciąża równie długo milczących poprzedników obecnego papieża: Benedykta XVI („nie wierzę, że może za to odpowiadać papież, który w pierwszych miesiącach pontyfikatu zajął twarde stanowisko przeciwko przyjmowaniu do seminarium osób ze skłonnościami homoseksualnymi”) i Jana Pawła II („czy za nominacją do Waszyngtonu stał Sodano, gdy Jan Paweł II był już chory? Tego nie wiem. Ale są podstawy, by tak myśleć”). W świetle coraz głośniej stawianych pytań o nadzór – a raczej jego brak – dwóch poprzednich papieży nad duchownymi dopuszczającymi się podobnych co McCarrick czynów logika wywodu Viganò wydaje się dość wątpliwa.

Ostatnie trzy strony listu są zresztą spisem nazwisk wysokich rangą kardynałów i biskupów – nikogo chyba nie zdziwi, że zaliczających się do najbliższych współpracowników Franciszka – którzy, zdaniem Viganò, są współwinni kłamstwa, wywracania doktryny Kościoła, promowania homo­seksualistów na wysokie stanowiska. Dostaje się też jezuitom – a dokładnie „wykolejonemu skrzydłu Towarzystwa Jezusowego, dziś, niestety, większościowemu” – za zniszczenie systemu katolickiej edukacji, wspieranie ruchów ­pro-choice i propagowanie homoseksualizmu.

Dowody tożsamości

I tak dochodzimy do istoty listu arcy­biskupa. Przypadek kard. McCarricka (którego czyny dopiero Franciszek zdecydowanie napiętnował i ukarał) jest pretekstem do oskarżenia obecnego papieża i jego współpracowników o pobłażliwość, a wręcz życzliwość wobec „homoseksualnego lobby” panoszącego się od lat w Watykanie i – w konsekwencji – niemal we wszystkich kościelnych instytucjach. Dowodów na istnienie tego lobby Viganò nie podaje, znów potwierdza się więc zasada: brak dowodów jest najlepszym dowodem spisku.

Założenie, że taka „grupa wsparcia” w ogóle istnieje, jest nie tylko trudne do udowodnienia, ale samo w sobie obraźliwe. Oznacza, że homoseksualiści w ­Kościele znają się i rozpoznają (w domyśle: nawiązują ze sobą relacje seksualne, a więc łamią złożone śluby). Z pewnością dużo łatwiej wykazać działanie w kościelnych instytucjach innych „lobby”: karierowiczów czy osób połączonych wspólnymi, nie zawsze czystymi interesami ekonomicznymi. Jednak według Viganò i współredaktorów jego tekstu właśnie „lobby homoseksualne” odpowiedzialne jest nie tylko za wzajemne windowanie na szczyty kariery, ale również – a właściwie przede wszystkim – za pedofilskie afery w Kościele. I choć raporty policyjne – jak choćby te udostępnione przez Ławę Przysięgłych w Pensylwanii – pełne są drastycznych opisów gwałtów i seksualnej przemocy także wobec dziewczynek, twórcy „listu Viganò” są przekonani, że za większość z nich odpowiadają homoseksualiści.

Sandro Magister, watykanista tygodnika „L’Espresso”, przypomniał na marginesie oskarżeń abp. Viganò wydarzenie z pierwszych miesięcy pontyfikatu Franciszka, kiedy to na dyrektora Domu Świętej Marty mianowany został prałat Battista Ricca, kilkanaście lat wcześniej bohater gejowskiego romansu i paru skandali obyczajowych, do których doszło podczas jego pobytu na placówce dyplomatycznej w Urugwaju. Pytany o tę nominację papież odpowiedział (cytat za oficjalną stroną Watykanu): „Dużo się pisze o lobby gejowskim. Jak dotąd nie spotkałem w Watykanie nikogo, kto by miał w dowodzie tożsamości zapisane: »gej«. Mówią, że tacy są. Ale jeśli mamy do ­czynienia z osobą o takiej orientacji, musimy odróżnić homoseksualizm od lobbingu, bo to lobbowanie jest niedobre, to ono jest złem. Jeśli ktoś jest homoseksualistą, a poszukuje Pana Boga, i ma dobrą wolę, kimże ja jestem, aby go osądzać?”.

Zmiana frontu

Takie słowa nie mogły się spodobać kościelnym konserwatystom, dla których homoseksualizm jest zboczeniem czy, w najlepszym wypadku, „wynaturzeniem”. Franciszkowe zrozumienie dla osób o takiej orientacji, traktowanie ich problemów z zachowaniem czystości na równi z grzechami i słabościami osób heteroseksualnych jest – zdaniem obrońców Viganò – niewybaczalnym błędem i deformacją tradycyjnego nauczania.


Czy szukając pomocy zadzwonisz do księdza, który przyjmuje zgłoszenia od ofiar molestowania – i równocześnie jest rzecznikiem prasowym kurii?


Warto zauważyć, że list byłego nuncjusza został opublikowany i jest uznawany za przejaw troski o ład i porządek w Kościele przez tych samych autorów i te same środowiska, które od 2013 r. krytykują papieża Franciszka, nie zgadzając się z jego poglądami i nauczaniem. Wcześniejsze protesty zdążyły się wypalić – wiernych nie rozgrzewają już teologiczne dysputy wokół adhortacji „Amoris laetitia” i oskarżanie papieża o herezję (dodajmy, że abp Viganò był jednym z hierarchów, którzy publicznie protestowali przeciwko dopuszczaniu do komunii osób rozwiedzionych). Reforma kurii rzymskiej i finansów Watykanu grzęźnie w szczegółach, które trudno zwykłemu człowiekowi wytłumaczyć. Co innego sprawy tak bulwersujące i nośne, jak pedofilia i nadużycia seksualne w Kościele. Środowiska ultrakonserwatywne, które jeszcze kilka lat wcześniej zaprzeczały problemowi i starały się za wszelką cenę umniejszać jego skalę, dziś wiodą prym w obwinianiu o jego powszechność „liberałów, lewaków i gejów”. Po szokującym raporcie z Pensylwanii trzeba było znaleźć winnych, a tacy zawsze są pod ręką.

Co oznacza milczenie

Milczenie papieża w sprawie listu byłego nuncjusza zinterpretowano dwojako. Rzadziej – w kontekście ujawnianych dzień po dniu nieścisłości w argumentacji Viganò – jako wyraz przenikliwości Franciszka. Częściej (w świetle oskarżeń o niereagowanie przez papieża na dowody niemoralnego postępowania kard. McCarricka) jako dowód jego winy. Jak zwykle głosy podzieliły się na zwolenników i przeciwników całego pontyfikatu.

Do wyobraźni tych drugich przemawiały m.in. konspiracyjne okoliczności udostępnienia przez Viganò treści listu Aldo Marii Vallemu. Przypominały one, wedle relacji tego drugiego, sceny z książek Dana Browna: oto arcybiskup umawia się z dziennikarzem z dala od murów Watykanu, w czapce bejsbolówce; spotkanie przeradza się w rozmowę o zagrożeniu, w jakim znalazł się Kościół w czasie obecnego pontyfikatu; na koniec Viganò oświadcza, że kupił już bilety lotnicze, aby po publikacji listu wyjechać z kraju. „Nie może mi powiedzieć, dokąd. Mam go nie szukać. Jego stary telefon komórkowy nie będzie działał. Mówimy sobie »do widzenia« po raz ostatni” – tak opisywał spotkanie Valli.

To właśnie w jego stronę – oraz pozostałych związanych z publikacją listu dziennikarzy – skierowała się pierwsza krytyka. „Świadectwo” współredagował przecież Marco Tosatti, b. współpracownik słynnego egzorcysty o. Gabriele’a Amortha, organizator kwietniowej konferencji „Dokąd zmierzasz, Kościele?”, która zgromadziła w Rzymie hierarchów niezgadzających się z Franciszkową wizją Kościoła. Redaktorem wersji anglojęzycznej był z kolei Edward Pentin, rzymski korespondent konserwatywnego „National Catholic Register”.

Łącznikiem środowiska watykanistów współpracujących z abp. Viganò ze światem amerykańskich mediów – i po części odpowiedzialnym za rozgłos, jakiego sprawa nabrała w Stanach Zjednoczonych – był zaś Timothy Busch, prawnik zasiadający w radzie nadzorczej wpływowej konserwatywnej sieci telewizyjnej EWTN z Alabamy. Busch jest także współzałożycielem Napa Institute, organizatora wzorowanych na słynnych konferencjach z cyklu TED spotkaniach dla ultrakonserwatywnych katolików, których celem, jak pisze „Washington Post”, jest przygotowanie ich do nowej epoki: Next America (Następna Ameryka) – ery, w której chrześcijanie będą zmuszeni funkcjonować w całkiem zsekularyzowanej Ameryce. Za miesiąc, pod hasłem „Authentic Reform”, Napa Institute organizuje kolejną konferencję w Waszyngtonie. A sam Busch nie kryje swoich ambicji: chciałby przewodzić świeckiemu ruchowi konserwatywnemu w Ameryce.

Kościół w USA: trzęsienie ziemi

To właśnie na łamach „National Catholic Register” i innych mediów należących do konglomeratu EWTN najczęściej domagano się w minionym tygodniu dymisji Franciszka. Nic dziwnego, że pojawiły się podejrzenia o to, że za Viganò stała wyraźnie motywowana politycznie agenda. Owe „sześć dni, które wstrząsnęły amerykańskim katolicyzmem” – pisze Austen Ivereigh, brytyjski biograf Jorgego Bergoglia – ujawniło smutny rozłam w amerykańskim Kościele: pomiędzy większością hierarchów pozostających w komunii ze Stolicą Piotrową i mniejszością półschizmatyckich biskupów, którzy, zanim zbadano dowody, uznali Viganò za wiarygodnego.” Był to jednak – kontynuuje ­Ivereigh – dobry tydzień dla wielu katolickich dziennikarzy, „których śledztwa, prowadzone bez strachu bądź sympatii [dla kogokolwiek], pomogły, w ogólnym zamieszaniu, wskazać prawdę”. Dla Brytyjczyka, który milczenie papieża od początku interpretował jako świadomą zachętę dla reporterów do sprawdzenia rewelacji Viganò, jest to moment przełomowy w historii kontaktów papiestwa z mediami.

List Viganò obnażył tak głębokie podziały wśród amerykańskiej hierarchii, że dziennik „New York Times” nazwał spór wokół niego „katolicką wojną domową”. Franciszek, który w odróżnieniu od wielu lokalnych biskupów nie widzi Kościoła na pierwszej linii frontu „wojen kulturowych” w takich sprawach jak aborcja czy kontrola urodzin, został szybko zaatakowany przez „biskupów Fox News” (czyli konserwatywnych).

Papież może wszystko

Przeciwstawienie dobrego Benedykta XVI złemu Franciszkowi to druga, obok wątku homoseksualnego lobby, oś opublikowanego świadectwa. Problem wydaje się kluczowy: jeśli Benedykt XVI nie nałożył żadnej kary na McCarricka, choć wiedział o ciążących na nim zarzutach, należałoby go, podobnie jak Franciszka, oskarżyć o bezczynność. Viganò nie podaje żadnego dowodu, że takie sankcje zostały nałożone, każąc nam zaufać jedynie swojemu słowu. Co prawda kilka dni po wybuchu afery mecenas Timothy Busch informował, że „z dobrze poinformowanych źródeł” dowiedział się, iż Benedykt XVI potwierdza nałożenie kary na McCarricka, to jednak już kolejnego dnia stanowcze dementi wydał sekretarz papieża emeryta, abp Georg Gänswein, nazywając informacje Buscha „czystym fake newsem”.

Wydawać by się mogło, że gdzie jak gdzie, ale w tak zbiurokratyzowanej instytucji, jak rzymska kuria, każda taka decyzja powinna być na piśmie. Kodeks Prawa Kanonicznego stwierdza, że kara, a nawet upomnienie czy nagana „powinny być zawsze możliwe do stwierdzenia, przynajmniej na podstawie jakiegoś dokumentu przechowywanego w tajnym archiwum kurii” (kan. 1339, par. 3). Nie oznacza to jednak, że abp Viganò kłamie, upierając się przy ustnej i sekretnej formie upomnienia McCarricka. Kolejny kanon kodeksu dopowiada bowiem, że za „tajne przekroczenie [prawa] nie należy nigdy nakładać pokuty publicznej”. Przepis wydaje się absurdalny i gorszący, jednak pamiętać należy, że w tamtym czasie zarzuty dotyczyły „grzesznego życia” kardynała (o przestępstwo po raz pierwszy publicznie oskarżono go dopiero w czerwcu 2018 r.). Z grzechami Kościół potrafi sobie radzić – księża i biskupi są tu specjalistami: rozgrzeszają, nakładają pokutę, nawet tajną. W przypadku przestępstw – zwłaszcza tych najcięższych – sposoby postępowania były dopiero opracowywane. A na pytanie, czy papież mógł nałożyć na niemoralnego kardynała karę ustnie i w sekrecie, również odpowiada Kodeks, stwierdzając, że Biskup Rzymu ma – w zakresie wiary, obyczajów i dyscypliny – władzę „najwyższą, pełną i bezpośrednią”, którą może sprawować „zawsze w sposób nieskrępowany”. Mówiąc krótko: papież może wszystko.

Bez względu więc na to, czy kard. McCarrick otrzymał naganę „z wpisaniem do akt”, czy jedynie ustną – pewne jest, że nikt jej nie egzekwował. Nic również nie wskazuje na to, by ktoś jej nieprzestrzeganie zgłaszał. Osobą najbardziej odpowiednią do tego celu był zresztą papieski nuncjusz w USA, czyli sam abp Viganò. On zaś tłumaczył portalowi LifeSiteNews, że choć wiedział, iż kard. McCarrick nie stosuje się do kar nałożonych przez Benedykta, to nie mógł ich egzekwować, bo były nałożone „w sposób tajny i prywatny”. Z pewnością upublicznienie czynów niemoralnego kardynała, w tamtym czasie wciąż wiodącej postaci amerykańskiego Kościoła, wywołałoby gigantyczny skandal. Co jednak nie oznacza, że nie trzeba było informować papieża o problemie. Ani że za niemoralnego i nieposłusznego kardynała należało wznosić toasty.

O ofiarach się nie mówi

Cytowany wcześniej Austen Ivereigh, który mocno zaangażował się w obronę Franciszka, pozwolił sobie na ironiczne spostrzeżenie: „Najpoważniejszym zarzutem pod adresem Franciszka jest to, że w 2013 r. wiedział, lecz nie wdrożył sankcji, których nigdy nie ogłoszono publicznie i nie zastosowano wobec emerytowanego od dawna kardynała, który dekady wcześniej uprawiał seks z dorosłymi”. Ale uwaga, jaką komentatorzy poświęcali wewnętrznym konfliktom w Watykanie, jest też częścią problemu: obiektem zainteresowania listu Viganò oraz dyskusji jest instytucja (władza, autorytet, morale), a nie skrzywdzony przez nią człowiek. Nawet obrońcy obecnego pontyfikatu podczas trwającej już kilkanaście dni dyskusji na temat kard. McCarricka i papieża Franciszka najmniej mówią o najważniejszym – w tym przypadku o klerykach z Newark, którzy wiele lat temu padli ofiarą nadużyć władzy w Kościele. Choć najciekawsze dla mediów są watykańskie „walki buldogów” – i to ich wynik w dużej mierze zdecyduje o kierunku, w którym pójdzie w przyszłości Kościół – trauma ofiar jest niemal niezauważana. Sprawa Viganò przykryła też miażdżący dla Kościoła raport na temat nadużyć w Pensylwanii.

Tymczasem gdzieś na końcu problem można sprowadzić właśnie do człowieka. Aldo Maria Valli, jeden z konstruktorów afery abp. Viganò, napisał po kilku dniach na swoim portalu: „Nie mówi się o tym wcale, albo bardzo rzadko, że obecny kryzys to kryzys kapłaństwa i biskupstwa: najważniejszych i niezastąpionych postaci w życiu Kościoła. Kryzys duchowy, o korzeniach teologicznych, bardziej niż kryzys instytucjonalny”.

Mimo wszystkich różnic, oskarżeń i nieukrywanej wrogości do Franciszka ta diagnoza wydaje się bliska temu, co powtarza papież. Tyle że dla Franciszka kryzys objawia się w klerykalizmie i nadużywaniu władzy, a dla jego oponentów – o czym pisze Valli – w odejściu od tradycyjnego spojrzenia na kapłaństwo i biskupstwo, których autorytet naiwnie wyprowadzają z samego faktu święceń. „Bardziej niż długich dokumentów potrzeba nam dziś świętych kapłanów” – pisze Valli.

W tym – jedynym momencie – ultra­konserwatyści zgadzają się z Franciszkiem. ©℗

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarz „Tygodnika Powszechnego”, akredytowany przy Sala Stampa Stolicy Apostolskiej. Absolwent teatrologii UJ, studiował też historię i kulturę Włoch w ramach stypendium  konsorcjum ICoN, zrzeszającego największe włoskie uniwersytety. Autor i… więcej
Marcin Żyła jest dziennikarzem, od stycznia 2016 do października 2023 r. był zastępcą redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”. Od początku europejskiego kryzysu migracyjnego w 2014 r. zajmuje się głównie tematyką związaną z uchodźcami i migrantami. W „… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 37/2018