Ksiądz z Kobierzyna: jak się pracuje w szpitalu psychiatrycznym

Księża idą do chorych z Panem Jezusem, świętymi olejami i „władzą kluczy”. Na rozmowę nie starcza już czasu.

11.02.2024

Czyta się kilka minut

Ks. Jan Klimek, Ks. Jan Klimek, kapelan Szpitala Klinicznego im. dr. Józefa Babińskiego w Krakowie-Kobierzynie, 5 lutego 2024 r. // Fot. Jacek Taran
Ks. Jan Klimek, kapelan Szpitala Klinicznego im. dr. Józefa Babińskiego w Krakowie-Kobierzynie, 5 lutego 2024 r. // Fot. Jacek Taran

„Tymiankowo” jest tuż za kaplicą. Przychodzą tam wierni po niedzielnej mszy, pacjenci, którym wolno spacerować po parku, ich goście oraz personel z pobliskich oddziałów.

– Przedtem bar nazywał się „Dezynfektor” – mówi ks. Jan Klimek, kapelan szpitala, gdy siadamy w kącie sali z kawą i ciastkiem. – Jesteśmy w budynku dawnej sterylizatorni. Lubiłem tamtą nazwę. Była taka kobierzyńska.

Miasto-ogród

Szpital Kliniczny im. dr. Józefa Babińskiego, zwany potocznie „szpitalem w Kobierzynie”, to największy i najbardziej znany ośrodek leczenia chorób i zaburzeń psychicznych w Małopolsce. Otwarto go w 1917 r. jako „zakład dla nerwowo i umysłowo chorych” (o historii szpitala piszemy poniżej). Był najnowocześniejszy w Europie i pomyślany jako samowystarczalne „miasto-ogród”, zgodnie z ideą brytyjskiego urbanisty Ebenezera Howarda. Na 52-hektarowej działce niedaleko Krakowa, położonej na wzgórzu, z widokiem na miasto z jednej strony i Babią Górę z drugiej, wybudowano 20 pawilonów dla chorych, osiedle mieszkaniowe dla personelu, budynek teatru, masarnię, piekarnię, elektrownię, oczyszczalnię ścieków i kotłownię na parę wodną o wysokim ciśnieniu.

Pierwszym budynkiem oddanym do użytku była kaplica, ulokowana na końcu głównej osi i w najwyższym punkcie szpitalnego kompleksu.

– Pacjenci przywożeni wolantami, bryczkami czy furmankami już od bramy widzieli dwa budynki, jakie znali ze swych okolic: dworek, w którym była izba przyjęć, a który kojarzył im się z panem, dbającym o mieszkańców swego majątku, i kościół, taki sam, jak w ich stronach – mówi kapelan. – To dawało poczucie bezpieczeństwa.

Murowana świątynia ma drewnianą wieżę, charakterystyczną dla sakralnych budynków małopolskich miast i wiosek. Jej ściany i sklepienie pokrywają roślinno-kwiatowe kompozycje, przywołujące na myśl polichromię z krakowskiego kościoła franciszkanów. Nie bez powodu – ich autorem był Jan Bukowski, uczeń Wyspiańskiego. Zaprojektowana 120 lat temu kaplica zadziwia funkcjonalnością: ma ubikację dla wiernych, kancelarię dla księdza, a przede wszystkim ogrzewanie. Jest ciepła i przytulna.

Kapelan z przypadku

Pytam, jak się zostaje kapelanem szpitala psychiatrycznego. To w końcu nietypowe miejsce, wymagające, wydawałoby się, odpowiednich kwalifikacji.

– Nie wiem, jak dziś. Ja zostałem przez przypadek – mówi ks. Klimek. – W 2008 r. w szpitalu pracowali ojcowie montianie, włoskie zgromadzenie zakonne, specjalizujące się w pracy z chorymi. Chcieli otworzyć dom w Polsce, kard. Dziwisz zaproponował im Kobierzyn. A ponieważ nie radzili sobie z językiem, ksiądz kardynał zapytał, czy nie chciałbym im pomóc. Oni mieli być kapelanami na oddziałach, ja zajmować się rektoratem.

Rektorat to taka quasi-parafia, obejmująca opieką duszpasterską wydzieloną grupę wiernych. W Kobierzynie należą do nich pacjenci i mieszkańcy pracowniczego osiedla – ok. 400 osób, w większości niezwiązanych już ze szpitalem.

– Dwa miesiące po moim przyjściu montianie zlikwidowali swój dom w Krakowie – opowiada kapelan. – Ze szpitala odeszli niemal z dnia na dzień, bo mieli niewykorzystane urlopy. Zostałem sam.

Nie miał specjalistycznego przygotowania. Dopiero co obronił doktorat z teologii pastoralnej i zaczął pracę na Papieskiej Akademii Teologicznej (dziś Uniwersytet Papieski Jana Pawła II). Dobrze, że przynajmniej zapytano go o zgodę. Bo zwykle kapelanów szpitalnych biskupi mianują, nie licząc się z ich zdaniem i predyspozycjami. Uznają, że każdy może pracować z chorymi, tak jak i z dziećmi w szkole. Co nieraz źle się kończyło.

– Zdarza się, że kapelanem ktoś zostaje za karę. Gdy są z nim problemy albo nie może odnaleźć się w duszpasterstwie ogólnym – mówi ks. Jan. – Kapelan szpitala to żaden prestiż. Najniższy poziom kariery zawodowej w Kościele.

Od słowa do Słowa

– Czego oczekują ludzie od kapelana?

– Czasu i ciepła – odpowiada natychmiast.

Tylko jak znaleźć czas dla 850 pacjentów? Oczywiście nie wszyscy mają potrzebę kontaktu z księdzem, ale i tak dla dwóch kapelanów (od pięciu lat ks. Jan ma pomocnika, ks. Grzegorza) pracy jest aż nadto. Zwłaszcza że nie o same rozmowy chodzi, bo przecież ich podstawowym zadaniem jest „posługa sakramentalna” – spowiedź, udzielanie komunii w każdym z 15 oddziałów szpitala, msze i nabożeństwa w kaplicy, opieka duszpasterska nad mieszkańcami osiedla.

– Ale od rozmowy wszystko się zaczyna – mówi ks. Jan. – Jak nie znajdziesz na nią czasu, nic się nie uda. Nie będzie żadnej relacji. Pozostanie rutyna. Myślę, że my, księża katoliccy, zatraciliśmy umiejętność rozmawiania z ludźmi. Jak idziemy do chorych „z Panem Jezusem”, to nie starcza nam czasu na rozmowę. Mamy Najświętszy Sakrament, święte oleje, „władzę kluczy”… U protestantów, którzy tego wszystkiego nie mają, co zostaje kapelanowi? Słowo.

– Z osobami w kryzysie psychicznym nie każdy potrafi rozmawiać – zauważam. – Łatwo zaszkodzić.

– Tylko wtedy, gdy za szybko sami zaczynamy mówić. Rozmowa duszpasterska musi się zacząć od słuchania. Jeśli damy sobie czas, może się zrodzić wiele dobrych rzeczy.

– Jak słuchać ludzi skoncentrowanych na sobie, potrafiących godzinami mówić np. o swoich urojeniach?

– Bardzo często chory, opowiadając mi o swoich objawieniach, pyta: „A czy ksiądz mi uwierzy? Bo nikt mi nie wierzy”. Mówię wtedy: „Wie pan, może tak być, że pana przeżycie mistyczne nakłada się na doświadczenie psychotyczne. Jedno nie wyklucza drugiego. Ale byłbym bardzo ostrożny”. Przecież i ja, i on dobrze wiemy, gdzie jesteśmy.

Teolog praktyczny

Chcę porozmawiać o konflikcie między religią a psychoterapią. Duchowe porady, jak wiadomo, mogą wspomóc proces leczenia, ale mogą go też zakłócić. Pytam o pojęcie winy, kluczowe w teologii zbawienia. Kościół uczy, że Jezus umarł na krzyżu, by zmazać nasze winy, tymczasem współczesna psychologia unika tego słowa, a wręcz uważa je za szkodliwe, bo utrwala lęk.

– Po co mówić o winie? – odpowiada pytaniem na pytanie. – Nigdy w rozmowach z wiernymi, tym bardziej z pacjentami, o tym nie mówię. Trzeba kłaść nacisk na Bożą miłość i ofiarę Jezusa. Jak można zresztą mówić o winie, gdy mamy do czynienia z człowiekiem chorym?

– Co w takim razie z „grzeszeniem myślą”, o którym mówi katechizm? Człowiekowi, który ma natrętne myśli, na przykład bluźniercze, spowiednik powie: „Nie myśl tak, bo to grzech”. Psychoterapeuta zaś mówi: „Nie blokuj tych myśli, nie walcz z nimi”. Jak to pogodzić?

Kapelan, jako teolog praktyczny, po raz kolejny daje pragmatyczną odpowiedź.

– Ja w takiej sytuacji powiedziałbym: jeżeli męczy cię ta fala, ten nurt różnych myśli, pozwól jej płynąć. Tylko pamiętaj, że jesteś dzieckiem Bożym, jesteś w łodzi Kościoła, w łodzi sakramentów. Płyń, ale niech ten nurt przepłynie obok ciebie. Nie wkładaj do niego głowy. Nie koncentruj swojej uwagi na tych myślach.

Zastanawiam się, czy zawsze znajduje właściwe rady?

Zwykła rozmowa

– Spowiadałem raz na oddziale pacjenta, który powiedział, że próbował się powiesić. Po spowiedzi przyszedł jeszcze raz, na końcu, po wszystkich, by chwilę porozmawiać. Tak jakby chciał coś dopowiedzieć. Miał specyficzne poczucie humoru, więc trochę żartowaliśmy. Mówił: „No i pasek się urwał. Całą dupę sobie, proszę księdza, potłukłem”. Ja na to: „Dobrze ci tak. Będziesz miał nauczkę”. Pośmialiśmy się.

Następnego dnia popełnił samobójstwo. Dokładnie w tym miejscu, o którym mi mówił. Powinienem to wszystko inaczej rozegrać. Dopytać. Powiedzieć lekarzom. Przecież to już nie była spowiedź, tylko zwykła rozmowa.

To, co niezbadane

Czy w rozmowach z lekarzami wymieniają się obserwacjami na temat pacjentów?

– Nie konsultujemy się. Ale są sytuacje, gdy lekarz prosi mnie o rozmowę z pacjentem i daje pewne wskazówki, albo odwrotnie – ja proszę lekarza, by mi pomógł. W szpitalu psychiatrycznym na dobrostan pacjenta pracuje więcej ludzi niż w innych dziedzinach medycyny. Nie tylko psychiatra, ale też psychoterapeuta, psycholog, terapeuta zajęciowy, pielęgniarki, kapelan. Każdy ma swój wkład.

Dla osób wierzących w kryzysie psychicznym religia może być ważnym elementem skutecznej terapii. Wiara w Boga, o ile nie jest zdeformowana, może być kluczowym narzędziem w procesie zdrowienia.

– Przychodzę na oddział psychogeriatryczny. Są tam ludzie w głębokim otępieniu, nie wiedzą, kim są, nie poznają najbliższych. Pytam: „Czy przyjmie pan komunię?”. „Ależ oczywiście. W imię Ojca, i Syna…”. Jak to wytłumaczyć?

Sam odpowiada na to pytanie:

– Choroba zabiera człowiekowi różne obszary świadomości, ale doświadczenie religijne jest głęboko osadzone w strukturach naszego mózgu. Pewnie za jakiś czas będziemy umieli to obrazować i badać. Trzeba wierzyć, że nawet człowiek z bardzo ograniczoną świadomością ma jej na tyle, że można mu ważnie udzielić sakramentu.

Piętno

Na niedzielnej mszy w kaplicy tłumów nie ma, każdy może znaleźć siedzące miejsce. Pacjenci, personel, mieszkańcy, goście – trudno rozróżnić, kto jest kto, można się zresztą pomylić.

– I o to chodzi – śmieje się ks. Jan. – Tak powinno być wszędzie. Kościół ma być wspólnotą budującą jedność, umacniającą.

Wie, że są pracownicy szpitala, mieszkający na terenie rektoratu, którzy idą gdzie indziej na mszę, bo mają dość pacjentów przez sześć dni w tygodniu. Ale za to przychodzą ludzie z zewnątrz. Właśnie ze względu na tę atmosferę.

Walka ze stygmatyzacją osób w kryzysach psychicznych jest jego kolejnym, ważnym zadaniem. Dlatego włącza się w różne inicjatywy szpitala, jak „dni otwarte”, „spacery aksjologiczne” czy cykl wycieczek „Cztery pory roku w Kobierzynie”. Szpitalne budynki, odrestaurowane w ostatnich latach, odzyskują dawne piękno. W planach jest odtworzenie folwarku. W otwartym dla wszystkich parku można spotkać ludzi spacerujących z psami, rodziców z dziećmi, zakochanych, starsze małżeństwa. Choć walka z piętnem nie jest łatwa.

Kilka lat temu deweloperzy budujący okoliczne osiedla domagali się zmiany nazwy parafii, na terenie której znajduje się szpital i rektorat. Bali się, że nikt nie kupi ich mieszkań, bo Kobierzyn źle się kojarzy. Lobbing u proboszcza i w kurii był skuteczny.

Ks. Klimek przyznaje jednak, że w ciągu 16 lat zaszły zmiany na lepsze. Także w Kościele. Wprawdzie choroby psychiczne rzadko są tematem oficjalnych dokumentów (na 32 papieskie orędzia z okazji Światowego Dnia Chorego poświęcono im tylko jedno – zrobił to Benedykt XVI w 2006 r.), ale mówi się o nich coraz więcej, zwłaszcza od czasu pandemii.

– Problemy ze zdrowiem psychicznym ma też dużo księży – zauważa ks. Jan. – Wielu ma chorych wśród swoich bliskich. To zmienia świadomość.

Zmienia ją także przekaz medialny – choroby psychiczne budzą dziś więcej współczucia i zrozumienia, choć dotyczy to przede wszystkim depresji czy zaburzeń odżywiania. Do osób cierpiących na schizofrenię i inne psychozy wciąż podchodzimy z lękiem.

Mechanizm ratunkowy

Pytam, czy się nie boi.

– Raz zostałem zaatakowany przez pacjenta. Nie fizycznie. Werbalnie, ale wyjątkowo brutalnie. Po dwóch czy trzech tygodniach ten pan przyszedł do kaplicy, by mnie przeprosić. Myślałem, że może ktoś mu kazał, ale nie. Powiedział: „Pamiętam tamto wydarzenie, wiele rzeczy się na to złożyło”. Myślę, że właśnie agresja bierze się z lęku. Oni się boją tego, co ich czeka, co noszą w sobie, przeżywają, czego nie rozumieją.

– A zamknięci na oddziałach detencji sądowej? Ci, którzy popełnili poważne przestępstwo?

– Co niedziela odprawiamy im mszę, spowiadamy. Wiem, że każdy z nich ma jakieś straszne doświadczenie, ale to przecież stało się z powodu choroby.

– Chyba że na spowiedzi dowie się Ksiądz, że ktoś symuluje – mówię.

– Pamiętam takiego chłopaka. Groziło mu siedem lat, symulował chorobę, trafił na oddział detencji. Spędził tam, o ile się nie mylę, czternaście lat. Gdyby dostał wyrok, wyszedłby może nawet po dwóch. Jakaś rewizja procesu, dobre sprawowanie. Ale został uznany za niepoczytalnego. Rodzinę wiele kosztowało, by go wyciągnąć z tego systemu. Sprawa obiła się o Strasburg. Symulowanie choroby to największy błąd. Zawsze to mówię.

Jak sobie radzić z tajemnicami, których trzeba dochować, porażkami, których – jak mówi – jest więcej niż sukcesów, cierpieniem, z jakim się spotyka?

– Jest nas dwóch. O wielu rzeczach sobie mówimy. Jesteśmy dla siebie taką superwizją. Myślę, że tego w naszej pracy brakuje najbardziej: regularnej superwizji kapłańskiej. Ważny jest też kontakt z ojcem duchowym. To taki kapłan w diecezji, który służy innym księżom wsparciem. Dla kapelanów szpitalnych to szczególnie ważne. Mam też swój wypracowany sposób. Po dniu pracy na oddziałach przychodzę do kaplicy i zostawiam wszystkie problemy Panu Jezusowi. Mówię: „Ja już nic więcej nie mogę zrobić. Ty jesteś Wszechmogący, Tobie to zostawiam”. Poza tym mam odskocznię od szpitala – uczelnię. Udało mi się nawet zrobić habilitację. Człowiek musi mieć jakieś inne zajęcie i inne środowisko, w którym odpocznie. Zatrzaśnięcie się w tym świecie może sprawić, że podzielimy los naszych pacjentów.

Dwóch jego poprzedników popełniło samobójstwo.

Powroty

Są też miłe chwile. Ludzie przychodzą podziękować.

– Wczoraj była jedna pani. Pacjentka sprzed dwóch czy trzech lat. Zamówiła kilka intencji mszalnych i ofiarowała 600 zł na piszczałkę. Zbieramy pieniądze na rozbudowę stuletnich organów, które w 2019 r. sprowadziliśmy z Holandii.

Byli pacjenci wracają też na msze i do spowiedzi. Zwłaszcza ci wyleczeni z uzależnień. Każdy sześciotygodniowy cykl leczenia kończy się trzydniowymi rekolekcjami. I na ten weekend przyjeżdżają nawet ci, którzy już dawno zakończyli terapię.

Nie wszystkich zna, nie wszystkich pamięta.

– Kiedyś pobyty w szpitalu były długie – mówi. – Niektóre nawet po 20 lat. Nie było DPS-ów psychiatrycznych, pacjenci nie mieli gdzie się podziać. Tutaj żyli. Wszyscy się znali. Teraz pobyty są krótkie. Nowoczesna psychiatria stawia na terapię środowiskową. Pacjent dziś szybko wychodzi. I równie szybko wraca. 

Spacer z przewodnikiem po terenie szpitala w Kobierzynie, maj 2017 r.  Fot. Katarzyna Bednarczyk / Agencja Wyborcza.pl

Zakład dla Umysłowo i Nerwowo Chorych w Kobierzynie rozpoczął działalność w 1917 r. Pierwszym dyrektorem był dr Jan Mazurkiewicz, późniejszy twórca warszawskiej szkoły psychiatrycznej. Leczenie polegało w tamtym czasie na izolacji chorych, często wieloletniej. W kobierzyńskim szpitalu pacjenci mogli pracować w gospodarstwie i warsztatach rzemieślniczych, co – jak zauważono – wydłużało okresy remisji choroby.

Lata II wojny światowej to czas eksterminacji chorych psychiatrycznie. We wrześniu 1941 r. wywieziono z Kobierzyna do obozów zagłady 91 pacjentów pochodzenia żydowskiego. W czerwcu 1942 r. 535 pacjentów trafiło do Auschwitz, gdzie zamordowano ich bez wpisywania do rejestrów więźniów (bezimiennie). Pozostali chorzy, niezdolni do transportu, zostali zabici zastrzykiem fenolu na terenie placówki.

W okresie powojennym szpital nie cieszył się dobrą opinią ze względu na złe warunki pobytowe i przeludnienie. Niemniej kilka wydarzeń i nazwisk z nim związanych zapisało się w historii polskiej psychiatrii, np. otwarcie szkoły dla pielęgniarek psychiatrycznych (jej dyrektorką była Hanna Chrzanowska, dziś błogosławiona) czy założenie przez dr. Antoniego Kępińskiego pierwszej w Polsce pracowni psychologii.

Po 1989 r. rozpoczęto proces rewitalizacji parku i szpitala. W 2011 r. Urząd Marszałkowski podjął decyzję o ich sprzedaży, którą odwołał po strajku głodowym pracowników. Nowy dyrektor, Stanisław Kracik (2012-2021), dokończył modernizację szpitala, przywracając mu dawną renomę. Dziś szpital dysponuje 800 łóżkami w 15 oddziałach stacjonarnych i ponad setką miejsc w 7 oddziałach dziennych. Pracuje w nich 120 lekarzy, 360 pielęgniarek, blisko 100 psychologów i terapeutów. 

Jak zadbać o siebie w czasach kryzysów psychicznych? Gdzie szukać pomocy? W jaki sposób rozmawiać z bliskimi? Co najnowsza nauka mówi o depresji i antydepresantach?

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarz „Tygodnika Powszechnego”, akredytowany przy Sala Stampa Stolicy Apostolskiej. Absolwent teatrologii UJ, studiował też historię i kulturę Włoch w ramach stypendium  konsorcjum ICoN, zrzeszającego największe włoskie uniwersytety. Autor i… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 7/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Piętno kapelana