Jestem łososiem

BARRY LOPEZ, autor książki „Arktyczne marzenia”: Pytają mnie, jak mogę pisać o więziach społecznych, skoro ciągle nie ma mnie w domu? I skąd we mnie tyle nadziei i naiwności?

Reklama

Jestem łososiem

Jestem łososiem

03.02.2020
Czyta się kilka minut
BARRY LOPEZ, autor książki „Arktyczne marzenia”: Pytają mnie, jak mogę pisać o więziach społecznych, skoro ciągle nie ma mnie w domu? I skąd we mnie tyle nadziei i naiwności?
Ropociąg Trans-Alaska i towarzysząca mu Dalton Highway w arktycznej części Alaski. CHRIS MADELEY / EAST NEWS
A

ADAM ROBIŃSKI: Jakie jest Pana pierwsze wspomnienie podróży?

BARRY LOPEZ: Miałem trzy lata i leciałem z matką z Nowego Jorku do Los Angeles. Po drodze mieliśmy międzylądowanie w Dallas. Mama zajmowała się moim kilkumiesięcznym bratem, a mnie przypięła do kurtki jednodolarowy banknot i kartkę, na której napisała: „Proszę go nakarmić”. Potem poprosiła stewardessę, żeby zaprowadziła mnie do terminala. Trudno to sobie wyobrazić w dzisiejszych czasach, prawda? Zapamiętałem to doświadczenie jako określające egzotyczną naturę podróży. Jest ekscytująca, bo nigdy nie wiesz, co ci się przydarzy poza domem.

Kiedy miał Pan sześć lat, dostał od mamy atlas świata.

Rozkładałem go na biurku w pokoju, którego ściany obklejone były mapami. Stawałem się podróżnikiem po krainie wyobraźni. Na kalce technicznej wyrysowałem parę długich tras, jak z Kairu do Kapsztadu czy z Alaski na Ziemię Ognistą. Lata później ściągnąłem ten atlas z półki i uświadomiłem sobie, że wiele z nich jako dorosły człowiek przemierzyłem.

To dzięki niemu zainteresował się Pan światem?

Być może. Kiedy patrzymy wstecz, zwykle stajemy się kolonizatorami własnej przeszłości. Przekonujemy samych siebie, że zawsze myśleliśmy tak, jak myślimy dziś. A to nieprawda. Ale jestem pewien, że od wczesnych lat byłem ciekaw innych sposobów życia niż ten, w którym wzrastałem. Kiedy miałem 17 lat, polecieliśmy z grupą znajomych ze szkoły na dziesięć tygodni do Europy. Nie dotarliśmy do Polski, ale widzieliśmy naprawdę dużo. Jeździliśmy busem, co wieczór stając w innym miejscu. Miałem notes, w którym wszystko notowałem: pokonany dystans, zabytki. Dla 17-latka z Ameryki Europa była ogromnym przeżyciem właśnie z uwagi na możliwość obserwacji zupełnie innych sposobów życia niż nasz. Potem, na uniwersytecie, wszedłem w kontakt z rdzennymi kulturami.

Przez kolejne dekady bycia pisarzem czułem potrzebę mówienia ludziom, którzy myślą o sobie, że są pępkiem świata, że wcale tak nie jest. Takie myślenie jest niebezpieczne.

Powiedział Pan kiedyś, że ma klasyczny umysł, który dobrze się czuje na otwartej przestrzeni. To dlatego tak chętnie wyruszył Pan do Arktyki?

Nie, bo dopiero tam to sobie uświadomiłem. Alaska dla kogoś z pozostałych 49 stanów to egzotyczne miejsce. O ile pojedziesz gdzieś dalej niż tylko do Anchorage, szybko uświadamiasz sobie, jak puste. Możesz pozbyć się większości miejskich wygód i przez długi czas nie oglądać innych ludzi.

Pamięta Pan swój pierwszy raz w Arktyce?

Poleciałem na Alaskę 17 marca 1976 r., to Dzień św. Patryka. Pochodzę z rodziny irlandzkich katolików, takie daty się u nas zapamiętuje.

Leciał Pan z jakimiś oczekiwaniami?

Pracowałem wtedy nad książką o wilkach i czułem się w obowiązku przeczytać każdą pracę naukową na ten temat. Ale im dalej w las, tym bardziej byłem nimi znudzony. Aż doszedłem do pracy napisanej przez Boba Stephensona z Alaskańskiego Departamentu Rybołówstwa i Łowiectwa.

Niesamowite było to, że napisał ją razem z Inuitą, co od razu rzuciło mi się w oczy, bo biali rzadko dzielą się przestrzenią z innymi. To był czas, kiedy biznes wydobywczy słał na Alaskę ogromne pieniądze. Stephenson dostał za zadanie wybadać, w jaki sposób budowa rurociągu w Górach Brooksa wpłynie na życie tamtejszych wilków. Mógł zrobić to w tradycyjny sposób, z zastosowaniem telemetrii i obserwacji, ale zamiast tego wybrał się do małej osady Anaktuvuk Pass i poprosił jej mieszkańców, by zostali jego nauczycielami. Byli pod takim wrażeniem szacunku i pokory, z jakimi się odnosił do ich wiedzy, że od razu go przyjęli, a on z czasem kupił tam dom i był związany z tym miejscem aż do śmierci.

Napisałem do niego z pytaniem, czy mógłbym przylecieć i spędzić z nim trochę czasu w związku z książką, nad którą pracuję. Odpisał, że tak. Więc kupiłem bilet – pamiętam: kosztował 360 dolarów, więcej niż tak naprawdę miałem – i dwa dni później siedzieliśmy razem na południowych zboczach Pasma Alaski, gdzie usypialiśmy wilki, a potem zakładaliśmy im obroże z nadajnikami. Wszystko, co potem w życiu napisałem, wyrosło z tego doświadczenia kontaktu z dzikimi zwierzętami w odludnych miejscach.

Ile czasu zajęło Panu poznanie regionu na tyle, by być gotowym o nim napisać w książce „Arktyczne marzenia”?

Trzeba się pogodzić z faktem, że nigdy nie pozna się jakiegoś miejsca na wylot. Ale można zebrać materiał, z którym czujemy się emocjonalnie związani i potrafimy odkryć drzemiące w nim historie. Miałem tak z każdą książką – w pewnym momencie dochodziłem do przekonania, że choć nie wiem wszystkiego, to jednak mogę już skomponować swój tekst. Dla kogoś z zewnątrz mogłoby to pewnie wyglądać na chwilę przełomową.

Pamięta Pan swój oryginalny pomysł na tę książkę?

Na pewno miałem w głowie podstawowe idee, które pozwoliły mi zaplanować jej architekturę. Na przykład to, że w pierwszej kolejności chciałem napisać o piżmowołach, bo to ssaki lądowe, z którymi – jako ssaki lądowe – jesteśmy raczej obeznani. Potem opisać niedźwiedzia polarnego, który jest zwierzęciem lądowo-morskim, a dopiero na końcu narwala, który żyje w zupełnie innych realiach niż nasze. Całe „Arktyczne marzenia” były zaplanowane w ten sposób. Jednak moim podstawowym celem było okazanie szacunku zachodniej nauce i metodologii, ale bez wywyższania jej ponad obserwacje z pierwszej ręki, dokonywane przez rdzennych mieszkańców.

Pan jest na kartach „Arktycznych marzeń” raczej nieobecny. Książka przypomina trochę dokument sir Davida Attenborough.

Jestem podejrzliwy wobec książek, które opowiadają głównie o autorze. Wolę być dla czytelnika kompanem niż autorytetem. Przez całe życie starałem się zniknąć gdzieś w tle swojego pisania. Jasne, tak jak większość pisarzy mam silne ego i pewne etyczne podejście do świata, które na pewno jest wyczuwalne, ale pisanie o samym sobie w książce takiej jak „Arktyczne marzenia” wydaje mi się nie na miejscu.

Z drugiej strony, dziś mam 75 lat i dopiero co wydałem książkę „Horizon”, która jest w dużym stopniu ­autobiograficzna. W pewnym momencie doszedłem do wniosku, że skoro od pół wieku oglądam daleki świat, to być może będzie już w porządku, jeśli o tym opowiem.

„Arktyczne marzenia” to opowieść o niewinnych, pełnych światła kraj­obrazach. Ciemność nigdy nie nadchodzi. Czy gdyby miał ją Pan napisać dziś, byłaby to zupełnie inna książka?

Oczywiście.

„Arktyczne koszmary”?

W pewnym momencie piszę, że nawet obcując z mrokiem dostrzegamy światło, i musimy do tego światła dążyć. Nie da się wyeliminować całego zła, ale możemy starać się być dobrymi ludźmi choćby w kontakcie z bliskimi. Dążyć ku światłu. Dlatego też, czy to pisząc, czy występując publicznie, staram się dzielić informacjami, które każą się zatrzymać, ale jednocześnie budują w ludziach poczucie własnej wartości i wrażliwości na świat. Impuls do opowiadania historii jest impulsem społecznym. Nie chodzi o zaspokajanie ego. Obowiązkiem pisarza nie może być autorytarne rozkazywanie czytelnikowi, tylko sprawozdanie: „Oto, co widziałem, co o tym myślisz?”. I dodawanie otuchy.

Nadziei?

Kiedy czytelnik skończy czytać książkę, ma zapomnieć jej autora i tytuł. Wolę, żeby zrozumiał, co jest w życiu najważniejsze, żeby łatwiej było mu obrać drogę, którą ma podążać.

Pisarka Rebecca Solnit twierdzi, że książka jest jak niesione wiatrem nasiono. Nigdy nie wiesz, kiedy i gdzie zakiełkuje.

A pisarz nie powinien mieć na celu zostanie zapamiętanym, tylko bycie przydatnym. Jeśli piszesz, bo uważasz, że jesteś genialny, to masz złe podejście. Twoim obowiązkiem jest troska o społeczność, której jesteś częścią. Można to robić na wiele sposobów, ale podstawowym celem powinno być dobro czytelnika. Kiedy zaczynałem pisać, myślałem, że chodzi przede wszystkim o informowanie go. Teraz, gdy siadam do pisania, chcę mu opowiedzieć o miejscu, w którym się znaleźliśmy, o kłopotach, które przed nami, i jednocześnie objąć go ramieniem, bo jesteśmy w tym razem.

Zastanawiał się Pan, czy pisząc o Arktyce może jej Pan tak naprawdę zaszkodzić?

Wstyd mi to przyznać, ale tak się stało. Rok po wydaniu „Arktycznych marzeń” zaproszono mnie do udziału w wykopaliskach archeologicznych na Wyspie Ellesmere’a. Badaliśmy 900-letnie domostwa. Nasz obóz znajdował się w jednym z najbardziej odizolowanych miejsc w Arktyce. Pewnego dnia na zaimprowizowanym pasie wylądował czarterowy samolot, z którego wysiadło 20 osób ubranych w identyczne, jaskrawoczerwone polary. Przeszkadzali nam w pracy, ale mimo to staraliśmy się być mili. A potem podszedł do mnie przewodnik tej wycieczki i zaczął mi dziękować. Mówił, że dzięki mojej książce założył dobrze prosperujący biznes. Pomyślałem wtedy, że byłem straszliwym naiwniakiem, skoro zbagatelizowałem to zagrożenie.

Od pół wieku podróżuje Pan po świecie, ale też mieszka ciągle w tym samym miejscu, w lasach zachodniego Oregonu. Co jest bardziej naturalne: ruch czy tkwienie w miejscu?

Ktoś mnie kiedyś zapytał, jak mogę pisać o więziach społecznych, skoro ciągle nie ma mnie w domu? To kłopotliwe pytanie, nie chciałem na nie odpowiadać, musiałem to najpierw przemyśleć. Dom, w którym mieszkam dokładnie od pięćdziesięciu lat, stoi na wzniesieniu w dawnym korycie rzeki McKenzie, która płynie dziś tuż obok i jest bardzo szeroka, na wysokości mojego domu ma 350 metrów. Pod moimi oknami rozmnażają się łososie królewskie. Składają ikrę, a potem umierają. Któregoś dnia powiedziałem do siebie: „Ty idioto! Myślisz, że łosoś nie jest mieszkańcem tych stron, bo po narodzinach na trzy lata stąd znika i wraca, by umrzeć?”. Przecież to tak samo jak ja. Długimi okresami jestem poza domem, ale nigdy o nim nie zapominam. Zresztą dziś doszedłem do punktu, w którym coraz częściej myślę, by zabronić sobie latania. Chyba już mi wystarczy, pora osiąść. Mam przywilej mieszkać w starym lesie deszczowym strefy umiarkowanej, w stromych górach. Są tu czarne niedźwiedzie, łosie, jelenie, pumy. Trzy pierwsze obserwuję bez wychodzenia z domu! Być może to z tym miejscem powinienem prowadzić rozmowę na ostatnim etapie życia?

Praktykowana w rdzennych kulturach rozmowa z ziemią to często powracający w Pana twórczości motyw. Podobnie jak budowanie struktur społecznych wokół starszyzny. Da się te pojęcia przełożyć na język naszej kultury?

Wierzę w to, że społeczeństwo zbudowane wokół grupy starszyzny jest o wiele bardziej stabilne niż zachodnie, dążące do nieustannego rozwoju. Potrzebuję tej wiary dla własnego zdrowia psychicznego. Nie umiem żyć w rozpaczy, chyba nikt nie potrafi. Wiem, że dużo w tym naiwności, bo jestem świadom mroku, który wylewa się z naszych telewizorów. Ale gdybym miał żyć tymi myślami, byłbym jako człowiek zupełnie bezużyteczny dla innych. Tymczasem moim obowiązkiem jako pisarza jest opowiadanie historii, które sprawią, że czytelnik uwierzy w scenariusz, w którym ludzi takich jak Donald Trump wymieniamy na sprawującą autentyczną pieczę nad wszystkimi starszyznę.

Ten rozwój od wieków dominuje w narracjach, którymi się karmimy. Jakie historie powinniśmy opowiadać sobie w antropocenie?

Takie, w których autor znika, a czytelnik zyskuje poczucie, że jest kochany, bo jego dobrostan okazał się być istotny z punktu widzenia obcej mu osoby. To są historie, które mogą pomóc nam wszystkim. Przez lata podróży zadawałem w wielu rdzennych kulturach pytanie: kim jest opowiadacz historii? W Yellow­knife na Terytoriach Północno-Zachodnich w Kanadzie usłyszałem, że jesteś nim, dopóki twoje historie są pomocne. Z kolei w inuktitut (języku Eskimosów) na wschodzie kanadyjskiej Arktyki opowiadacz to ten, kto tworzy atmosferę, w której mądrość odsłania się sama. Jeśli tak stawiasz sprawę, to od razu rozumiesz, że nie osoba jest istotna, tylko owa mądrość. Ona jest na co dzień ukryta niczym dzikie zwierzę, ale dzięki tej osobie i stworzonej atmosferze czuje się na tyle bezpiecznie, by się ujawnić, pokazać.

W „Arktycznych marzeniach” pisze Pan też, że naturalnym stanem rzeczy jest tajemnica, a nie pewność. Przecież wiedza to wszystko, co mamy!

Jasne, zgadzam się, że ciekawość wąskiej grupy ludzkości, która próbuje zrozumieć na przykład, dlaczego woda w zwężce Venturiego przyspiesza, doprowadziła nas do stanu, w którym mamy mnóstwo informacji. Ale brakuje nam odpowiedniej narracji. Żyjemy w czasach, w których powinniśmy szukać sposobów na wynalezienie świata na nowo. Tymczasem całą energię marnujemy na projektowanie nowego wzoru koszuli. Nie potrzebujemy nowych rodzajów podstawowych ubrań. Potrzebujemy rozwoju infrastruktury, która uchroni nas przed tragicznymi konsekwencjami obecnej sytuacji, wpływu człowieka na planetę. Aby tak się stało, nie możemy tkwić w starych ideach gromadzenia dóbr czy kultu bohaterów. One są bezużyteczne z punktu widzenia społeczności. Nie możemy nieść tego bagażu i liczyć na to, że jednocześnie rozwiążemy nasze podstawowe problemy. Jeśli koncentrujesz się na budowaniu murów i atakowaniu ludzi ze względu na religię czy rasę, to nie masz nic do zaoferowania.

Czy z tą wiedzą i świadomością łatwo Panu wciąż zachwycać się światem?

Żyję w takim miejscu, gdzie powinno się raczej pytać, jak się nim nie zachwycać. Ale czasem zastanawiam się, czy ja się tu po prostu nie ukrywam. Kiedy lecę do Nowego Jorku na wykłady, to się oczywiście przyzwyczajam do hałasu czy tłumów, ale nie potrafię tam myśleć. Znajomi pisarze, którzy mieszkają tam na stałe, pytają mnie czasem, skąd we mnie tyle nadziei i naiwności. Przypominam sobie wtedy, że codziennie podejmuję wysiłek ochrony tej naiwności. Gdybym pogrążył się w cynizmie i brutalności, z którą obcuje się choćby w polityce, szybko poszedłbym na dno.

Dwadzieścia lat temu usłyszałem od znajomego, że zna tylko jedną krytyczną rzecz, jaką ludzie mówią o moich książkach: czują się podniesieni na duchu, ale ci, którzy sporo się w życiu nacierpieli, mają wątpliwości, czy można mi zaufać. Czy pisałbym to wszystko, gdybym sam się wycierpiał? Było w tym wiele mądrości, a to pytanie wisiało nade mną latami. W końcu w 2013 r. napisałem esej [opublikowany w magazynie „Harper’s” – red.] o tym, jak w dzieciństwie byłem molestowany seksualnie. Miałem wiele powodów, by to zrobić, ale chyba najważniejszym było powiedzenie moim czytelnikom: choć tego po mnie nie widać, to naprawdę wiem, co macie na myśli, gdy opowiadacie, że zostaliście zgwałceni. Jako dziecko byłem gwałcony przez cztery i pół roku. Nie miałem ojca, do którego mógłbym się zwrócić. Musiałem sobie poradzić sam lub umrzeć. Wiem, co to znaczy żyć w przekonaniu, że jest się najbardziej bezwartościową osobą na świecie. Więc kiedy piszę coś, co ma podnieść na duchu, nie wynika to z mojej naiwności, ale wiedzy i doświadczenia. Wiem, jak potworni mogą być dla siebie ludzie. I mimo to ciągle wierzę w świat pełen ideałów i chcę się tą wiarą dzielić.

To była najtrudniejsza rzecz, jaką Pan napisał?

Tak, ale problem był raczej natury technicznej, a nie emocjonalnej. Przeszedłem przez cztery lata terapii, zakończyłem ją z umiejętnością radzenia sobie z dziecięcą traumą. Ktoś mógłby powiedzieć, że tamten esej był formą terapii, ale nie, to był mój zawodowy obowiązek. Tak jak po spotkaniu z niedźwiedziem polarnym mam w sposób wiarygodny je zrelacjonować, tak samo i w tym przypadku musiałem zrobić to z obiektywizmem, który był mi jednak obcy, bo nigdy wcześniej nie pisałem o sobie. Ten techniczny problem polegał na stonowaniu własnego głosu. Zresztą wspólnie z redaktorem uznaliśmy, że opowiem tylko o części traumy, bo tych emocji i tak będzie za dużo. Resztę opiszę kiedy indziej.

Czyli to nigdy nie będzie zamknięty rozdział?

Celne pytanie. Po terapii wszedłem w świat z dużo większą równowagą. Wydawało mi się, że stałem się lepszym człowiekiem. Ale potem łapałem się na tym, że bywam nie w porządku wobec innych i zastanawiałem się, czy to wciąż echa traumy. Więc chyba tak, z tego nigdy się nie wychodzi do końca. Terapia nie ma cię wyleczyć, tylko nauczyć cię, jak sobie z tym radzić.

Wie pan, mam nowotwór czwartego stopnia. Kiedy dowiedzieliśmy się z żoną, że są przerzuty, byliśmy oczywiście wstrząśnięci. Jednak onkolog powiedziała mi coś, co potrzebowałem usłyszeć: że to nieuleczalna choroba, nie będzie żadnej remisji, ale możemy sobie z nią radzić. To tak jak z moją terapią – była skuteczna, choć nie wymazała wspomnień. Nauczyła mnie, jak sobie z nimi radzić. To samo dotyczy żałoby i niepewności związanych ze środowiskiem naturalnym. Musisz umieć sobie z nimi poradzić, w przeciwnym wypadku będziesz bezużyteczny. Jeśli siadacie w kółeczku osób, które myślą identycznie, i utwierdzacie się w negatywnych myślach, to nikomu nie pomagacie.

Reżyser Werner Herzog powiedział kiedyś, że pomogłoby nam wysłanie w kosmos poetów i artystów zamiast astronautów, bo przywieźliby nam nowe obrazy i nowe perspektywy.

Zgadzam się z nim całkowicie. Przed czasami rewolucji naukowej, jeśli chciałeś poznać prawdę, szedłeś do teatru, słuchałeś muzyki, wpatrywałeś się w obraz. A potem wyrobiliśmy sobie zdanie, że tylko nauka jest nośnikiem prawdy. Owszem, fizyk atmosfery powie ci prawdę o kryzysie klimatycznym, ale nie on jeden. To samo mogą zrobić dramatopisarze, literaci, muzycy, tancerze czy fotograficy. To oni dają nam brakujące ogniwo, które pozwala tę prawdę zrozumieć. To, że dwa plus dwa daje cztery, nijak nie mówi nam, co to znaczy być człowiekiem. Naukowcy nie powinni się dziwić, że ich przesłanie nie trafia do ludzi, jeśli patrzą na sztukę z góry i traktują ją jako folklor. Są zbyt zapatrzeni w swoją prawdę, by zrozumieć tę jedyną, pisaną wielką literą. ©


FOT. ULF ANDERSEN / GETTY IMAGES

BARRY LOPEZ (ur. 1945) jest amerykańskim pisarzem, prozaikiem i eseistą. Za „Arktyczne marzenia” (właśnie ukazały się w przekładzie Jarosława Mikosa nakładem Marginesów) został wyróżniony National Book Award w dziedzinie literatury faktu.

Galeria zdjęć

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz, wychowanek „Życia Warszawy”, stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Autor krajoznawczego zbioru esejów „Hajstry. Krajobraz bocznych dróg” (Wyd. Czarne 2017), za który...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]