Jakże krzepi widok partyjnego działacza, który umie czytać ze zrozumieniem wytyczne komitetu centralnego

Chęć zdobywania tradycyjnych dowodów wykształcenia, którymi są dyplomy wyższych uczelni, napawa nas radością. Teraz dorośli dają przykład młodzieży przez masowe ich kupowanie. Serce rośnie!
Czyta się kilka minut
Stanisław Mancewicz // Fot. Grażyna Makara / Katarzyna Włoch / Tygodnik Powszechny
Stanisław Mancewicz // Fot. Grażyna Makara / Katarzyna Włoch / Tygodnik Powszechny

Nasz optymizm i pozytywistyczne nastawienie każą nam z entuzjazmem traktować pęd mas ku wiedzy. Od zawsze uważamy, że obowiązek szkolny, upowszechnianie takich kompetencji jak umiejętność czytania i pisania, zdobywane choćby na kursach przyśpieszonych dla działaczy partyjnych, to wspaniała zdobycz naszych czasów. Ileż radości daje widok działacza partyjnego czy polityka polskiego, który umie się podpisać, który jako tako składa literki i czyta ze zrozumieniem wytyczne komitetu centralnego swojej partii – wszystkie te i tym podobne wydarzenia krzepią, bo czasy dla konwencjonalnie rozumianej nauki są – nie kryjmy – trudne.

Chęć zdobywania tradycyjnych dowodów wykształcenia, którymi są dyplomy wyższych uczelni, napawa nas radością. Zwłaszcza dyplomów placówek tak zasłużonych w dźwiganiu „krużganka oświaty” – by zacytować legendarną frazę prawicowego intelektualisty R. Bąkiewicza – jak owo głośne Collegium Humanum. Nawiasem, placówkę tę zalegalizował niezapomniany minister J. Gowin. Oczywiście, chcielibyśmy, by polskich kandydatów do tytułu Master of Business Administration odpytywano z czegokolwiek, poza pytaniem o to, czy przelew już poszedł. Ot, choćby z wiedzy na temat kształtu Ziemi i jej miejsca we wszechświecie. Nie, nie jesteśmy surowi. Tego nam zarzucić nie wolno, bo zgadzamy się z postulatem, by odpowiedź, że Ziemia ma kształt placka ziemniaczanego wspartego na kudłatych grzbietach żubrów, uznawać za potencjalnie prawidłową. Jesteśmy otwarci. Nie możemy ani wykluczać, ani dyskryminować. Uznajmy, że kandydat chciał dobrze, że się uczył, że jest stworzony do zarządzania spółką Skarbu Państwa, że może, a nawet musi, być generałem wojsk polskich albo ministrem, albo prezydentem miasta. Ludziom, którym marzy się kariera menedżerska na najwyższym światowym poziomie, należy zawsze bić brawo. Lubimy, jak dorośli dają przykład młodzieży, a przykład masowego kupowania dyplomów uważamy za kolejny ciekawy przyczynek do historii III RP.

Idźmyż dalej, oto b. Gospodarz powiedział ostatnio, że wraca do polityki, choć przecież z niej nie odszedł. To znaczy – powiada on: będę kandydował na prezesa partii, wciąż nazywającej się Prawo i Sprawiedliwość. Jest to decyzja, która naprawdę cieszy każdego, nie tylko p. Tuska. A więc zadowoleni są i przeciwnicy tej partii, i jej zwolennicy, oraz ludzie gruntownie obojętni. W Polsce rzadko zdarza się jednomyślność, a tu proszę. Fajnie. Byliśmy zaniepokojeni, gdy p. Kaczyński dawał do zrozumienia, że ma zamiar zrezygnować z tzw. piastowania. To by zdezorganizowało życie publiczne w Polsce. Bo trudno nam sobie wyobrazić, że prezesem PiS-u jest np. p. Morawiecki. Zważyć należy, że tego człowieka przerosły wszystkie funkcje, które pełnił w życiu, można więc z dozą pewności uznać, że nie jest on zdolny do wzięcia lutni po Bekwarku. Jak zresztą nikt z tego towarzystwa. Kto nie łapie naszej myśli, niech sobie teraz wyklika ów wiersz Jana Lechonia i przeczyta go ze zrozumieniem. Popisujemy się, owszem, ale w zarozumialstwo wbijają nas pojawiające się tu i ówdzie informacje, że partia Prawo i Sprawiedliwość może zmienić nazwę. Jeżeli jej najwyższe gremia uznają, że się zdezaktualizowała. Nie domagamy się żadnych dowodów uznania, nawet w formie przelewu, ale chcemy jednak wyraźnie przypomnieć, że od wielu lat głosimy, iż nazwa Prawo i Sprawiedliwość jest od zawsze w zasadniczej kolizji ze znaczeniem tych dwu słów.

Trzeba tu jednak uczciwie dodać, że działaczom wcale nie chodzi o to, by nazwa ich ugrupowania odzwierciedlała sens, czyny i zamiary, ale by zrobić nam wszystkim psikusa. Byśmy – jak tu ponuro siedzimy – nagle uznali, że ta sama partia, z odwiecznym prezesem, dawnymi działaczami i członkami, z niezmienioną ideologią i widzeniem świata, ale ze zmienioną nazwą, jest nowinką na rynku. Że na jej widok wpadniemy w amok i zachwyt. Ciekawe założenie. Ciekawy pomysł. Ciekawe rozumienie uczciwości w życiu publicznym. Ciekawy kraj.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 11/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Bez nazwy