Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Grudzień ’70: co wypada pamiętać?

Grudzień ’70: co wypada pamiętać?

01.12.2010
Czyta się kilka minut
Mija czterdziesta rocznica Grudnia'70. Mimo upływu tylu lat, w Trójmieście i Szczecinie pamięć o nim jest żywa i nadal obecna w życiu publicznym.
Gdynia, grudzień 1970 r.: demonstranci niosą na drzwiach zwłoki 18-letniego Zbigniewa Godlewskiego. Scena ta została uwieczniona w „Balladzie o Janku Wiśniewskim”. / fot. IPN
W

W głębi kraju o tej narodowej tragedii przypominamy sobie zwykle przy okazji tzw. okrągłych rocznic. Wtedy właśnie ukazują się kolejne książki na ten temat (jak dotąd wydano ich już ponad 50, a następnych kilka ukaże się w najbliższych dniach i tygodniach). Przez parę dni jest głośno o rocznicy i udziale w jej uroczystych obchodach najważniejszych osób w państwie. O Grudniu ’70 wspomina się w programach radiowych i telewizyjnych, a najpoważniejsze tytuły prasowe zamieszczają okolicznościowe artykuły.

Można wówczas odnieść wrażenie, iż było to wydarzenie o wyjątkowej doniosłości dla najnowszych dziejów Polski. Ale po kilku dniach wszystko wraca do "normy" - i na następne lata znowu zapominamy o Grudniu. Czasem tylko tę ciszę medialną przerywają doniesienia o kolejnych odsłonach procesu przeciwko osobom oskarżanym o "kierownicze sprawstwo" - i tak do następnej "okrągłej rocznicy".

1968-1970: czas stagnacji i frustracji

Mam pełną świadomość tego, że przedstawiony powyżej obraz "historii rocznicowej" można odnieść do każdego z "polskich miesięcy". A nawet do niemal wszystkich najważniejszych wydarzeń z najnowszej historii naszego kraju - może z wyjątkiem rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, od kilku lat obchodzonej 1 sierpnia w sposób mniej czy bardziej uroczysty w całej Polsce . Tak było, tak jest i najpewniej zawsze tak będzie. Po raz kolejny spróbuję więc i ja przypomnieć, co wydarzyło się w Grudniu roku 1970.

Zacząć wypada od tego, że lata 1968-1970 był to najgorszy (nie wyłączając stanu wojennego) po czasach stalinowskich okres w historii Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej.

Wyznaczały go: brutalnie tłumiona rewolta studencka w Marcu 1968 r., równoległa w czasie propagandowa kampania antyinteligencka i antysemicka, w następstwie której wyemigrowało z Polski ponad 15 tys. osób, udział Wojska Polskiego w inwazji Układu Warszawskiego na Czechosłowację w sierpniu 1968 r., a wreszcie krwawo pacyfikowana robotnicza rewolta w Grudniu 1970 r.

Wtedy to, w dramatycznych okolicznościach, zakończył się ponad czternastoletni okres rządów Władysława Gomułki. Kończył się on w atmosferze ekonomicznej stagnacji i stopniowo rosnącej społecznej frustracji. A kroplą, przepełniającą czarę goryczy, stała się wprowadzona zaledwie na jedenaście dni przed świętami Bożego Narodzenia drastyczna podwyżka cen wielu towarów, w tym zwłaszcza artykułów spożywczych.

Pierwszy strajk, pierwsze starcia

Społeczeństwo o podwyżce oficjalnie poinformowano dopiero wieczorem 12 grudnia 1970 r., w przeddzień jej wprowadzenia - gdy sklepy w całym kraju były już zamknięte. Chodziło o to, by nikt nie mógł zgromadzić na zapas towarów po starych, niższych cenach.

Polacy w swej masie byli świadomi tego, że "operacja cenowa" uderzała głównie w rodziny o najniższych dochodach. Trudno się zatem dziwić, że stała się ona bezpośrednią przyczyną gwałtownych robotniczych protestów, do których doszło w kilku miastach Wybrzeża. Nie znaczy to jednak, że miały one wyłącznie ekonomiczny charakter.

Jako pierwsza zastrajkowała w poniedziałkowy poranek, 14 grudnia, Stocznia im. Lenina w Gdańsku, której pracownicy zażądali cofnięcia podwyżki. Ponieważ kierownictwo zakładu nie mogło spełnić tego postulatu, po czterech godzinach robotnicy sformowali pochód i wyszli poza teren stoczni. Skierowali się pod znajdujący się kilkaset metrów od bramy gmach Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Manifestanci chcieli rozmawiać z I sekretarzem KW Alojzym Karkoszką, ale ten przebywał w Warszawie, gdzie właśnie obradowało VI plenum KC PZPR. Rozgoryczeni demonstranci, nic nie osiągnąwszy, przez kolejne kilka godzin przemieszczali się ulicami Gdańska, zachowując jednak spokój i porządek.

Gdy po kilku godzinach, nadal w spokoju, wracali pod siedzibę lokalnych władz partyjnych, zostali nagle zaatakowani petardami i granatami łzawiącymi przez funkcjonariuszy MO. Stało się to na krótko przed godziną 16, w pobliżu mostu Błędnik.

Było to już ponad dziewięć (sic!) godzin po tym, jak zaczął się strajk w Stoczni im. Lenina i blisko pięć godzin po tym, jak protestujący pochodem opuścili stocznię. Władze lokalne (i ich zwierzchnicy w Warszawie) miały więc dość czasu na podjęcie poważnych rozmów z protestującymi. Wyraźnie tego jednak nie chciały, a może nie mogły lub nie umiały uczynić. Autentyczny dialog społeczny był obcy praktyce tamtego systemu. Nie po raz pierwszy i, niestety, nie ostatni w dziejach PRL łatwiej było przeciw robotnikom posłać milicję i wojsko, niż podjąć z nimi poważne rozmowy.

W śródmieściu Gdańska rozgorzały więc gwałtowne walki uliczne, które toczyły się do późnych godzin wieczornych. Milicja tego dnia nie używała jeszcze broni palnej; nie było zatem ofiar śmiertelnych, choć przynajmniej kilkudziesięciu ludzi zostało rannych.

Gdańsk: pierwsi zabici

Nazajutrz, 15 grudnia, protesty się nasiliły. W wielu punktach Gdańska dochodziło do starć z "siłami porządkowymi", które tym razem używały broni palnej.

Od godzin rannych znów na ulicach pojawili się stoczniowcy, którzy pochodem udali się pod gmach Komendy Miejskiej MO, gdzie rzekomo miały być przetrzymywane osoby zatrzymane poprzedniego dnia. Właśnie w rejonie komendy przy ul. Świerczewskiego, gdzie walki przybrały szczególnie gwałtowny charakter, padli pierwsi zabici. Wraz z upływem czasu potęgowała się obustronna agresja. Miały miejsce podpalenia samochodów, rabunki sklepów, przypadki demolowania obiektów publicznych.

Demonstrantom udało się w końcu podpalić budynek KW PZPR. Tłum przed płonącym gmachem szacowano na ponad 20 tys. osób, z których wiele cieszyło się, gdy ogień zaczął ogarniać kolejne piętra Domu Partii, w grudniowe dni przezwanego przez gdańszczan "Reichstagiem". Zdesperowani demonstranci nie dopuszczali straży pożarnej.

Także 15 grudnia do Gdańska wprowadzono żołnierzy, wyposażonych w broń maszynową i ciężki sprzęt. Mimo to (a może właśnie dlatego?) walki uliczne w mieście trwały praktycznie przez cały dzień. Zginęło w nich co najmniej siedem osób, kilkaset zostało rannych, a około 500 demonstrantów zatrzymano.

Rano następnego dnia, gdy pracownicy Stoczni im. Lenina przez bramę nr 2 ponownie chcieli wyjść na ulice, zostali ostrzelani przez blokujących ich zakład milicjantów i żołnierzy. Według oficjalnych ustaleń, zginęły tam wówczas dwie osoby, a 11 zostało rannych. Były to ostatnie ofiary w Gdańsku. Stoczniowcy cofnęli się bowiem na teren zakładu pracy, gdzie proklamowali strajk okupacyjny. Jednak w ciągu kilkunastu godzin został on złamany.

Walczący Szczecin

Tymczasem fala strajkowa stopniowo rozlewała się na inne miasta Wybrzeża, obejmując Elbląg, Gdynię, Słupsk i Szczecin, gdzie walki uliczne przybrały najbardziej gwałtowny charakter. Wypada tu przypomnieć, że przed 17 grudnia w Szczecinie nie było żadnych demonstracji ulicznych, rabunków ani podpaleń. Jednak począwszy od 17 grudnia to stolica Pomorza Zachodniego stawała się z wolna centrum protestu społecznego. Przed południem pracownicy Stoczni im. Warskiego pochodem wyszli poza bramę zakładu - podobnie jak przed trzema dniami ich koledzy w Gdańsku - kierując się w stronę KW PZPR. Do pierwszego gwałtownego starcia doszło w rejonie ulicy Dubois, gdzie milicjanci brutalnie zaatakowali pochód.

W tym samym czasie przed lokalną siedzibą władz partyjnych stopniowo gromadziło się coraz więcej manifestantów. W obliczu groźby podpalenia I sekretarz KW Antoni Walaszek podjął decyzję o ewakuacji budynku. Ciekawe, że zanim doszło w tym rejonie do gwałtownych starć z "siłami porządkowymi", żołnierze długo nie przeszkadzali w plądrowaniu, a nawet w próbach podpalenia gmachu KW. Co więcej, miały tam miejsce przypadki bratania się wojska ze stoczniowcami. Niewątpliwie za przyzwoleniem żołnierzy, na transporterach opancerzonych demonstranci zatykali transparenty z napisami: "Żądamy podwyżki płac" czy "Popieramy stoczniowców Gdańska i Gdyni".

Sytuacja wokół gmachu KW PZPR stawała się coraz bardziej dramatyczna. Podobnie jak wcześniej w Gdańsku tłum, szacowany na ponad 20 tys. osób, nie dopuszczał do gaszenia płonącego budynku, pozwalając jedynie na profilaktyczne polewanie wodą przylegających domów. Sytuacji nie były w stanie opanować ani oddziały wojska, wydzielone do obrony rejonu KW, ani skierowane tam siły zwarte MO. Pod KW PZPR wojsko oddało strzały ostrzegawcze.

Po godzinie 15 epicentrum walk przeniosło się pod znajdujący się w odległości dwustu metrów gmach Komendy Wojewódzkiej MO. Tam wielokrotnie milicjanci i żołnierze używali broni palnej. Gwałtowny przebieg miały także walki w pobliżu Wojewódzkiego Aresztu Śledczego, gdzie najbardziej zdeterminowani demonstranci próbowali sforsować bramę. Służba więzienna i żołnierze z wysokości murów za pomocą hydrantów i "chemicznych środków łzawiących" odpierali napastników.

Masakra w Gdyni

Wszelako najtragiczniejszy przebieg miały tego dnia wydarzenia w Gdyni, gdzie wcześniej także nie było starć ulicznych, rabunków i podpaleń, a co więcej - 15 grudnia ukonstytuował się Główny Komitet Strajkowy miasta Gdyni, który został uznany za partnera przez przewodniczącego Prezydium Miejskiej Rady Narodowej Jana Mariańskiego.

Jednak po kilkunastu godzinach członkowie Komitetu zostali w bardzo brutalny sposób aresztowani. Trudno także nie zauważyć, że - o ile w Gdańsku, a potem również w Elblągu i zwłaszcza w Szczecinie - mieliśmy do czynienia z walkami ulicznymi, o tyle w Gdyni doszło do prawdziwej masakry. Wojsko i milicja ostrzelały tam bezbronnych ludzi idących rano do pracy. W sumie w Gdyni zginęło co najmniej 18 osób.

Tragicznym symbolem gdyńskiego Grudnia stał się utrwalony na filmie i fotografii pochód, niosący na drzwiach ciało zabitego młodego człowieka i pokrwawioną biało-czerwoną flagę. Do grudniowej legendy przeszedł on jako tytułowy bohater "Ballady o Janku Wiśniewskim", choć w rzeczywistości człowiek taki nie istniał. Autor ballady celowo wybrał popularne imię (Jan) i jedno z najczęściej spotykanych polskich nazwisk (Wiśniewski), aby w ten sposób stworzyć - być może na wzór nieznanego żołnierza - postać symboliczną.

Ale Janka Wiśniewskiego, którego imię nosi dziś jedna z ulic w Gdyni, naprawdę nie było. Choć, zarazem, takich Janków Wiśniewskich mogło być wielu. Nie ma przy tym większego znaczenia, kto był jego historycznym pierwowzorem. Można jeszcze tylko dodać, że na znanej fotografii utrwalono zastrzelonego rankiem w pobliżu stacji kolejowej Gdynia-Stocznia 18-letniego Zbigniewa Godlewskiego.

Oficjalnie: 45 zabitych

W sumie od 14 do 19 grudnia w kilku miastach, nie tylko zresztą Wybrzeża (m.in. także Białymstoku, Krakowie, Wałbrzychu), w ulicznych starciach wzięło udział - mniej lub bardziej aktywny - łącznie kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Walki nierzadko przybierały bardzo gwałtowny charakter, a wartość strat materialnych spowodowanych zniszczeniami przekroczyła 400 mln ówczesnych złotych. Podpalono i całkowicie lub częściowo zniszczono 19 obiektów użyteczności publicznej, w tym m.in. KW PZPR w Gdańsku i Szczecinie.

Do spacyfikowania protestów na Wybrzeżu władze użyły łącznie ok. 27 tys. żołnierzy oraz 550 czołgów i 750 transporterów opancerzonych. Zaangażowano również 108 samolotów i śmigłowców, a także 40 jednostek pływających Marynarki Wojennej, które blokowały stocznie i porty. W całym kraju z koszar wyprowadzono w sumie około 61 tys. żołnierzy, 1700 czołgów, 1750 transporterów opancerzonych i 8700 samochodów. Jeżeli nie liczyć operacji wprowadzania stanu wojennego, nigdy w czasach pokoju Wojsko Polskie na taką skalę nie zostało postawione w stan gotowości bojowej i w takim zakresie nie zostało wykorzystane.

W kontekście użytych środków, liczba ofiar tej narodowej tragedii przez lata budziła, a czasem budzi nadal wątpliwości. Wielu było przekonanych, że musiało być ich znacznie więcej, niż podano oficjalnie. Te oficjalne dane to łącznie 45 zabitych i 1165 rannych.

Kontrwładza w mieście

A przecież do sił Wojska Polskiego trzeba jeszcze dodać co najmniej 9 tys. milicjantów, funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa i Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej oraz służby więziennej, którzy zostali zmobilizowani i włączeni do działania. W trakcie pacyfikowania demonstracji zużyto około 150 tys. sztuk środków chemicznych. Tylko żołnierze wystrzelili na Wybrzeżu blisko 46 tys. pocisków różnego kalibru i typu.

W Grudniu ’70 główny ciężar walk z demonstrantami wzięli jednak na siebie funkcjonariusze milicji wyposażeni w hełmy, długie pałki, tarcze, środki chemiczne i broń palną. Oddziały wojska z ciężkim sprzętem stanowiły dla nich ogromne wsparcie, ale zwykle nie znajdowały się na pierwszej linii walk. Zresztą pomoc ze strony wojska miała różnorodny charakter i nie ograniczała się do obecności żołnierzy na ulicach. Ministerstwo Obrony Narodowej użyczyło na potrzeby MSW także samolotów transportowych i pojazdów do przewozu funkcjonariuszy.

Chociaż niewątpliwie najbardziej dramatyczny i gwałtowny obrót przybrały wydarzenia na Wybrzeżu, to jednak także w głębi kraju między 14 a 20 grudnia odnotowano "przerwy w pracy" w 37 zakładach, w których brało udział około 22 tys. osób. Tymczasem tylko w aglomeracji szczecińskiej, gdzie protest przybrał najbardziej zorganizowaną formę, strajkowało lub podjęło akcje solidarnościowe blisko 120 zakładów. Utworzono stanowiący realną siłę - skupiający wszystkie te zakłady - Ogólnomiejski Komitet Strajkowy z siedzibą w Stoczni im. Warskiego, który przejściowo stał się główną władzą w mieście.

Zmiana na szczytach

Nie można też jednak zapominać, że gwałtownym protestom społecznym towarzyszyła niejawna rozgrywka polityczna w kierownictwie PZPR. Zaangażowana była w nią grupa działaczy wyższego i średniego szczebla, którzy już 15/16 grudnia uznali, że jednym (choć bynajmniej nie jedynym) z warunków uspokojenia sytuacji w kraju i przerwania rozlewu krwi jest zmiana na stanowisku I sekretarza KC PZPR.

Cały czas działając w konspiracji, ale zarazem ciesząc się wsparciem Kremla, "konspiratorzy" doprowadzili do politycznego przesilenia. 18 grudnia wieczorem do willi Edwarda Gierka w Katowicach w tajemnicy udali się kierownik Wydziału Administracyjnego KC PZPR Stanisław Kania i wiceszef MSW Franciszek Szlachcic - i przekonali gospodarza, że powinien zastąpić Gomułkę na fotelu szefa partii rządzącej Polską.

Następnego dnia, po posiedzeniu Biura Politycznego, w którym nie uczestniczył już Gomułka (odwieziony do szpitala w związku z pogorszeniem się stanu zdrowia), w niedzielę 20 grudnia w trybie pilnym zwołano w Warszawie VII plenum KC PZPR. Jedynym jego zadaniem było dokonanie zmiany na stanowisku I sekretarza KC PZPR. Gomułkę, który w niesławie schodził ze sceny politycznej, zastąpił w tej roli dotychczasowy członek Biura Politycznego i zarazem I sekretarz KW PZPR w Katowicach Edward Gierek.

Zmiana ta, która kładła kres najbardziej gwałtownej, krwawej fazie kryzysu, została wymuszona tyleż społecznymi protestami, co była efektem wspomnianych zakulisowych rozgrywek w kierownictwie PZPR. A po kolejnych falach strajków ze stycznia i lutego 1971 r., z dniem 1 marca władze wycofały niefortunną grudniową podwyżkę cen.

Prof. JERZY EISLER (ur. 1952) jest historykiem, dyrektorem Oddziału IPN w Warszawie. Zajmuje się historią najnowszą Polski i historią Francji. Prekursor badań na temat Marca ’68. Profesor Instytutu Historii PAN. Autor m.in.: "Marzec 1968. Geneza - przebieg - konsekwencje" (1991); "Grudzień 1970. Geneza - przebieg - konsekwencje" (2000); "Polski rok 1968" (2006); "»Polskie miesiące«, czyli kryzys(y) w PRL" (2008).

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]