Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Dojutrkowie niszczą swojszczyznę

Dojutrkowie niszczą swojszczyznę

31.07.2017
Czyta się kilka minut
Lewactwo? Ekologia to stara polska tradycja. Tworzyli ją między innymi najbardziej dalekowzroczni ludzie prawicy i niekwestionowani patrioci. A jednym z jej prekursorów był endek.
Prof. Jan Gwalbert Pawlikowski, ul. Krupówki. Po prawej stronie słynny sklep sportowy Franciszka Bujaka. Zakopane, 1934 r. OPRAC. RAFAŁ JABŁOŃSKI-ZELEK / ZBIORY ARCHIWUM MUZEUM TATRZAŃSKIEGO
N

Na fali protestów przeciwko wycinaniu Puszczy Białowieskiej oraz dewastacji zieleni w miastach odżyła dyskusja o tym, skąd i po co wzięła się ochrona przyrody. W środowiskach prorządowej prawicy nierzadkie są opinie, że to importowana moda z Zachodu, unijne „politycznie poprawne” wymysły, jeśli nie robota KGB, które „zielonych” ponoć kiedyś wymyśliło.

Tymczasem ochrona przyrody stanowi od ponad stu lat silny nurt intelektualny, gromadząc wokół swych ideałów najtęższe umysły. W tym prominentnych reprezentantów dawnej prawicy.

Trend światowy

W USA już w połowie XIX w. pojawili się „ekolodzy”. Na niszczenie przyrody zwracali uwagę m.in. Henry David Thoreau i Ralph Waldo Emerson. W ślad za płomiennymi manifestami wkrótce przyszła refleksja fachowa. Najbardziej znany jej reprezentant, przyrodnik John Muir, prowadził badania wpływu człowieka na ekosystem i apelował o ochronę najcenniejszych miejsc. W 1872 r. powstał pierwszy na świecie park narodowy Yellowstone, a 18 lat później taką formą ochrony objęto Yosemite, które badał Muir. Od 1886 r. działało Audubon Society, chroniące dzikie ptaki, a po kolejnych sześciu latach Muir powołał pierwszą organizację stricte ekologiczną – Sierra Club. Pod wpływem jej lidera pozostawał republikański prezydent Theodore Roosevelt, który wprowadził liczne obostrzenia chroniące przyrodę.

W roku 1911 eksprezydent pisał: „Dla ludzi każdego kraju, który nazywa siebie cywilizowanym, głębokim upokorzeniem jest to, że wiele form dzikiej przyrody, uważanych za najwspanialsze lub najpiękniejsze, niedługo będziemy znali tylko z suchych opisów w podręcznikach uwzględniających ich cechy, które miały, gdy jeszcze istniały, oraz melancholijną wzmiankę o dacie ich zniknięcia”.

W Wielkiej Brytanii podobne idee głosił wpływowy poeta i pisarz John Ruskin, a organizacje ochrony ptaków, dzikich zwierząt, lasów czy krajobrazu powstały już w latach 80. XIX stulecia. W Niemczech Hugo Conwentz przygotował pierwsze rozporządzenia i przepisy, katalogował przyrodnicze skarby i wzywał do ich ochrony. Wkrótce z tego impulsu zrodził się silny ruch społeczny. Conwentz pisał: „Nie tylko u nas ludzie doszli już do wniosku, że coś powinno być zrobione niezwłocznie, aby zapobiec pełnemu zniszczeniu pierwotnej przyrody w przyszłości. Teraz właśnie nadszedł czas, aby państwo, które już od dawna troszczy się o zachowanie starodawnych skarbów kultury i sztuki, zwróciło także uwagę na pomniki przyrody”. Inspirował on powstanie pierwszych europejskich parków narodowych (w Szwecji) i pierwszych w Niemczech.

Conwentz sprzyjał idei ochrony biernej i całościowej – zostawieniu najcenniejszych dzikich obszarów samym sobie, aby przyroda rządziła się własnymi prawami. Podobnym szlakiem podążał na wschodzie Grigorij Kożewnikow – wpływowy rosyjski uczony-przyrodnik, który już w 1908 r. głosił konieczność ocalenia najcenniejszych obszarów i wyłączenia ich spod ludzkiej aktywności (włącznie z zakazem wstępu) w celu, jak to nazwał, „ochrony absolutnej”.

Byliśmy w awangardzie

Polska bynajmniej nie odstawała od światowej czołówki. Stanisław Staszic już w 1815 r. w „O ziemiorództwie Karpatów...” zwracał uwagę na skutki rabunkowej eksploatacji przyrody i zalecał jej ochronę. Cztery lata później księżna Izabela Czartoryska w „Pielgrzymie w Dobromilu...” pisała: „Radzę wam, proszę was, sadźcie wiele drzew, szanujcie te, co macie, miejcie o nich czułe staranie, wpajajcie zawczasu w dzieci wasze toż samo przywiązanie do drzew, które są i potrzebne, i miłe, i pożyteczne, i ozdobne”.

W „Panu Tadeuszu” odnajdujemy zapis procederu rabunkowej eksploatacji lasów: „Pomniki nasze! ileż co rok was pożera / / Kupiecka lub rządowa, moskiewska siekiera! / Nie zostawia przytułku ni leśnym śpiewakom, / Ni wieszczom, którym cień wasz tak miły jak ptakom”.

Eliza Orzeszkowa, inspirowana pismami Ruskina, w quasi-manifeście „Oblicze matki” z 1899 r. wzywała do ochrony krajo- brazu. Polska przyroda to dla niej „symbol polskości”, koniecznie trzeba ją więc bronić przed zniszczeniem. Ksiądz Konstanty Damrot potępiał rabunkową gospodarkę leśną w Karkonoszach, wskutek której, jak pisał, góry „niegdyś słowiańskie” nabrały charakteru „germańsko-kosmopolitycznego”. Wybitny przyrodnik Marian Raciborski w 1908 r. wprowadził pojęcie „zabytku przyrody” – takich elementów ekosystemu, które są związane z historią i kulturą narodu, więc należy je chronić.

Ewa Łuskina w 1910 r. opublikowała „W obronie piękności kraju” – fachową broszurę poświęconą ochronie krajobrazu kulturowego i przyrodniczego. Pisała: „każda rysa, każda zmiana (...) wprowadzona w tę przedziwność, jaką jest krajobraz polski w swym naturalnym układzie – jest ujmą wyrządzoną własnej osobowości. Dobrze byłoby może niekiedy nie zapomnieć o tym w chwili, gdy pod pozorem doraźnej korzyści lub zgoła bez pozoru – mamy zniwelować jakieś malownicze wzgórze czy spadek gruntu, ogołocić z zarośli brzeg rzeki, ściąć starą wierzbę nad strumieniem, dziką wiśnię na miedzy lub kępę »nieproduktywnych« brzóz wśród łąki. I warto zastanowić się nieco, zanim bez koniecznej potrzeby postanowimy zasypać szutrem hardy, burzliwy potok (...), spuścić i osuszyć staw, w którego zwierciadlanej szybie podwajała się piękność otoczenia, gdy (...) mamy na zagładę skazać las”.

Nie szło tylko o słowa. W 1869 r. politycy galicyjskiego Sejmu Krajowego uchwalili ustawę zakazującą zabijania i łapania kozic i świstaków. Cztery lata później społecznicy utworzyli Towarzystwo Tatrzańskie, mające w statucie zapis o „ochronie zwierząt halskich”. Tatry stały się symbolem ochrony polskiej przyrody oraz pierwszym polem zmagań z jej niszczycielami.

Zielony jak... endek

Fundamenty nowoczesnej rodzimej ekologii stworzył Jan Gwalbert Pawlikowski. Pochodził z rodziny o tradycjach społecznikowskich i kontynuował je. To człowiek instytucja: profesor Wyższej Szkoły Rolniczej w Dublanach, twórca lwowskiej Szkoły Nauk Politycznych, fundator ogromnej czytelni (26 tys. woluminów, w tym białych kruków) wydawca, działacz gospodarczy, animator amatorskiego ruchu teatralnego. W stuletnią rocznicę urodzin poety opublikował pracę „Mistyka Słowackiego”, która zyskała entuzjastyczne recenzje. W 1924 r. wydał na podstawie rękopisów poemat Słowackiego „Król Duch”.

W 1902 r. został członkiem tajnej trójzaborowej Ligi Narodowej, trzy lata później wszedł do jej Komitetu Centralnego. W 1904 r. współtworzył legalne galicyjskie Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne. W 1907 r. został jego prezesem. Był więc endekiem i... ekologiem. Na tory zainteresowań ochroniarskich popchnęło go taternictwo i obcowanie z dziką przyrodą górską. Jako pierwszy wszedł na Łomnicę północną ścianą, na Durny Szczyt z Doliny Dzikiej, na Szatana, a przede wszystkim na szczyt Mnicha. Był również prekursorem taternictwa jaskiniowego. Jak pisali jego biografowie: „Problem zachowania pierwotności Tatr uczynił z Pawlikowskiego pioniera ochrony przyrody w Polsce”.

Był wybitnym działaczem Towarzystwa Tatrzańskiego i autorem jego programu. W 1912 r. utworzył w łonie Towarzystwa Sekcję Ochrony Tatr i stanął na jej czele. Postulowała objęcie Tatr ochroną w formie rezerwatu przyrody. Z tego względu Pawlikowski zwalczał wiele inwestycji. Przegrał batalie m.in. o budowę drogi i schroniska nad Morskim Okiem oraz zlokalizowanie krzyży na Giewoncie i Gubałówce, a także przeciwko ułatwieniom technicznym na Orlej Perci. Był natomiast liderem skutecznego oporu wobec budowy schronisk pod Rysami i nad Czarnym Stawem Gąsienicowym, kolei zębatej na Świnicę i komercyjnej dewastacji Wąwozu Kraków w Dolinie Kościeliskiej. Krytykowany, że chce utrudniać pobyt w górach i obcowanie z przyrodą, odrzekł: „Tatry trzeba chronić, aby było tam po co chodzić”.

Kultura i natura

Jednak jego kluczowym wkładem w polską, a nawet światową ochronę przyrody był opublikowany w 1913 r. tekst „Kultura a natura”. Prof. Adam Wodziczko pisał, że „Pawlikowski stworzył (...) odrębny kierunek w światowym ruchu ochrony przyrody, który można nazwać idealistycznym lub lepiej humanistycznym, gdyż główne motywy ochrony przyrody upatruje w idealnych wartościach przyrody, w jej znaczeniu dla naszego rozwoju duchowego”.

Uważał bowiem Pawlikowski, że choć rozmaite „przyziemne” powody ochrony przyrody są ważne i nie należy ich odrzucać, winniśmy zrobić krok dalej. Przyroda jest godna zachowania ze względu na swą wartość przyrodzoną, własną „znakomitość”. Natomiast nam oferuje możność kształtowania dusz, charakterów i wrażliwości w otoczeniu natury pierwotnej lub przekształconej z umiarem. Kultura każdej wspólnoty ludzkiej jest więc pochodną m.in. przyrodniczego otoczenia, to dzięki niej tworzy się „swojszczyzna” odróżniająca jedne nacje od innych.

Bezlitośnie piętnował prymitywny utylitaryzm. Dobitnym przykładem był artykuł „Jak upiększyć Tatry?”, napisany wraz z synem Janem Gwalbertem Henrykiem oraz jego ówczesną małżonką, Marią z Kossaków, która do historii przeszła jako Maria Pawlikowska-Jasnorzewska. W tej satyrze czytamy: „Dla umożliwienia dłuższego spaceru na znacznych wysokościach wypadnie połączyć szczyty mostami. Co za wspaniała promenada, zwłaszcza gdy doliny rozbrzmiewać będą muzyką kilkunastu orkiestr albo śpiewem góralskim wyrzucanym przez potężne gramofony (...) Wydatnym źródłem dochodów mogą być także stawy tatrzańskie. Morskie Oko zwłaszcza, jak sama nazwa wskazuje, jest częścią morza i za dodaniem nieco soli mogłoby produkować wszelkie ryby morskie”.

W „Kulturze a naturze” natomiast już w poważnym tonie i za pomocą analogii wymierzał policzek utylitarystom: „Nikt nie będzie przecież z płócien Matejki robił worków na mąkę”. Niszczenie dziedzictwa przyrodniczego w imię doraźnych zysków nazywał „ekonomią dojutrków”.

Prof. Jacek Kolbuszewski, zasłużony badacz wątków ekologicznych w kulturze i literaturze, stwierdzał: „Ochronę przyrody uznał Pawlikowski za ostatni (w chronologicznej kolejności pojawiania się) przejaw procesu kształtowania się nowoczesnej, dwudziestowiecznej kultury (...). Nie ma (...) u niego nawrotu do spontanicznej pierwotności – jest natomiast ogromnie wielka i ważna strategia tworzenia nowej zupełnie kultury”. Wiele lat temu endek-ekolog pytał: „Miałożby być dla nas rzeczą zupełnie obojętną, czy wieloryby albo słonie znikną z powierzchni ziemi, czy nie? Czy rzeczywiście wszystko nam jedno, czy Alpy zostaną zdeprawowane przez kolejki i hotele szczytowe, albo reklamy czekolady Sucharda wypisywane nad lodowcami Mont Blanc?”.

Modna ekologia

Wciąż związany z endecją, po odzyskaniu niepodległości rzucił się Pawlikowski w wir działalności ekologicznej. W latach 1919-25 był wiceprezesem Tymczasowej Komisji Ochrony Przyrody, następnie przez dziesięć lat pełnił tę samą funkcję w Państwowej Radzie Ochrony Przyrody (PROP). W 1928 r. należał do grona założycieli i był autorem statutu Ligi Ochrony Przyrody – pierwszej organizacji tego typu w Polsce.

W 1930 r. w Brukseli z jego inicjatywy utworzono Międzynarodowe Biuro Ochrony Przyrody, mające koordynować ponadnarodowe inicjatywy oraz służyć wymianie doświadczeń poszczególnych krajów. Cztery lata później należał do twórców ustawy o ochronie przyrody. Uważana była za jedną z najlepszych w świecie.

Mimo ogromnego autorytetu przegrał batalię o budowę kolejki na Gubałówkę, a zwłaszcza na Kasprowy Wierch, zwożącej tłumy w jedno z najcenniejszych i najbardziej wrażliwych miejsc Tatr. Na znak protestu przeciwko tej inwestycji podał się wraz z całym składem PROP do dymisji. Mimo jego wielokrotnych apeli nie udało się w II RP powołać Tatrzańskiego Parku Narodowego.

Były jednak sukcesy jego i innych. W 1932 r. utworzono dwa pierwsze polskie parki narodowe – Pieniński i Białowieski. Powstawały rezerwaty przyrody. Ekologia była modna. Wątki tego rodzaju były bardzo popularne w polskim ruchu harcerskim. Masowe nakłady osiągały publikacje propagujące poznawanie przyrody i uwrażliwiające na jej niszczenie. Jedna z najbardziej poczytnych książek dla młodzieży, „Lato leśnych ludzi” Marii Rodziewiczówny, zaczynała się tak: „O starodawnym, bo jak bór wiecznym rodzie tu mowa będzie. Ma on przodków we wszystkich wiekach i tradycję we wszystkich szczepach ludzkości; boć nie ród to ciała, lecz duszy, nie ród lasu mieszkańców, lecz lasu miłośników, przyrody czcicieli”.

Tuż przed śmiercią Stefan Żeromski napisał „Puszczę jodłową”. Opatrzona dedykacją dla twórcy polskiego krajoznawstwa, Aleksandra Janowskiego, stanowiła jeden z najbardziej dobitnych manifestów ochrony przyrody w Polsce: „Żyj wiecznie, świątnico, ogrodzie lilij, serce lasów! Przeminęły nad tobą czasy złe (...). Lecz któż może wiedzieć, czy (...) nie wyjdą znów drwale z siekierami, ażeby ściąć do korzenia macierz jodłową na podstawie nowego prawa, w interesie jakiegoś handlu lub czyjegoś niezbędnego zysku. Jakie bądź byłoby prawo, czyjekolwiek by było, do tych przyszłych barbarzyńców poprzez wszystkie czasy wołam z krzykiem: – Nie pozwalam! Puszcza królewska, książęca, biskupia, świętokrzyska, chłopska, ma zostać na wieki wieków, jako las nietykalny (...). Puszcza jest niczyja – nie moja ani twoja, ani nasza, jeno boża, święta!”.

Ten apel miał duży wpływ na rozpoczęcie prac nad utworzeniem Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Żeromski domagał się też ustawowej ochrony Puszczy Kampinoskiej i najwyższych polskich gór. Podobne stanowisko zajmował m.in. inny popularny pisarz, Andrzej Strug.

Współpracownik i kontynuator myśli Pawlikowskiego, prof. Władysław Szafer, w 1932 r. formułował radykalną wizję ochrony natury: „Najwięcej do ideału zbliża się taki park narodowy, w którym przyroda chroniona jest absolutnie i pod każdym względem, a wpływ człowieka w nim jest ściśle ograniczony. (...) ma on przede wszystkim spełnić swe naczelne zadanie, to znaczy być ostoją dla pierwotnej przyrody, gdzie zarówno fauna i flora, jak i osobliwości przyrody nieożywionej (...) mają podlegać bezwzględnej ochronie tak, aby obraz pierwotnego i naturalnego krajobrazu parku wraz z wszystkimi jego elementami nie ulegał zmianom”.

Idee ochrony przyrody były nie tylko popularne, ale i traktowane jako oczywisty składnik patriotyzmu. Gdy usłyszymy kolejny raz, że ekologia to nowomodny przeszczep ideologiczny z Zachodu, a patrioci nie muszą się oglądać na takie „lewackie wymysły”, wiedzmy, że jest dokładnie odwrotnie. A dzisiejsza eksploatacja przyrody, w tym wycinanie pradawnej polskiej Puszczy i zamienianie jej na deski, to krytykowana przez ekologa-endeka „ekonomia dojutrków”. ©

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

naprawdę nie trafił Pan na klasyczną już pozycję "How Green Were the Nazis? Nature, Environment, and Nation in the Third Reich" (red. Franz-Josef Brüggemeier i in., Ohio University Press 2005) albo inną z wielu dostępnych książek na ten temat? To nie jest ciekawostka, tylko potężny kawał dziejów ekologii.

Ale co to miałoby wnieść do meritum artykułu?

Jeśli dla udowodnienia tezy, że ochrona przyrody to nie lewacka nowinka, lecz ponadstuletni "silny nurt intelektualny", szanowny Autor kreśli szerokie tło historyczne zagadnienia ze szczególnym uwzględnieniem powiązań z nacjonalistyczną ideologią, jeśli w dodatku czyni to w kontekście obecnych prawno-polityczne sporów, to wypadałoby wspomnieć o ochronie przyrody w nazistowskich Niemczech - z powodów jasnych po przeczytaniu czegoś na ten temat. To trochę tak, jakby kreślić dzieje europejskiej lewicy od Marksa do Michnika nie napomykając o istnieniu ZSRR. Żeby było jasne: nie sądzę, żeby "zielony nazizm" kompromitował ekologię jako taką, ale rzetelność historyka to postawa sine ira et studio, a nie przykrawanie dziejów w taki sposób, żeby pasowały do teologicznej koncepcji odwiecznej walki dobra ze złem.

Meritum artykułu jest pokazanie jak ważne postacie z konserwatywnej i narodowo-demokratycznej (a więc bardziej "prawej") strony były jednymi z inicjatorów ochrony środowiska w Polsce od ponad 100 lat. Oczywiście mamy drobny wstęp o tym, jak wyglądały początki ochrony przyrody na świecie, mamy też nieprawicowe postacie zaangażowane w tym ruchu, ale nie na tym się skupiamy. Rozumiem, że przez kilka lat obszar Polski podlegał hitlerowskiej polityce, ale nie jestem przekonany, że można działania nazistów podpiąć pod polski ruch na rzecz przyrody. Zresztą autor widocznie skupił się na przełomie wieków XIX i XX (tak do początku lat 30.), narrację urywa na kilka lat przed II wojną konstatując tylko jakie parki narodowe zdążyły powstać w II RP, a które (TPN) nie. Nie mamy historii powojennego ruchu ochrony przyrody z czasów PRL i III RP. Czyli wracając do analogii z dziejami lewicy, to jakby pisać historię niemieckiego komunizmu od Marksa do 1905 roku i nie wspomnieć o ZSRR. Moim zdaniem nie ma w tym błędu.

prorządową prawicę z nieoczekiwanej strony, dowodząc, że nie jest ona nawet prawicowa i narodowa w duchu zacnej przedwojennej tradycji (dla estetyki pomijam liczne cudzysłowy, jakich powinienem tu użyć). Zaczyna zresztą od grubego sofizmatu, zwanego atakowaniem chochoła, bo kto niby twierdzi, że ochrona przyrody (właśnie tak, dosłownie: ochrona przyrody, a nie jakieś inne określenie) jest lewicowym wymysłem? Ten niby-przyczynek do dziejów jest w istocie propagandą na użytek bieżącej antypisowskiej kampanii, co zresztą zdradza tytuł, więc może naiwnie dyskutuję z Autorem, jakby chodziło mu o sprawy ekologii. Ale próbuję, bo właśnie niepropagandowe, gruntowniejsze podjęcie nacjonalistycznego wątku w historii myśli ekologicznej byłoby okazją do refleksji nad samym pojęciem ochrony przyrody. Przyroda bowiem w tym kontekście nie jest jakimś obiektywnie istniejącym bytem, lecz konstruktem intelektualnym, kulturowym, ideologicznym i politycznym. I warto zastanawiać się, jakie dobra, przed kim lub przed czym i w imię jakich celów się ochrania. Wbrew pozorom, ma to wpływ na duże i małe, bardzo konkretne decyzje, ale o tym pogadamy przy innej okazji. Inszallah... ;)

"W ideologii ekologizmu jako zielonego, ateistycznego, materialistycznego i nihilistycznego neokomunizmu dokonywana jest radykalna negacja Boga jako stworzyciela Polski, Polaków i Polek, zwierząt i roślin. Neomarksistowski nurt myślenia przechodzi dalej. Od totalnej opozycji względem Boga objawionego do częściowej animalizacji człowieka, aby go jednak ostatecznie doprowadzić do całkowitej zagłady. Jest kochani - a wiem co mówię - ta ideologia odmianą zielonego nazizmu. Z tą jedną różnicą względem III Rzeszy Niemieckiej, że nawet jedna rasa ludzka, czyli germańska, już nie ma prawa do dalszego istnienia. " Ks. Guz na konferencji współfinansowanej przez Szyszkę

Ks. Guz nie mówi o ochronie przyrody (w ogóle nie pada to określenie) ani "o ekologii" i tytułowanie w ten sposób jego wywodu jest nadużyciem tego samego rodzaju. Bierze na cel "ekologizm", a to jednak coś innego, zwłaszcza że definiuje go dość jasno. Gdyby natomiast chodziło o pytanie, czy przeoczony przez Autora wątek ma coś wspólnego z "zielonym nazizmem" ks. Guza, to odpowiadam - nie, nie ma. Ksiądz używa słowa nazizm metaforycznie, jako figury każdej skrajnie antyhumanitarnej ideologii, podczas gdy wspomniana przez mnie książka dotyczy polityki realnej, historycznej Trzeciej Rzeszy w zakresie ekologii. Dodajmy: niezwiązanej bezpośrednio z polityką rasową. Czy porównanie ekologizmu do nazizmu jest uzasadnione istnieniem takich ekstremalnych jego form jak VHEMT (do wyguglania), to sprawa dyskusyjna, nie mieszałbym natomiast do tego jakiejś "animalizacji człowieka". Wprost przeciwnie, niektórzy radykalni ekologowie zdają się zakładać nieprzebytą przepaść pomiędzy człowiekiem a resztą natury, tyle że w ich manichejskiej wizji rodzaj ludzki zajmuje miejsce złośliwego demiurga, niszczącego pierwotną doskonałość stworzenia.

Arystoteles -- twórca dobrej metafizyki -- mądrze zauważył /np. jego "Metafizyka", ss. 1064b3-1065a/, że nie ma nauki o całościach przygodnych; np. jest nauka o uczeniu ludzi, i inna o /przyczynach/ ich bladości, ale nie ma nauki o uczeniu ludzi bladych. Podobnie moim zdaniem nic naukowego czy nawet naukawego nie wyniknie z obserwacji, że tacy a tacy ekologowie mieli takie lub inne poglądy na inne sprawy, że woleli kawę raczej niż herbatę lub na odwrót, celowali w koszykówce lub w hokeju na trawie, znali lub nie język tübatulabal, preferowali ułamki zwykłe lub dziesiętne itd. itd. Całość złożona z ekologa, znawcy historii algebry i marnego oszczepnika /w jednej osobie/ jest przygodna i nic trwałej wartości o niej powiedzieć się nie da -- a tym bardziej na jej podstawie uogólnić.

oparta na spekulacjach i sprzeczna w niemal każdym punkcie z nauką, która dziwnym trafem narodziła się właśnie wtedy, kiedy myśl europejska zrzuciła z siebie ciężar jego autorytetu. Jaką miarą mierzyć jakość jego i w ogóle jakiejkolwiek metafizyki, tego nie wiem, ale jeśli prowadzi ona do tak idiotycznych wniosków, jak ten, że pedagogika specjalna (nauka o uczeniu ludzi o nietypowych uwarunkowaniach psychofizycznych) nie ma racji bytu, to też potraktowałbym ją jako mniej udany płód geniuszu Stagiryty, błyszczący skądinąd do dziś tam, gdzie zamiast spekulować przenikliwie analizował obserwacje (polityka, poetyka, nawet biologia - jak zapewnia Max Delbrück). Podobnie jest ze zdaniem, że poglądy tzw. ekologów na inne (od czego?) sprawy nie mają znaczenia. Wprost przeciwnie. Ekologia jako akademicka nauka o strukturze ekosystemów nie przekłada się bezpośrednio na konkretną politykę i praktykę określaną tym samym, mylącym mianem. Począwszy od takich kwestii, jak zakres dopuszczalnych, a może koniecznych interwencji w naturalne procesy (gaszenie - lub nie - pożarów lasów, trzebienie - lub nie - gatunków inwazyjnych), a kończąc na hierarchii rozmaitych potrzeb i interesów ludzi i innych gatunków.

-fizyka, mowa była o METAfizyce Arystotelesa. Uczenie bladych ludzi jest oczywiście tylko przykładem, może niedobrym, ale o ile mi wiadomo nie ma ciągle dowodów na istnienie jakichś istotowych związków między bladością a dydaktyką; czy może są??? Jeśli Pan uważa inaczej, ok, to weźmy taki przykład: dydaktyka jedna dla tych, których nazwiska zaczynają się na parzystą literę alfabetu (B, D, F, ...) a inna dla tych, których nazwiska zaczynają się na nieparzystą.... Ale mój punkt był taki: ekologia nawet jako nauka praktyczna o środowisku naturalnym człowieka jest na tyle autonomiczna, że nie ma znaczenia, czy ktoś, kto ją uprawia, jest socjalistą, liberałem, monarchistą czy zwolennikiem mówienia "Brytyjska Ameryka Północna" zamiast "Kanada". Albo czy woli muzykę symfoniczną od opery, kuchnię włoską od szwedzkiej, Platona od Arystotelesa czy na odwrót. Dla praktycznych zastosowań ekologii oczywiście jest istotne, co się jeszcze kocha, co się wyznaje, czemu się służy, itp. itd. to jasne... ale tak jest ze wszystkim, nawet z najbardziej abstrakcyjną matematyką. Nawiasem: za najbardziej trwały wkład Arystotelesa w naukę uchodzi jego logika; metafizyka, ściśle z jego logiką powiązana, jest bardziej dyskusyjna, ale ciągle pozostaje jedną z najpoważniejszych propozycji dotąd wysuniętych. Co do fizyki, to odesłałbym Pana do jakiejś dobrej historii tej nauki oraz do "Arystoteles na nowo odczytany" E. Jung, http://helion.pl/ksiazki/arystoteles-na-nowo-odczytany-ryszarda-kilvingtona-kwestie-o-ruchu-elzbieta-jung,e_0e5i.htm

której nie tłumaczę, bo czy rozmówca udaje, że jej nie rozumie, czy rzeczywiście nie rozumie - to w zasadzie dla dyskursu obojętne. A odsyłając do książek, należy robić to z sensem. Książka Elżbiety Jung nie jest jakimś nowym odczytaniem Arystotelesa, a tym mniej - współczesną rehabilitacją jego fizyki. Dotyczy średniowiecznego filozofa i to jednego z tych, którzy przyczynili się do demontażu arystotelesowskiej scientia naturalis.

Pisze Pan(i): "Książka Elżbiety Jung nie jest jakimś nowym odczytaniem Arystotelesa, a tym mniej - współczesną rehabilitacją jego fizyki. Dotyczy średniowiecznego filozofa i to jednego z tych, którzy przyczynili się do demontażu arystotelesowskiej scientia naturalis." Racja, ale krytyka fizyki Arystotelesa zaczęła się duuuuużo wcześniej, najpóźniej od Jana Filopona (VI w. p. Ch.), odsyłam, nie będąc specjalistą w tej dziedzinie, do jakiegokolwiek dobrego opracowania historii fizyki i w ogóle przyrodoznawstwa. Historia nauki to historia kolejnych "demontaży", czego praktykujący "naukowiec" na ogół nie widzi, bo żyje tylko (swoją) współczesnością. Co do Arystotelesa, to nieprześcigniona jest jeszcze jego etyka... Ale nasza dyskusja zrobiła się trochę bardzo off-topic, co stwierdziwszy mam przyjemność ją zakończyć, miłego dnia Szanownemu Panu/Szanownej Pani.

Ciekawą wskazówkę daje alfath, pisząc: "geniuszu[...]Stagiryty, błyszczący [...], gdzie [...] analizował obserwacje [np.] [...[ biologia - jak zapewnia Max Delbrück". W/s Max Delbrück a Stagiryta i pokrewne ciekawie wygląda to: https://bioperipatetic.com/

Myśl najwyraźniej niezbyt fortunnie (sprowokowała tangencjalny atak innego użytkownika) wyrażona w moim powyższym komentarzu pt. "zła metafizyka" z wtorku, 22.08.2017 była taka: Ekologia (jako nauka o warunkach zachowania środowiska naturalnego człowieka) i czerpiący z niej swoje przesłanki naukowe ruch ochrony przyrody (kiedyś była taka organizacja LOP...czy może jeszcze jest???) NIE jest integralną, istotową czy jaką tam inną nieodłączną częścią lewi-, prawi- czy innej -cowości, ani progresizmu ani konserwatyzmu, ani nacjonalizmu ani kosmopolityzmu, ani orientalizmu, ani okcydentalizmu, ani meridionalizmu, ani septentrionizmu ani innego jeszcze -izmu... (chociaż św. Franciszek z Asyżu napawa pewną nadzieją, że jednak w końcu chrześcijaństwa...). Argument, że naziści byli też ekologami nie przebija, bo byli oni zwolennikami różnych ze wszech miar słusznych rzeczy, jak np. urlopów wypoczynkowych a w ich ramach -- aktywnego wypoczynku (Kraft durch Freude), które to słuszne rzeczy jednak nie były integralnymi cząstkami ich ideologii. Teza, że "ekologia to [nie] nowomodny przeszczep ideologiczny z Zachodu" i nie "lewacki wymysł” jest zawstydzająco oczywista dla każdego kto umie myśleć i zna parę odnośnych faktów, tak, że prawie szkoda TP do jej głoszenia, ale --- TP jest świadom swojej oświeceńczej roli zwłaszcza i szczególnie w tych zdziczałych czasach, pełni ją godnie i wytrwale, i wielkie dzięki panu Okrasce (i oczywiście Redakcji TP za publikację jego tekstu), że zadał sobie trud, by tych kilka "odnośnych faktów" z historii myśli ekologicznej i ruchu ochrony przyrody nam przypomnieć.

zob. autentyczny reportaż o kiosku na Matterhornie: www.youtube.com/watch?v=D_pwYa58PRY Reinhold Messner udaje, że dał się nabrać...
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]