Dojutrkowie niszczą swojszczyznę

Dojutrkowie niszczą swojszczyznę

31.07.2017
Czyta się kilka minut
Lewactwo? Ekologia to stara polska tradycja. Tworzyli ją między innymi najbardziej dalekowzroczni ludzie prawicy i niekwestionowani patrioci. A jednym z jej prekursorów był endek.
Prof. Jan Gwalbert Pawlikowski, ul. Krupówki. Po prawej stronie słynny sklep sportowy Franciszka Bujaka. Zakopane, 1934 r. OPRAC. RAFAŁ JABŁOŃSKI-ZELEK / ZBIORY ARCHIWUM MUZEUM TATRZAŃSKIEGO
N

Na fali protestów przeciwko wycinaniu Puszczy Białowieskiej oraz dewastacji zieleni w miastach odżyła dyskusja o tym, skąd i po co wzięła się ochrona przyrody. W środowiskach prorządowej prawicy nierzadkie są opinie, że to importowana moda z Zachodu, unijne „politycznie poprawne” wymysły, jeśli nie robota KGB, które „zielonych” ponoć kiedyś wymyśliło.

Tymczasem ochrona przyrody stanowi od ponad stu lat silny nurt intelektualny, gromadząc wokół swych ideałów najtęższe umysły. W tym prominentnych reprezentantów dawnej prawicy.

Trend światowy

W USA już w połowie XIX w. pojawili się „ekolodzy”. Na niszczenie przyrody zwracali uwagę m.in. Henry David Thoreau i Ralph Waldo Emerson. W ślad za płomiennymi manifestami wkrótce przyszła refleksja fachowa. Najbardziej znany jej reprezentant, przyrodnik John Muir, prowadził badania wpływu człowieka na ekosystem i apelował o...

15404

Dodaj komentarz

Chcesz czytać więcej?

Wykup dostęp »

Załóż bezpłatne konto i zaloguj się, a będziesz mógł za darmo czytać 6 tekstów miesięcznie! 

Wybierz dogodną opcję dostępu płatnego – abonament miesięczny, roczny lub płatność za pojedynczy artykuł.

Tygodnik Powszechny - weź, czytaj!

Więcej informacji: najczęściej zadawane pytania »

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

naprawdę nie trafił Pan na klasyczną już pozycję "How Green Were the Nazis? Nature, Environment, and Nation in the Third Reich" (red. Franz-Josef Brüggemeier i in., Ohio University Press 2005) albo inną z wielu dostępnych książek na ten temat? To nie jest ciekawostka, tylko potężny kawał dziejów ekologii.

Ale co to miałoby wnieść do meritum artykułu?

Jeśli dla udowodnienia tezy, że ochrona przyrody to nie lewacka nowinka, lecz ponadstuletni "silny nurt intelektualny", szanowny Autor kreśli szerokie tło historyczne zagadnienia ze szczególnym uwzględnieniem powiązań z nacjonalistyczną ideologią, jeśli w dodatku czyni to w kontekście obecnych prawno-polityczne sporów, to wypadałoby wspomnieć o ochronie przyrody w nazistowskich Niemczech - z powodów jasnych po przeczytaniu czegoś na ten temat. To trochę tak, jakby kreślić dzieje europejskiej lewicy od Marksa do Michnika nie napomykając o istnieniu ZSRR. Żeby było jasne: nie sądzę, żeby "zielony nazizm" kompromitował ekologię jako taką, ale rzetelność historyka to postawa sine ira et studio, a nie przykrawanie dziejów w taki sposób, żeby pasowały do teologicznej koncepcji odwiecznej walki dobra ze złem.

Meritum artykułu jest pokazanie jak ważne postacie z konserwatywnej i narodowo-demokratycznej (a więc bardziej "prawej") strony były jednymi z inicjatorów ochrony środowiska w Polsce od ponad 100 lat. Oczywiście mamy drobny wstęp o tym, jak wyglądały początki ochrony przyrody na świecie, mamy też nieprawicowe postacie zaangażowane w tym ruchu, ale nie na tym się skupiamy. Rozumiem, że przez kilka lat obszar Polski podlegał hitlerowskiej polityce, ale nie jestem przekonany, że można działania nazistów podpiąć pod polski ruch na rzecz przyrody. Zresztą autor widocznie skupił się na przełomie wieków XIX i XX (tak do początku lat 30.), narrację urywa na kilka lat przed II wojną konstatując tylko jakie parki narodowe zdążyły powstać w II RP, a które (TPN) nie. Nie mamy historii powojennego ruchu ochrony przyrody z czasów PRL i III RP. Czyli wracając do analogii z dziejami lewicy, to jakby pisać historię niemieckiego komunizmu od Marksa do 1905 roku i nie wspomnieć o ZSRR. Moim zdaniem nie ma w tym błędu.

prorządową prawicę z nieoczekiwanej strony, dowodząc, że nie jest ona nawet prawicowa i narodowa w duchu zacnej przedwojennej tradycji (dla estetyki pomijam liczne cudzysłowy, jakich powinienem tu użyć). Zaczyna zresztą od grubego sofizmatu, zwanego atakowaniem chochoła, bo kto niby twierdzi, że ochrona przyrody (właśnie tak, dosłownie: ochrona przyrody, a nie jakieś inne określenie) jest lewicowym wymysłem? Ten niby-przyczynek do dziejów jest w istocie propagandą na użytek bieżącej antypisowskiej kampanii, co zresztą zdradza tytuł, więc może naiwnie dyskutuję z Autorem, jakby chodziło mu o sprawy ekologii. Ale próbuję, bo właśnie niepropagandowe, gruntowniejsze podjęcie nacjonalistycznego wątku w historii myśli ekologicznej byłoby okazją do refleksji nad samym pojęciem ochrony przyrody. Przyroda bowiem w tym kontekście nie jest jakimś obiektywnie istniejącym bytem, lecz konstruktem intelektualnym, kulturowym, ideologicznym i politycznym. I warto zastanawiać się, jakie dobra, przed kim lub przed czym i w imię jakich celów się ochrania. Wbrew pozorom, ma to wpływ na duże i małe, bardzo konkretne decyzje, ale o tym pogadamy przy innej okazji. Inszallah... ;)

"W ideologii ekologizmu jako zielonego, ateistycznego, materialistycznego i nihilistycznego neokomunizmu dokonywana jest radykalna negacja Boga jako stworzyciela Polski, Polaków i Polek, zwierząt i roślin. Neomarksistowski nurt myślenia przechodzi dalej. Od totalnej opozycji względem Boga objawionego do częściowej animalizacji człowieka, aby go jednak ostatecznie doprowadzić do całkowitej zagłady. Jest kochani - a wiem co mówię - ta ideologia odmianą zielonego nazizmu. Z tą jedną różnicą względem III Rzeszy Niemieckiej, że nawet jedna rasa ludzka, czyli germańska, już nie ma prawa do dalszego istnienia. " Ks. Guz na konferencji współfinansowanej przez Szyszkę

Ks. Guz nie mówi o ochronie przyrody (w ogóle nie pada to określenie) ani "o ekologii" i tytułowanie w ten sposób jego wywodu jest nadużyciem tego samego rodzaju. Bierze na cel "ekologizm", a to jednak coś innego, zwłaszcza że definiuje go dość jasno. Gdyby natomiast chodziło o pytanie, czy przeoczony przez Autora wątek ma coś wspólnego z "zielonym nazizmem" ks. Guza, to odpowiadam - nie, nie ma. Ksiądz używa słowa nazizm metaforycznie, jako figury każdej skrajnie antyhumanitarnej ideologii, podczas gdy wspomniana przez mnie książka dotyczy polityki realnej, historycznej Trzeciej Rzeszy w zakresie ekologii. Dodajmy: niezwiązanej bezpośrednio z polityką rasową. Czy porównanie ekologizmu do nazizmu jest uzasadnione istnieniem takich ekstremalnych jego form jak VHEMT (do wyguglania), to sprawa dyskusyjna, nie mieszałbym natomiast do tego jakiejś "animalizacji człowieka". Wprost przeciwnie, niektórzy radykalni ekologowie zdają się zakładać nieprzebytą przepaść pomiędzy człowiekiem a resztą natury, tyle że w ich manichejskiej wizji rodzaj ludzki zajmuje miejsce złośliwego demiurga, niszczącego pierwotną doskonałość stworzenia.

Podobne teksty

Andrzej Drogoń, Jerzy Gorzelik, Tadeusz Kijonka, Piotr Spyra
Zbigniew Gluza, Paweł Machcewicz, Dariusz Gawin

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]