Reklama

Czyja jest Solidarność

Czyja jest Solidarność

w cyklu WOŚ SIĘ JEŻY
03.09.2020
Czyta się kilka minut
Czy należy do robotników, którzy swoją masą skłonili władze do ustępstw? Czy raczej do nielicznych, lecz wpływowych opozycyjnych inteligentów? Odpowiedź na to pytanie do dziś ustawia nam myślenie o dziedzictwie Sierpnia ’80.
Rafał Woś / FOT. GRAŻYNA MAKARA
P

Podręcznikowa opowieść mówi o wspólnej sprawie. Sierpniowe strajki miały być przykładem długo wyczekiwanego sojuszu robotniczo-inteligenckiego. W roku 1956 i 1970 inteligencja nie poparła robotników. W 1968 roku robotnicy nie poparli inteligencji. Ale wreszcie w sierpniu 1980 te dwie kluczowe klasy społeczeństwa PRL stanęły obok siebie. Solidarność miała „i głowę, i muskuły”. Oficjalnymi symbolami tego sojuszu mieli być robotnik Wałęsa otoczony inteligenckimi doradcami w stylu Mazowieckiego czy Geremka. To właśnie dzięki takiemu kształtowi solidarnościowej drużyny udało się potem wynegocjować z komunistami przy okrągłym stole „najlepszy z możliwych” polityczny deal. I doprowadzić do rozmontowania PRL-u. Tak w skrócie wyglądał mit założycielski III RP. 

Modzelewski: okradzeni robotnicy

Problem z tym mitem polega na tym, że został po drodze nie raz i nie dwa mocno nadszarpnięty. A w oczach wielu Polaków wręcz sfalsyfikowany. I nie ma co ukrywać, że to się nie wydarzyło, a ci, co ów mit podważali, się mylą, nie rozumieją go albo mają złe intencje. Zwłaszcza że w wątpliwość poddawało go nawet wielu prominentnych działaczy Solidarności. Jak Karol Modzelewski – jego teza, wyrażona choćby w ostatniej rozmowie, jakiej udzielił mi dla „Tygodnika Powszechnego” tuż przed śmiercią w roku 2019, brzmiała tak: „Solidarność to była rewolucja oddolna, ludowa i niezaplanowana. Miliony ludzi chciały zrzucić z siebie ciężar konformizmu i urządzać własne życie, własny zakład, własny związek, własny kraj i co tam jeszcze? Strach pomyśleć, co tam jeszcze! Te masy chciały zrobić coś po swojemu”. „Owszem – powiada Modzelewski – był Wałęsa, którego uwielbiano, ale też walono w niego jak w bęben. Panowało przekonanie, że to nie związek jest dla kierownictwa, tylko kierownictwo dla związku. A precyzyjniej mówiąc: dla ludzi, którzy ten związek tworzą. Kierownictwo jest od tego, żeby robiło to, co my tutaj, w naszym zakładzie, w naszej gminie chcemy”.


Polecamy: WOŚ SIĘ JEŻY - autorska rubryka Rafała Wosia co czwartek w serwisie "Tygodnika Powszechnego"


Ten duch został złamany 13 grudnia 1981 roku wprowadzeniem przez gen. Jaruzelskiego stanu wojennego. I gdy Solidarność odrodziła się w drugiej połowie lat 80. i zaczęła pertraktacje z władzą, które doprowadziły do okrągłego stołu, to była już zupełnie innym zjawiskiem społecznym. Głównie z klasowego punktu widzenia. Modzelewski mówił, że po stanie wojennym Solidarność była bardziej inteligencka i kadrowa. To sprawiło, że w roku 1989 z tria „wolność, równość, braterstwo” została już tylko „wolność”. „Stało się tak właśnie dlatego, że wskrzesicielem mitu stała się sama inteligencja. A skład zasad, które miała wtedy w głowie inteligencja, był skopiowany z Zachodu. Liberalny w ogóle, a neoliberalny i radykalnie wolnorynkowy, gdy chodzi o sprawy ekonomiczne i społeczne. Gdy plan Balcerowicza zaczął zmieniać słowo w czyn, ludzie poczuli się gorzko zawiedzeni. Wszystkie toksyny, które do dziś trawią polskie życie, zrodziły się z przekonania, że „ktoś ukradł nasze zwycięstwo” – mówił mi Modzelewski. Jego zdaniem inteligenckie elity – również te wywodzące się ze strony solidarnościowej – lubiły wtedy przedstawiać robotnika jako nienadążającego za nowoczesnością prostaka w kufajce. 

„A Balcerowicz wyciął nam numer i różnicować dochody chce” – śpiewano w kabarecie Olgi Lipińskiej. To zresztą dla inteligencji uważającej się za kontynuatora tradycji szlachty coś stałego. Zazwyczaj, jak trwoga i zabory, to „z szlachtą polską polski lud”. A jak czasy spokojniejsze, szlachcie bardziej odpowiada „Satyra na leniwych chłopów” – mówił mi Modzelewski. 

Bardzo podobnie widział sprawy inny krytyk polskiej transformacji neoliberalnej Tadeusz Kowalik – roku 1980 jeden z pierwszych, którzy przybyli do Stoczni Gdańskiej doradzać wolnym związkom zawodowym. Nota bene to on miał ściągnąć ze sobą na wybrzeże innego znajomego intelektualistę Tadeusza Mazowieckiego. Tego samego, który – zdaniem Kowalika – przeprowadził proces okradzenia robotników z Solidarności po roku 1989.

Podsumowując: sedno opisanego tu zarzutu wobec inteligenckiego kierownictwa odrodzonej Solidarności polega na tym, że solidarnościowa inteligencja się na micie „S” w jakimś sensie uwłaszczyła. A robotnicy zostali potraktowani jako narzędzie. Owszem, użyteczne w drodze do „wyższego celu”, jakim była dla inteligenckiej opozycji wolność polityczna. Ale jednak tylko narzędzie.

Borusewicz: czyj jest strajk

Ciekawe, że kilka dni temu wiele z tez Modzelewskiego i Kowalika potwierdził jeden z przywódców strajku w Stoczni Gdańskiej Bogdan Borusewicz. Z okazji 40. rocznicy porozumień sierpniowych udzielił on Pawłowi Smoleńskiemu z „Gazety Wyborczej” rozmowy - całość znajdą Państwo tutaj. Niesie ona taki mniej więcej przekaz: to mit – mówi wprost Borusewicz – że strajk w stoczni zrobili robotnicy. To MY go zrobiliśmy. My, to znaczy grupka konspiratorów-opozycjonistów, głównie inteligentów – choć w Gdańsku, jak przyznaje sam Borusewicz, paru robotników jednak z nimi było. Co do zasady Gdańsk był jednak pod tym względem wyjątkowy, a w innych miejscach w kraju nastawienie robotników do działań opozycyjnych i postulatów zmian systemowych było raczej niechętne. Koronnym dowodem tezy Borusewicza są jego wspomnienia z początku sierpniowego strajku, gdy dyrekcja godzi się na realizację pierwszych postulatów – to znaczy przywrócenie do pracy Anny Walentynowicz i Lecha Wałęsy, podwyżkę o 1,5 tys. zł, uczczenie zamordowanych w Grudniu ’70 i zagwarantowanie bezpieczeństwa strajkującym. „Klasa robotnicza, czyli dziś ludowa, była wówczas taka jak teraz, niekoniecznie rewolucyjna, zależna od państwowych datków, podatna na polityczną korupcję i manipulacje władzy” – dopowiada prowadzący rozmowę Paweł Smoleński. Jak czytelnik powinien interpretować wysyłany tu komunikat? Ja czytam go jednoznacznie: no dobra, karty na stół. To my zrobiliśmy tę Solidarność i całe to gadanie o robotniczym zrywie to może i było dobre wtedy, ale teraz już dosyć tej dziecinady. My opozycjoniści mieliśmy plan obalenia tamtego ustroju. Domaganie się tych wszystkich wolnych sobót, podwyżek i samostanowienia robotników w ramach związków zawodowych było narzędziem, z którego chętnie skorzystaliśmy. Ale nie one były naszym głównym celem. Naszym celem była wolność polityczna! 

Dwie drogi

Te dwa tak odmienne punkty widzenia prezentowane przez dwóch ważnych liderów „S” to moim zdaniem sedno całego sporu o dziedzictwo Sierpnia ’80. Mijają lata i odchodzą ludzie w tamte wydarzenia zaangażowani. Ale wnioski wypływające dla nas z tego dziedzictwa bardzo mocno zależą od tego, czy skłaniamy się do punktu widzenia Modzelewskiego, czy raczej do wizji Borusewicza. 

Działa to moim zdaniem tak: spadkobiercy myślenia à la Modzelewski chętniej będą przekładać etos Solidarności na czasy współczesne. Będą mówić, że chcą się uczyć nie „o Solidarności”, ale „OD Solidarności”. Podnosząc na przykład, że postulat numer 21 ze stoczniowej tablicy (wprowadzić wolne soboty) to przecież nic innego, jak zachęta, by również dziś walczyć o skracanie czasu pracy lub przynajmniej o to, by życie zawodowe (choćby via elastyczny czas pracy na umowie cywilnoprawnej) nie podtapiało życia rodzinno-towarzyskiego lub czasu na sen. Z kolei postulat 19. (skrócić czas oczekiwania na mieszkanie) powinien nas skłaniać do oczekiwania od rządzących, by nie umywali rąk od dostarczania obywatelom mieszkań, które nie muszą się wiązać z duszącą pętlą kredytu hipotecznego. No i postulat 1. – potrzeba wolnych i niezależnych związków zawodowych, poprzez które pracownicy będą mogli emancypować się spod wszechwładzy swoich pracodawców i zyskają wpływ na to, co się dzieje wokół nich. Przecież dziś w rzeczywistości kapitalistycznej to potrzeba jeszcze bardziej paląca niż wtedy w PRL-u. 

Zwolennicy drugiej drogi – tej, którą symbolizuje tu Borusewicz – chętniej uznają Solidarność za udany, ale jednak zamknięty rozdział w historii Polski. Ewentualnie taki, z którego brać należy cele polityczne, jak wolność i formalna demokracja na wzór Zachodni (jak to się dziś mówi: „liberalna”). Powiedzą, że postulatów tych w sierpniu 1980 roku jeszcze wprawdzie formalnie nie było (albo były wyrażone tylko częściowo), ale przecież kierująca zrywem inteligencka awangarda opozycji miała je już w głowach. Konsekwencją takiego myślenia jest to, by postulaty socjalne na solidarnościowych tablicach traktować bardziej jako muzealny eksponat. A już na pewno nie jako aktualny polityczny program. „Bo przecież to nie o to tak naprawdę chodziło!” – usłyszymy tutaj niechybnie.

To właśnie spośród tych dwóch dróg możemy dziś wybierać. To wybór, z którym musimy nauczyć się żyć, bo zwolennicy tego drugiego punktu widzenia zostaną z nami na długo.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz ekonomiczny, laureat m.in. Nagrody im. Dariusza Fikusa, Nagrody NBP im. Władysława Grabskiego i Grand Press Economy, wielokrotnie nominowany do innych nagród dziennikarskich, np...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Solidarność była ewenement chwili, owocem solidarnego współdziałania całego społeczeństwa, celem było uwolnienie społeczeństwa od komunistycznej władzy, cel został osiągnięty, ewenement może iść do muzeum bo i tak nie ma prawa istnieć dłużej niż tę chwilę - a że na truchle tamtej fenomenalnej Solidarności wyrosły różne patologie, pleśnie i grzyby cóż, normalna rzecz, to samo na przykład od 2000 lat z Jezusem i jego nauczaniem się dzieje i ten przykład powinien wielu wiele wytłumaczyć

„Zazwyczaj, jak trwoga i zabory, to „z szlachtą polską polski lud” …” To typowe , zupełnie nie wiadomo na czym oparte myślenie życzeniowe klas rządzących i tych do władzy prących. Polski lud był niemiłosiernie gnębiony przez jaśniepaństwo, zaborcy zaś, czego dowodzą twarde fakty popchnęli nas ku cywilizowanej europie. To brutalne ale powstania niepodległościowe upadały za sprawą ciemiężonego ludu, który na samą myśl powrotu szlachty do władzy, wolał kolaborację z zaborcą. „Naszym celem była wolność polityczna!” Fajnie to dzisiaj brzmi, byłoby prawdziwsze gdyby wspomnieć o przejęciu władzy, miejscu przy korycie. Postulaty z tablicy stoczniowej, zrodziły się z głów wypranych komunistyczną ideologią, nijak się miały do wolnego rynku, dlatego pozostały tylko na tablicy. Co nieco pamiętam z tych gorących dni, przyglądałem się temu z bardzo bliska powieszałbym, niemal zza płota. Nie widziałem jakiegoś wielkiego ogólnonarodowego zrywu. Pisałem to już kiedyś, ale moim zdaniem komunę obalili pijacy, dość sprawnie nimi manipulowano. Drugim elementem był światowy klimat polityczny, w szczególności trudności polityczne i gospodarcze naszego wielkiego brata. Było coś jeszcze, o czym się wcale nie mówi, ogromne zniechęcenie do działań partii kolektywu partyjnego. Oni bardzo mocno zaczęli zabezpieczać tyły i kolaborować z kościelnymi. To im się niezwykle pięknie udało, do dziś trwają przy władzy i korycie.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]