Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Czyja Afryka?

Czyja Afryka?

25.09.2016
Czyta się kilka minut
Dzisiejsza sytuacja w Europie i świecie – radykalizacja niektórych środowisk, populizm polityków, którzy żerują na lękach, zamachy terrorystyczne – to wszystko są konsekwencje kolonializmu. Wciąż pozostajemy szalenie europocentryczni.
Fot. Per-Anders Pettersson / GETTY IMAGES
G

Grażyna Plebanek: Rozmawiamy w Berlinie – gdzie w 1885 r. odbyła się konferencja, która zmieniła oblicze Afryki, a jak się dziś okazuje, również Europy. Kiedy patrzę na dzisiejszą mapę Afryki, wyobrażam sobie, że wtedy, 131 lat temu, wąsaci faceci stanęli przy stole i linijkami podzielili się obszarem, na którym żaden z nich nigdy nie postawił stopy.

David Van Reybrouck: To nie było całkiem tak. Ta konferencja, zwana kongijską, mówiła bardziej o regułach podziału Afryki, np. że warunkiem posiadania kolonii jest zagwarantowanie wolnego przepływu towarów. Do Berlina zjechali przedstawiciele trzynastu państw, które miały posiadłości w Afryce, m.in. Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec, Włoch, Portugalii, no i Belgii. Byli tam też przedstawiciele Stanów Zjednoczonych, Rosji, Austro-Węgier, Turcji, Danii, Szwecji i Norwegii.

Plebanek: Wiesz, w którym budynku spotkali się ówcześni kolonizatorzy? Może tam pójdziemy?

Reybrouck: W Kancelarii Rzeszy.
(Sprawdzamy lokalizację, ale okazuje się, że budynek poważnie ucierpiał w czasie II wojny światowej, a dzieła zniszczenia dopełnili Rosjanie. Gdyby nie to, odwiedzilibyśmy go, to tylko pół godziny metrem, niecałe osiem kilometrów.)

Plebanek: Siedzimy w Berlinie: Ty, Belg z Brugii, i ja, Polka z Warszawy. Dlaczego oboje piszemy o Afryce, o Kongu?

Reybrouck: Ponieważ oboje mieszkamy w Brukseli. To jest główny powód. O Kongu słyszałem od dziecka, bo mój ojciec pracował tam w latach 1962-66, był inżynierem odpowiedzialnym za budowę dwustukilometrowego odcinka kolei w najbogatszym regionie kraju, Katandze. Był bardzo młody, miał raptem 22 lata, a pod sobą 120 pracowników. Katanga była wówczas w stanie wojny z Kongiem, chciała się oderwać, uniezależnić. Z kolei dla Belgii był to region niezwykle ważny, dlatego popierała tendencje niepodległościowe Katangi. Z powodu wojny wielu Belgów opuściło rejon, było tam niebezpiecznie, trudno było o podstawowe produkty. Dlatego ściągano ludzi nawet tak młodych, jak mój ojciec. Pracował w Jadotville, dzisiejszym Likasi.

Plebanek: Opowiadał ci o tym, co tam przeżył?

Reybrouck: Bardzo mało.

Plebanek: Moi dziadkowie też rzadko opowiadali o wojnie. Całe pokolenie właściwie milczało na temat tego, co wtedy przeżyli. Teraz mówi się, że przez to mamy nieprzerobioną narodową traumę, a wiadomo, co się dzieje w takich przypadkach. Rzecz odbija się czkawką, falami frustracji.

Reybrouck: Z moim ojcem było tak, że po prostu nie był zbyt rozmowny.

Plebanek: W jakim tonie opowiadał o Kongijczykach?

Reybrouck: Rasistowskim. Z wyższością charakterystyczną dla tamtych czasów. Życie białych w Kongu było wtedy silnie naznaczone apartheidem: biali mężczyźni spotykali się wokół basenów, palili cygara, robili barbecue. Przeprowadziłem kilka wywiadów z kolegami mojego ojca, którzy byli z nim wtedy w Kongu, i uderzyło mnie, że życie z czarną kobietą było w latach 60. prawie niemożliwe z powodu odium obyczajowego, jakie spadało na białego mężczyznę. To tak, jakby poślubił prostytutkę. Zaszła duża zmiana obyczajowa od czasu pierwszych kolonizatorów; ci często wiązali się z Kongijkami, tak zwanymi „afrykańskimi żonami”, mieli z nimi dzieci, które uznawali. Ich białe żony zostawały w Europie, nie widywali ich latami. Związki z czarnymi kobietami nie należały do rzadkości i nie były tak wstydliwe, jak w latach 60.

Plebanek: Miałam ciotkę, która kilkanaście lat przepracowała w Johannesburgu. Nasłuchałam się w dzieciństwie jej opowieści, a umiała barwnie opowiadać. Co nie zmienia faktu, że była rasistką. Zdania typu: „Murzyni są z natury leniwi” były na porządku dziennym. Dla nas, Polaków w czasach komunizmu, to były historie jak z innej planety – żadnej możliwości weryfikacji. Jako dzieci jesteśmy jednak równościowi, pamiętam, jak mnie dziwiło, że ciotka z taką pogardą mówi o kimś innym. Za to później, kiedy byłam na studiach, na wydziale historii studiował nasz kolega, syn Polki i Sudańczyka. Bardzo fajny. Mówiliśmy na niego Bambik, od znanego wiersza „Murzynek Bambo”. Jakoś nikt nie pomyślał, jak on się z tym czuje.

Reybrouck: Jako dziecko i nastolatek kłóciłem się z ojcem z powodu jego rasizmu, matka była znacznie bardziej świadoma w tej kwestii. Kiedy miałem 13 lat, w Belgii była taka kampania równościowa, plakat z dłonią i podpis: „Nie ruszaj mojego kumpla”. Powiesiłem go sobie w pokoju. Dziś myślę, że głupio zawęzili tę akcję, bo czy mamy niby bronić przed rasistowskimi napaściami tylko znajomych? W szkole działałem w grupie, która zbierała fundusze na pomoc Afryce. Taka faza aktywisty. Uciekłem potem od polityki w sztukę i poezję, studiowałem archeologię. Sądziłem, że odległa historia nie jest polityczna. Oczywiście myliłem się – wszyscy ciągle przepisują ją na swoją korzyść.

Plebanek: W Polsce dziś przybrało to monstrualne rozmiary. Zmienia się nawet program historii w szkołach. Ministerstwo Edukacji podobno rozsyła wytyczne do szkół, żeby zabierały dzieci na film „Smoleńsk”, który zawiera w sobie spiskową interpretację wypadku lotniczego z 2010 r. Ale odejdźmy od polityki, ludzie są ważniejsi. Czyli od ojca o Kongu dużo się nie dowiedziałeś – zatem węszyłeś sam?

Reybrouck: Po studiach archeologicznych po raz pierwszy pojechałem do Afryki. Miałem 28 lat. W RPA zobaczyłem potworną niesprawiedliwość społeczną i walkę o równość. Przeczytałem „Długą drogę do wolności” Nelsona Mandeli, książki Des- monda Tutu, południowoafrykańskiego biskupa anglikańskiego, przeciwnika apart- heidu. Te lektury plus powieści Johna Coe- tzeego bardzo wpłynęły na moje myślenie. Zrozumiałem, że można zmieniać zastany świat. Znów świadomie zainteresowałem się polityką. Dotarło do mnie, jak bardzo to, co się stało w RPA, było niezwykłe. Że znaleziono tam sposób na to, jak żyć razem w podzielonym społeczeństwie, bez odwoływania się do zachodnich wzorów. W RPA nie wcielono w życie żadnego z dwóch modeli – norymberskiego, gdzie osądzało się zbrodniarzy, ani hiszpańskiego po śmierci Franco – w którym nie rozliczano z koszmarnych czynów. W RPA stworzyli swój własny system.

Plebanek: W naszej części Europy po upadku komunizmu przyjęto dwa skrajne modele rozliczenia się z przeszłością: Rumuni zabili Ceaușescu, u nas był Okrągły Stół.

Reybrouck: W RPA stworzono obywatelskie sądy. Przy stołach zasiadali sędziowie, zbrodniarze opowiadali o tym, co zrobili, byli świadkowie. Ofiary dostawały rekompensaty. Ci, którzy przyznawali się do win, byli zwalniani. Ważne, że to się omawiało, choć było to bardzo trudne i bolesne. Po tych procesach dawało się na powrót żyć razem.

Plebanek: W Rwandzie po ludobójstwie też były obywatelskie sądy, gacaca.

Reybrouck: One były antyprzykładem, bo zwycięzcy nimi manipulowali. A twoje zainteresowanie Kongiem skąd się wzięło?

Plebanek: Dzięki poznanym ludziom. Nie z inicjatywy dziennikarskiej, tylko ludzkiej, bo mieszkamy obok siebie, razem chodzimy na imprezy, uprawiamy sport. Wśród moich przyjaciół pojawili się i tacy, którzy urodzili się w Kongu. Przenieśli się do Brukseli z rodzicami jako dzieci albo sami. Największe wrażenie zrobiła na mnie historia przyjaciela, muzyka, który jako siedmiolatek został wyekspediowany z Kinszasy do Charleroi, do belgijskiej rodziny, co miało mu zagwarantować dobre, europejskie wykształcenie. W Charleroi czuł się potwornie samotny, jedyny czarny na wszystkich przyjęciach rodzinnych, w dodatku ci przyszywani rodzice, opiekunowie, nie byli dla niego dobrzy. Tęsknił za rodzicami, rodzeństwem, swoją dzielnicą w Kinszasie. Wszystko zmieniło się tak nagle: kraj, pogoda, ludzie, zwyczaje. Zostały mu wspomnienia, np. jak grał z kolegami w Kinszasie w piłkę nożną, taką szmaciankę. Pojechał tam z powrotem dopiero jako dorosły. Pokazywał mi zdjęcia rodziny, której praktycznie nie znał. A od swoich białych opiekunów zwiał, jak tylko skończył 18 lat, i więcej się do nich nie odezwał – tak mu zaleźli za skórę.
Inny znajomy przyjechał do Brukseli z ojcem, ale tak go zszokowała zmiana, że wspomnienia z Kinszasy wyparowały. Nic nie zapamiętał z Konga, chociaż miał pięć lat, kiedy się przeprowadził. Ten rys, tę dziwną amnezję dałam bohaterce „Pani Furii”, Alii. To między innymi oni zainspirowali mnie do napisania powieści i zainteresowania się Kongiem.

Reybrouck: Bruksela jest niezwykle wielo- kulturowa, Berlin jest taki biały.

Plebanek: Powinieneś zobaczyć Warszawę. A wracając do wpływu ludzi na moje poznawanie Konga – drugą stroną historii belgijsko-kongijskiej zainteresowałam się dzięki tobie. Pamiętam, jak wróciłeś parę lat temu z Konga...

Reybrouck: ...po spotkaniu z Laurentem Nkundą [byłym kongijskim generałem wywodzącym się z plemienia Tutsi, zbrodniarzem wojennym – red.] w Kiwu Północnym, w drodze między Rutshuru a Bunaganą.

Plebanek: Wyglądałeś, jakbyś nie mógł złapać ostrości w brukselskiej rzeczywistości. Pytałam cię o to, jak tam było, ale ty za dużo wiedziałeś, a ja za mało, rozmowa utykała. Nie umiałam sobie nawet wyobrazić, jak było tam, skąd wracałeś. Moja polska wiedza o Kongu, o Afryce w ogóle, sprowadzała się do wierszyka o Murzynku Bambo, komiksu „Tintin w Kongo” i kilku filmów, gdzie operowano głównie stereotypami i powielano uprzedzenia rasowe. Podobnie jest do dziś w przypadku okładek książek autorów pochodzących z Afryki – pokazuje się na nich często akacje i żyrafy, bo to takie „afrykańskie”. Wtedy zaczęłam drążyć belgijską część tej wspólnej historii. Potem, kiedy już odrobiłam tę pracę domową, doszły nowe informacje: że w kwestii stosunków belgijsko-kongijskich program w szkołach często szwankuje, że to w dużej mierze zależy od nauczyciela. Ciekawa jestem, co wy, obywatele belgijscy, myślicie o kolonizacji. Mam wrażenie, że w kolejnych dziesięcioleciach podejście do tej historii się zmieniało.

Reybrouck: Przeszliśmy co najmniej cztery fazy. Pierwsza – w latach 40.-50. – duma z posiadania kolonii. Druga – lata 60. – frustracja, że straciliśmy Kongo. Trzecia – druga połowa lat 60. i lata 70. – krytyczna postawa wobec kolonializmu. Z drugiej strony głosy, że Kongijczycy dzięki temu umieją czytać i pisać. Postawa pewnej wyższości. Czwarta – lata 80. – czas ciszy. W Kongu trwała epoka Mobutu, a my nie chcieliśmy nic już o Kongu słyszeć. I wtedy, w 1994 r., przyszło ludobójstwo w Rwandzie. Ludobójstwo jako konsekwencja kolonializmu, bo przecież Tutsi i Hutu żyli obok siebie od dawna, podziały wybuchły dopiero wtedy, kiedy w paszportach kazano im wpisywać przynależność etniczną. Do Brukseli przyjechało sporo uciekinierów z Rwandy. Wtedy powrócił temat Konga.

Plebanek: A jak zareagowano na książkę Adama Hochschilda „Duch króla Leopolda”? Mną wstrząsnęła. Z fazy neutralnego zainteresowania Kongiem weszłam w fazę współczucia i oskarżeń wobec kolonizatorów. Związałam się wtedy mocniej z diasporą kongijską, chodziłam z aktywistami pod pomnik króla Leopolda II w centrum Brukseli, żeby oblewać go czerwoną farbą, wymachiwać balonami w kształcie rąk – na pamiątkę tych obciętych Kongijczykom za niedostarczanie kauczuku. Zbiegło się to z pisaniem „Pani Furii”, musiałam mocno walczyć ze sobą, żeby nabrać do sprawy dystansu.

Reybrouck: Wiedzieliśmy już o pewnych faktach dotyczących sposobu kolonizowania Konga, ale „Duch króla Leopolda” i tak zrobił na nas wrażenie. Ta książka nie zawierała jednak nowych faktów, tylko prezentowała ich nieco hollywoodzką wersję, trochę jak „Avatar”. Miałem problem z tymi prostymi kategoriami, podziałem na „złych” i „dobrych”.

Plebanek: A ja po „Duchu...” zaczęłam czytać bardzo dużo powieści autorów pochodzących z Afryki – Fatou Diome, Leonorę Miano, Alaina Mabanckou, Jeana Bofane’a i innych. Żeby wiedzieć, co oni myślą, usłyszeć ich głos. Stąd wzięła się moja fascynacja sposobem opowiadania inspirowanym literaturą mówioną. Studiowałam ją nawet na brukselskim uniwersytecie. Muzyczność fraz mnie ujęła i zainspirowała. Myślę, że zmieniła mój sposób myślenia na temat opowieści. Nie boję się już płynności, otwartości struktury, wykorzystuję melodię, dynamikę. Uczę się dużo od autorów z krajów afrykańskich. Nie mówiąc o przyjaźniach z nimi. Z Fatou Diome poczułyśmy natychmiastową więź, chociaż ona pochodzi z postkolonialnego Senegalu i jest animistką, ja z postkomunistycznej Polski i jestem ateistką.

Reybrouck: A ja się nauczyłem sporo o dobrych rozwiązaniach dla życia razem w społeczeństwach poranionych przez traumy. Tak jak Mandela i Tutu pokazali to w RPA. Dobrze też to przeprowadzają Niemcy, w przeciwieństwie do Austriaków. Niemcy rozmawiali o tym, co zrobili w czasie II wojny światowej, Austriacy nie. U nich faszyści są aktywni od prawie 20 lat, u Niemców dopiero teraz.

Plebanek: Niemcy wschodnie też niczego nie przegadały, jak to w bloku wschodnim. Dlatego u nich są dziś skrajniejsze nastroje niż w zachodniej części. Bo wyparli, „zapomnieli”. Myślisz, że to, co się dzieje dziś w Europie – radykalizacja niektórych środowisk, populizm polityków, którzy żerują na ludzkich lękach, zamachy terrorystyczne – to podzwonne kolonizacji?

Reybrouck: W jakiejś mierze na pewno. Jesteśmy szalenie europocentryczni.

Plebanek: W Senegalu w klasach szkolnych wiszą mapy Europy, a nie mapy Afryki. To pokazuje dzieciom, gdzie jest centrum świata. Mylnie. Achille Mbembe, francuski filozof pochodzący z Kamerunu, nawołuje dziś do zwrotu w stronę Afryki. Afrocentryzacji. I nie on jeden.

Reybrouck: Następnym krokiem powinno być niefaworyzowanie żadnej części świata. ©

DAVID VAN REYBROUCK (ur. 1971) jest pisarzem pochodzącym z belgijskiej części Flandrii. Zajmuje się prozą historyczną – fikcjonalną i naukową. Obiektem jego zainteresowań i badań jest Kongo – zarówno jego kultura, jak też kwestie polityczne i społeczne. W 2015 r. ukazała się po polsku jego głośna książka „Kongo. Opowieść o zrujnowanym kraju”, efekt licznych podróży autora oraz wieloletnich badań naukowych.

GRAŻYNA PLEBANEK (ur. 1967) jest pisarką i dziennikarką. Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Autorka wielu powieści, m.in.: „Dziewczyny z Portofino” (2005), „Nielegalne związki” (2010), „Córki rozbójniczki” (2013) czy „Bokserka” (2014). W tym roku wydała kolejną – zatytułowaną „Pani Furia”, której bohaterką jest belgijska policjantka kongijskiego pochodzenia. Przez długi czas mieszkała w Sztokholmie, od 2005 r. żyje w Brukseli.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]