Reklama

Człowiek z zamrażarki

Człowiek z zamrażarki

25.08.2009
Czyta się kilka minut
Wierność projektowi Solidarności nie polega na celebrowaniu mitu, ale na gotowości krytyki formuły, która stała się przyczyną jej porażki.
P

Pojawienie się Solidarności należy do tych wydarzeń, które są kwintesencją polityki. Ludzie wystąpili wspólnie, aby zakwestionować panujący porządek i spróbowali przedefiniować go zgodnie ze swoją wolą. W takich momentach wydaje się, że wszystko jest możliwe. Nieprzypadkiem Solidarność budziła na całym świecie nadzieję na przezwyciężenie ograniczeń, jakim poddani byli ludzie zarówno w socjalizmie, jak i w kapitalizmie.

A mimo to historia Solidarności to historia porażki. Prawie 30 lat po Sierpniu praktyka życia społecznego pozostaje niemal całkowicie odcięta od marzeń i nadziei przyświecających ludziom zaangażowanym w tamtą zmianę.

Co zawiodło?

Jeśli Solidarnością kierowała nadzieja na solidarne i równe społeczeństwo, to obecne rozwarstwienie, bieda i bezrobocie są ewidentnym dowodem jej klęski.

Jeśli opierała się na idei samorządności i aktywności społecznej, to dzisiejsze słabe uczestnictwo w instytucjach społeczeństwa obywatelskiego i fatalnie niski poziom społecznego zaufania świadczą dobitnie, że prawie nic z idei samorządności nie pozostało.

Jeśli zapowiadała trzecią drogę między socjalizmem i kapitalizmem, neoliberalne reformy po 1989 r. świadczą o wyjałowieniu naszej polityki z chęci tworzenia alternatywnych modeli życia społecznego.

Naturalnym odruchem jest pytanie, kiedy sprawy przybrały zły obrót, i domaganie się dokończenia solidarnościowego projektu. To jednak pokusa, której należy uniknąć.

Gdy stawia się pytanie, kiedy rzeczy przybrały zły obrót, zakłada się, że niepowodzenie określonego projektu wynikało z przypadkowej konfiguracji okoliczności i/lub działania zewnętrznych czynników. W przypadku Solidarności za porażkę można winić do wyboru: stan wojenny, który rozbił pierwotną siłę ruchu, nieprzeprowadzenie lustracji lub dekomunizacji czy wreszcie zawłaszczenie ruchu przez liberalne elity, dogadujące się z postkomunistami na bazie niechęci do ludu. W ten sposób nie musimy konfrontować się z bardziej dramatycznym pytaniem: jaka wewnętrzna słabość lub defekt zadecydowały o porażce projektu, z którego celami się utożsamiamy?

Pożegnanie z marzeniami

Żeby zrozumieć bezbronność Solidarności po 1989 r., trzeba cofnąć się o 20 lat. W latach 70. dysydenci przedefiniowali zasady uprawiania polityki wobec dyktatur w Europie Wschodniej. Miejsce rewizjonizmu jako lewicowej krytyki systemów realnego socjalizmu zajęła antypolityka, wymierzona już nie w zbiurokratyzowane państwo robotnicze, ale w totalitaryzm. Antypolityka bazowała na przeciwstawieniu społeczeństwa i państwa. Społeczeństwo było czyste, aktywne, autentyczne, spontaniczne i wolne. Państwo i władza komunistyczna były zdegenerowane i opresyjne. To przeciwstawienie okazało się doskonałą platformą zawierania sojuszy między oddzielonymi do tej pory grupami i instytucjami. Wobec totalitarnego państwa wszyscy stawali się równi jako podmioty podlegające uciskowi, niezależnie od tego, czy chodziło o wiarę, wolność twórczą czy warunki ekonomiczne.

Póki trwała "walka z komuną", pojawiające się różnice przykrywane były przez bieżące wymogi konfliktu, ale już po 1989 r. nic nie mogło zahamować ich ujawnienia. Długie kultywowanie jedności doprowadziło do tego, że kształt powstających podziałów naznaczony był przez tęsknotę za utraconą jednością. I tak różnice ukształtowane przy okazji wojny na górze wykuwane były w atmosferze oskarżeń o zdradę z jednej strony, a z drugiej - obrzydzenia moralnego wobec nielojalności. Nie sprzyjało to refleksji nad odtwarzanym w Polsce kapitalizmem i redukowało debatę na jego temat do problemu umiarkowanego lub radykalnego pozbywania się funkcjonariuszy poprzedniego systemu.

Konflikt wokół prawa do dziedzictwa Solidarności szybko wyczerpał społeczną uwagę. Ludzie byli też rozczarowani utratą jedności - i to chyba było podstawową przyczyną pogodzenia się z rzeczywistością. Nadzieje na lepszy świat dla wszystkich zamieniono stopniowo na akceptację praw rynku i obietnicę osiągnięcia indywidualnego sukcesu.

Sacrum, mit, historia

Ostatecznym mechanizmem zamrażającym Solidarność stało się przekształcenie jej w mit. Podstawową rolę odegrało uznanie jej za źródło naszej rzeczywistości. Hasło: "Zaczęło się w Gdańsku" jest tylko jednym z przykładów umiejscawiania Początku właśnie w pojawieniu się Solidarności. To ona odzyskała naszą wolność, nawet jeśli odbywało się to na raty.

Zmitologizowanie przekształciło Solidarność w byt niemal sakralny. Świadczą o tym choćby wydarzenia związane z 20-leciem wyborów 4 czerwca: spór wokół zlokalizowania uroczystości, będący de facto próbą ożywienia konfliktu wokół prawa do dziedzictwa Solidarności, był powszechnie uznawany za gorszący: zarówno komentatorzy, jak zwykli ludzie deklarowali, że święto organizowane w tym miejscu powinno jednoczyć, a nie dzielić.

Sakralizacja odcięła Solidarność od współczesnych wyzwań. Radykalizm jej żądań sprowadzony został do planu obalenia komunizmu. Solidarność zrobiła swoje i stoi na ołtarzu demokracji. Póki tam spoczywa, cały utopijny ładunek zawarty w jej tradycji służy usprawiedliwieniu obecnego ładu, bo jeśli celem protestu było wyzwolenie od komunizmu, to nie ma się już czego domagać.

Takie wykorzystanie Solidarności wspiera zero-jedynkowe rozumienie wolności, które ogranicza krytykę innych form dominacji i zniewolenia różnych od tych wywodzących się z totalitarnego państwa. Postulaty grup wskazujących np. na kwestie związane z płcią czy orientacją seksualną zbywane są wzruszeniem ramion i delegitymizowane jako niepoważne wobec prawdziwej walki o wolność, jaka stoczona została z komuną.

Polskie modernizacje

Na porażkę Solidarności spojrzeć trzeba szerzej: przez pryzmat polskich zmagań z modernizacją. Dlaczego prawie zawsze skuteczniejsze w kształtowaniu zmian okazują się nie projekty wymyślane lokalnie, ale pomysły i narzędzia wypracowywane gdzie indziej? Od Mieszka (I) do Leszka (Balcerowicza) polskie modernizacje dokonywały się przede wszystkim przez importowanie "sprawdzonych" wzorów. Jak Mieszko opierał swoje działania na normandzkich wojach i chrześcijańskich dogmatach, akuszerami przemian po 1989 r. stali się chłopcy z Chicago i dogmaty neoliberalne.

Nie znaczy to, że nie pojawiały się próby definiowania rzeczywistości na własny rachunek. Gdy rozpadała się monarchia wojenna pierwszych Piastów, na jej gruzach pojawiło się na Mazowszu państwo Masława. Ten dawny cześnik królewski budował je, wracając do starych wierzeń i bogów. Mniej więcej po 10 latach wszystko zostało utopione we krwi przez łacińskie rycerstwo, które Kazimierz Odnowiciel pożyczył od cesarza niemieckiego. Solidarność można umieścić wśród tych nieudanych prób.

Zasadniczą przyczyną jej porażki było przekonanie, że istnieje gotowy fundament, na jakim można się oprzeć przy poszukiwaniu własnej drogi. Masław ufał, że wystarczy wrócić do starych wierzeń. W solidarnościowym projekcie rolę starych wierzeń odgrywa społeczeństwo stawiające opór totalitarnej władzy. Ta wspólnota jest gotową, czystą podstawą, na jakiej może się oprzeć nowy ład. Nie istnieją w niej różnice, które mogą prowadzić do sporu. Nie istnieją też odrębne interesy, bo przecież wspólnota oparta jest na moralności i cnotach, a nie na podziale bogactwa i władzy. Nie ma potrzeby rozpoznania podziałów i zastanawiania się, jak znaleźć modus vivendi między odrębnymi stronami i stanowiskami. Poszukiwanie własnej drogi nie ma w takich warunkach szans stać się prawdziwym projektem, to znaczy zadaniem do wykonania, i stanowi najwyżej antrakt w realizacji importowanych rozwiązań.

Pospieszny i powierzchowny konsens wokół kształtu wspólnoty pozwolił zmobilizować rzesze ludzi i przetrwać skierowane przeciw ruchowi represje stanu wojennego, ale sprawił, że Solidarność okazała się całkowicie bezbronna wobec końca realnego socjalizmu. Brak refleksji nad różnicami nie pozwolił nad nimi zapanować, kiedy już się pojawiły. Oczekiwania co do jedności powodowały rozczarowanie rozpadem i wycofywanie się ludzi z jakichkolwiek wspólnotowych projektów - jeśli wspólnota nie może być jednością, niech nie będzie jej wcale. Dlatego dawna Solidarność prawie bez walki oddała pole ekspertom, którzy zaproponowali dla Polski "prawdziwe i jedynie słuszne recepty".

Wierność projektowi Solidarności nie polega dziś na celebrowaniu mitu, ale na gotowości krytyki formuły, która stała się przyczyną jej porażki. Jeśli poszukiwanie własnej drogi nie zmierzy się z problemem różnorodności i interesów, zawsze przegra z gotowymi odpowiedziami z importu. Gdy będziemy się oszukiwać, że tworzymy harmonijną i homogeniczną wspólnotę, będziemy też reagować wrogo na istniejące między nami różnice. Nie przyjmując do wiadomości istnienia sprzecznych interesów, będziemy skazani na powiększające się rozpiętości między bogatymi a biednymi. Jeżeli tego nie zrozumiemy, będziemy tylko agregatem konsumentów z określoną siłą nabywczą, częścią obszaru inwestycyjnego Europa Środkowa, kapitałem ludzkim z obiecującym potencjałem mobilności.

Dr Maciej Gdula (ur. 1977) jest pracownikiem Instytutu Socjologii UW i członkiem zespołu "Krytyki Politycznej".

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]