Bitwa o mięsny sens. Z brukselką w tle

Ministerka rolnictwa w rządzie dwutygodniowym przejdzie do historii jako ta, która ustawiła Polskę w pierwszym szeregu walki z nazewnictwem roślinnych zamienników mięsa. Ale murem języka nie otoczysz.

13.12.2023

Czyta się kilka minut

Shutterstock
fot. Shutterstock

Półtora kilo brukselki zdążyłem staranie oczyścić nożykiem, podczas gdy Mateusz Morawiecki ostatni raz zamęczał moje uszy wyliczanką zasług swoich dwóch poprzednich gabinetów, bo w ten trzeci, zwany dwutygodniowym, nawet on nie wierzył. To naprawdę sporo dłubania, około dwustu malutkich kapustek, z każdej należało odciąć zeschły mini-głąbik, po czem zeskrobać podeschłe, nieraz lekko podgniłe listki. Nie jestem fanem platońskiej doskonałości warzyw, przerażają mnie ludzie gotowi szatkować marchew w idealną zapałkę z dokładnością do milimetra, ale brukselkę lubię mieć ładną.

To piękny w swej złośliwości przypadek, że rzewne adieu pana premiera i jego oda do „polskiej drogi do wielkości” spływały u mnie na taki podkład. Gdyby trochę porządził, może wprowadziliby jeszcze zakaz podawania brukselki lub zmianę nazwy będącej zamachem unijnej biurokracji na suwerenny polski obiad. Że ta ekipa jest do tego zdolna i chętna, widać po legislacyjnym podrzutku, jaki dwutygodniowy gabinet pozostawia następcom. Anna Gembicka przejdzie do historii nie tylko jako pierwsza ministerka rolnictwa, ale też jako ta, która ustawiła Polskę w pierwszym szeregu krajów walczących z nazewnictwem roślinnych zamienników mięsa. Przygotowała mianowicie rozporządzenie ograniczające stosowanie w handlu nazw „szynka, wędlina, kiełbasa” do produktów czysto zwierzęcych (lub w przypadku kiełbas z dodatkami niemięsnymi, które wynikają z receptury – nawet najzagorzalszy mięsożerca wie, że parówka jest sobą tylko dzięki obecności śmieci niezwiązanych z żadnym kręgowcem).

Aż dziw, żeśmy wcześniej nie zadbali o to, by stać się równi np. Francji i zakazać handlowania sojowym kotletem i wegekiełbaską. Paryż, owszem, ze swojego wprowadzonego z szumem półtora roku temu dość szerokiego zakazu szybko się musiał wycofać na polecenie ichniego trybunału konstytucyjnego, który w typowym akcie nieokiełznanej „sędziokracji” podważył prawomocność rządowych przedłożeń w świetle prawa europejskiego. I dopiero we wrześniu tego roku notyfikował w Brukseli znacznie łagodniejszą wersję przepisów ze skróconą (ale dłuższą od naszej) listą zakazanych słów, głównie typowo rzeźniczych określeń na konkretne części wołu czy wieprza (typu nasza „pierwsza krzyżowa”), choć oczywiście cała bitwa o mięsny sens rozgrywa się wokół trzech-czterech najpopularniejszych typu „stek” czy „szynka”. 

W tej samej Brukseli leży podobne prawo uchwalone przez włoski parlament – z ciekawym dodatkiem: otóż minister rolnictwa, z „suwerennościowej” partii rządzącej (a przy okazji szwagier premierki, bo ławkę to oni mają doprawdy krótką), walczy z wiatrakiem „mięsa syntetycznego”, czyli produktu złożonego z komórek mięśniowych wyhodowanych w bioreaktorach. Na Zachodzie można nawet tu i ówdzie skosztować tego mięsa (bo to jest mięso, choć nie z ciała zwierzęcia), ale to jeszcze przymiarki i w żadnym kraju Europy nikt niczego takiego do handlu nie dopuścił. Włosi, bardzo, oj bardzo dalecy potomkowie Leonarda i Kolumba, niegdyś kolebka niespokojnych geniuszy i nieustraszonych odkrywców, postanowili zakazać sobie badań w tym kierunku – bo zagrażają ich „tożsamości”. 

Murem języka nie otoczysz. Ani rynku. Te zakazy, o ile nawet wejdą w życie, nie dotyczą produktów wyprodukowanych w innych krajach Unii. Brak bowiem unijnych przepisów reglamentujących rzeźnicze słowa – w odróżnieniu od rynku mleczarskiego, który wywalczył sobie już dziesięć lat temu zakaz „mleka sojowego” i podobnych. Kosztem zresztą biurokratycznych koszmarów – lektura aneksów z wyjątkami daje pojęcie o beznadziejnej walce urzędników z żywiołem języka, gdzie np. po francusku crème to nie tylko „śmietana” ale i „krem” w rozumieniu zupy warzywnej oraz syrop owocowy (np. sławny cassis), co należało ująć w stosownej tabelce zezwoleń. Polski podrozdział zawiera zgodę na tylko jeden lokalny wyjątek: „ser jabłeczny”, czyli klocek z superzagęszczonej marmolady, oldskulową łakoć kojarzoną raczej z Litwą niż Polską. 

Świetnie rozumiem że mortadela bolońska może być poważnym, być może najważniejszym powodem, by ktoś chciał czuć się Włochem. Podobnie z dobrą kiełbasą krakowską. Ale za obroną szynki z mięsa stoją tylko ogromne interesy branżowe, a nie narodowe, a słowa „tożsamość” i „tradycja” okazują się powoli najbardziej zużytymi wytrychami w tym sezonie. Jakby politykom w różnych krajach równocześnie pokończyły się sensowniejsze tematy zastępcze. 

 

Kiedy się już oskubie brukselkę, to większość pracy za nami, bo ona lubi raczej prostą obróbkę: pieczenie na blasze (po przepołowieniu większych sztuk) lub podgotowanie i dalsze podduszenie na oliwie z wędzoną papryką. Ale na ten poniedziałkowy obiad zrobiłem wersję lekko podrasowaną. Blanszujemy brukselkę przez 10 minut, przerzucamy na patelnię, gdzie stopiliśmy trochę masła wraz z ząbkiem czosnku. Dusimy pięć minut, obracając. Przekładamy do formy wysmarowanej masłem, tak by brukselka utworzyła jedną, góra dwie warstwy, dodajemy nieco wiórków masła i posypujemy szczodrze parmezanem. Zapiekamy w 190 stopniach ok. kwadransa, aż się ser zacznie ładnie złocić.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Zawodu dziennikarskiego uczył się we wczesnych latach 90. u Andrzeja Woyciechowskiego w Radiu Zet, po czym po kilkuletniej przerwie na pracę w Fundacji Batorego powrócił do zawodu – najpierw jako redaktor pierwszego internetowego tygodnika książkowego „… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 51/2023

W druku ukazał się pod tytułem: Mięsny sens