Biribomba, czyli skąd w polszczyźnie tyle angielszczyzny

Dlaczego ze wszystkich zwyczajów językowych przyjmuje się u nas ten z dalekiej Azji?
Czyta się kilka minut
Olga Drenda // Fot. Maciej Zienkiewicz
Olga Drenda // Fot. Maciej Zienkiewicz

Lubię zauważać zaskakujące podobieństwa między Polską a, wydawałoby się, odległymi miejscami na świecie, z którymi mamy (na pozór jedynie) pobieżne czy luźne kontakty. Są np. takie miejsca, w których można się poczuć jak w dalekiej podróży, choć dowiózł nas tam jedynie tabor kolei regionalnej. Znam zakątki Rudy Śląskiej, które przypominają Kalifornię albo i Meksyk. Kiedyś Miron Białoszewski pojechał do Nowego Jorku i zaczął notować, co mu przypomina Garwolin albo Przasnysz – widocznie świat składa się z takich nieoczekiwanych przestrzennych bliźniąt. 

Ale są i podobieństwa w zakresie stylu życia. Australia to np. taka bardzo daleka Polska (albo odwrotnie), jeśli weźmiemy pod uwagę zamiłowanie do grillowania i łabędzi z opon, a z Chilijczykami łączy nas czasem podobne poczucie humoru. Trudno wyjaśnić te zbieżności, bo rzadko daje się prześledzić przepływ inspiracji; to raczej rodzaj globalnej wędrówki znaków, które osiadają tam, gdzie chcą. Dlatego ostatnio z dużym zainteresowaniem obserwuję rosnące, przynajmniej w internecie, podobieństwo polskich zwyczajów językowych do filipińskich i indonezyjskich.

Od razu zaznaczam, że nie znam ani bahasa Indonesia, ani tagalskiego, za to wiem, co zdumiewa międzynarodową społeczność internetową, gdy zabłądzą w rejony, w których aktywni są mieszkańcy Archipelagu Malajskiego. „Dlaczego oni mówią w połowie po angielsku?”, pytają zdumieni ludzie z innych krajów. Sama zareagowałam podobnie, kiedy przez wspólnych znajomych poznałam pewną doktorantkę z Indonezji. Te specyficzne nowe odmiany językowe – zwane jaksel (dialekt z południowej Dżakarty) i taglish (tagalsko-angielski) – nie przypominają bowiem typowych hybryd, języków kreolskich czy mieszanych. Angielskie wstawki, frazy, czasami połowy zdań pojawiają się w nich jakby losowo, znikąd, nie po to, by uzupełnić brakujące słownictwo. W przypadku tych krajów akurat dość łatwo to wytłumaczyć – mowa w końcu o regionach, w których równolegle funkcjonują setki języków wzajemnie wpływających na siebie, a do tego nauka angielskiego w szkołach jest dość powszechna. Przeciętna ludzka głowa co chwilę musi przełączać się na inny program.

Wszędzie czy nigdzie, na pewno polsko

Jak to się ma do Polski? Przecież my, dla odmiany, mamy zdecydowanie mniej na głowie; mówimy w większości raczej podobnym językiem, który owszem, wciąga zapożyczenia i innowacje, ale bez przesady. Pewnie każdy, kto pracował za granicą albo w międzynarodowym środowisku, kojarzy polonijny ponglish czy językowe miszmasze właściwe dla miejsca pracy: w biurze forwarduje się maile, a w barze kanapkowym slajsuje się chleb. W internecie lajkujemy i szerujemy. Takie mutacje powstają dość naturalnie i dla wygody; nawet jeśli brzmią niezgrabnie, to mają służyć praktycznemu użytkowi.

Ale tam pożyczone z angielskiego (czy innego języka) słownictwo wpasowuje się w rodzimą gramatykę, wkleja się, spolszcza. Tymczasem w nowej internetowej polszczyźnie dwa języki istnieją jakby równoprawnie, tylko co chwilę inny wyskakuje na powierzchnię. Jej patronem mógłby zostać Glennskii Meyer, pochodzący z USA wokalista zespołu Blenders, który w polsko-angielsko-kaszubskiej „Biribombie” nawijał: „Chyba każdy kto potrafi chociaż troszeczkę pisać / and as well ya'all czytać / Wcale nie będzie musiał pytać”. Albo znacznie od niego młodszy raper Schafter.

Tak samo 18-latki z Warszawy, Manili i Dżakarty pewnie równie często mawiają dzisiaj „jesteś literally głupi”, albo „let’s agree, pizza z ananasem jest disgusting”. Sądząc po ulubionych, powtarzających się fragmentach, angielski najczęściej wskakuje na miejsce przymiotników, przysłówków czy partykuł. Kilka lat temu w mowie potocznej krążyło niewybredne powiedzonko, które podsumowywało ówczesne podejście do skakania pomiędzy językami: „zawsze tak pier….sz, pół English, pół Polish?”. Wygląda na to, że stopniowo traci na aktualności, bo taka mowa zwyczajnieje.

Nie mam tu oczywiście zamiaru jałowo narzekać na „tę dzisiejszą młodzież” – u nich akurat wydaje mi się to zupełnie naturalne przy takim tempie przepływu informacji i trendów (trochę mniej u moich rówieśników, ale to inna sprawa). To zjawisko, które o czymś świadczy. Może chodzi o to, że polski jest po prostu dość trudny, a może pokazuje, gdzie jest granica wyporności umysłu w przypadku przeciążenia informacją – o, właśnie tu następuje punkt automatycznego szatkowania wiedzy na sałatkę.

Nie mam tylko pojęcia, dlaczego ze wszystkich zwyczajów językowych przyjmuje się u nas ten z dalekiej Azji. Ale też świat jest pełen tego rodzaju zagadek, zaskoczeń, niespodziewanych Polsk. Niedawno oglądałam horror produkcji indonezyjskiej, który rozgrywał się w nawiedzonym bloku. Blok wydał mi się dziwnie znajomy, może widziałam podobny w Katowicach, a może w Szczecinie? Polska jest trochę wszędzie.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 2/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Biribomba