Reklama

Biden: strażak czy podpalacz?

Biden: strażak czy podpalacz?

w cyklu Woś się jeży
21.01.2021
Czyta się kilka minut
Czy Joe Biden to współczesny św. Jerzy, który pokonał smoka trumpizmu? Czy może raczej strażak bohatersko gaszący pożar, do którego rozpalenia sam się przyczynił?
Prezydent Joe Biden podpisał pierwsze decyzje wykonawcze, Waszyngton 20 stycznia 2021 r. Fot. AP/Associated Press/East News
W

Wyobraźmy sobie, że w Polsce na czele opozycji antypisowskiej staje Leszek Balcerowicz. Albo Jan Krzysztof Bielecki. A jeśli nie oni osobiście, to przynajmniej ktoś bardzo mocno zaangażowany (słowem i czynem) w neoliberalną terapię szokową lat 90. Mało tego. Wyobraźmy sobie następnie, że u jego boku stoi polityk porównywalny z młodym Zbigniewem Ziobrą – takim, którego znakiem rozpoznawczym jest polityka w stylu „zero tolerancji”. I teraz – nie pozwólmy naszej wyobraźni zwolnić tempa – właśnie taki tandem wygrywa wybory, odsuwając od władzy znienawidzonych przez pół kraju (a przez drugie pół uwielbianych) populistów. Oskarżanych o skłonność do nadużywania władzy i autorytaryzm. Wszystko to dzieje się pod hasłem… zerwania z neoliberalizmem i pozszywania ze sobą na nowo pokiereszowanego i skłóconego społeczeństwa w imię postępu oraz narodowej jedności.

Trudne do wyobrażenia? A jednak w Ameryce coś bardzo podobnego właśnie się wydarzyło. O tym, co chcę Państwu opowiedzieć, mówi się i pisze w Polsce raczej rzadko. U nas dominuje raczej przejęta od amerykańskich liberalnych mediów opowieść nakazująca komentować zwycięstwo duetu Joe Biden–Kamala Harris jako „koniec koszmaru zwanego trumpizmem” i (przynajmniej) powrót do normalności. A może nawet szansa na nowe otwarcie i zmierzenie się z wyzwaniami XXI wieku przy pomocy nowego, świeżego zestawu rozwiązań. Zgodnie z tą opowieścią Biden i Harris równają się nadziei na lepsze jutro.

Ta opowieść – choć dla wielu kusząco pokrzepiająca – w zasadniczym stopniu opiera się jednak na myśleniu życzeniowym. Oraz ignorowaniu wielu niewygodnych faktów. Z którymi – choćby w imię elementarnej uczciwości – warto się zmierzyć.

Pan wczoraj

A po angielsku „Yesterday’s man”. Taki tytuł nosi książka dziennikarza lewicowego magazynu „Jacobin” Branko Marceticia wydana jeszcze w 2020 r. Jej autor przygląda się politycznemu życiorysowi 46. prezydenta Stanów Zjednoczonych. Pokazując, że nie mamy tutaj bynajmniej do czynienia z przypadkowym przechodniem na rozstajach najnowszej historii Ameryki. Przeciwnie, Joe Biden, który pierwszy raz został wybrany do amerykańskiego Senatu w roku 1972, był tej historii ważnym współtwórcą. Nie tylko czołowym przedstawicielem amerykańskiego establishmentu politycznego minionych pięciu dekad. Ale nawet – jak pokazuje Marcetic – można go spokojnie nazwać uosobieniem całego szeregu niezbyt chlubnych przywar amerykańskiego życia publicznego: wolnorynkowej ortodoksji, nadmiernego zblatowania z prywatnym biznesem oraz lekceważenia społecznych skutków demontażu amerykańskiego państwa dobrobytu. Czyli dokładnie tych zjawisk, które są (słusznie) uważane za główną przyczynę wybuchu populistycznej rewolucji – z jej najnowszym wykwitem, czyli Donaldem Trumpem.


Marta Zdzieborska: Jednym z pierwszych testów dla prezydentury Bidena będzie jego odpowiedź na epidemię. Koronawirus zabija już nawet 4 tys. Amerykanów dziennie.


 

Już w roku 1984 (za czasów rządów Ronalda Reagana) „Washington Post” nazwał Bidena jednym z najbardziej znanych neoliberałów w szeregach Partii Demokratycznej. Biden otwarcie wspierał wówczas wysiłki reaganowskiej administracji obliczone na osłabienie roli rządu w gospodarce i zmniejszenie wydatków na finansowanie programów państwa dobrobytu. Jednocześnie – przypomina Marcetic – Biden krytykował własną partię za nadmierne sprzyjanie punktowi widzenia związków zawodowych, drobnych farmerów i innych „partykularnych grup interesu”. Gdy do władzy doszła demokratyczna administracja Billa Clintona forsująca tzw. trzecią drogę (czyli de facto odejście od takich celów politycznych jak pełne zatrudnienie czy walka z nierównościami), Biden znów grał pierwsze skrzypce. Ograniczenie wydatków socjalnych w roku 1996, odwołanie tzw. ustawy Glassa-Steagalla (faktyczna zgoda na zniesienie szeregu pochodzących jeszcze z lat 30. regulacji sektora finansowego), powołanie do życia NAFT-y, czyli strefy wolnego handlu między USA, Kanadą i Meksykiem, które skutkowało utratą wielu dobrze płatnych miejsc pracy w amerykańskim przemyśle.

Wszystkie te decyzje clintonowskiej administracji to bezsprzecznie kamienie milowe neoliberalnego zwrotu w amerykańskiej polityce. Zapoczątkowanego przez Reagana, ale dokończonego właśnie przez Demokratów. We wszystkich tych sprawach Joe Biden był za. Mało tego. Marcetic przypomina, że należał do tych polityków Partii Demokratycznej, którzy stale zagrzewali swój rząd do dalszych neoliberalnych posunięć, krzycząc „śmielej, śmielej!”. Jeden przykład: w roku 1995 Republikanie próbowali przepchnąć w Kongresie poprawkę do konstytucji ustanawiającą zapisany w prawie i automatyczny hamulec wydatków publicznych. Co w praktyce skazywałoby amerykańskie państwo dobrobytu na śmierć, a demokratycznych polityków na wyrzeczenie się sprawczości w kwestiach gospodarczych. Senator Biden należał wówczas do tych Demokratów, którzy zapowiadali poparcie republikańskiej inicjatywy. Na szczęście (dla amerykańskiego społeczeństwa) inicjatywie zabrakło wymaganej większości.

Biden i banki

To jednak tylko część problemu. W końcu poglądy każdego polityka mogą ewoluować. A z antywydatkowego jastrzębia i przeciwnika interwencji państwa w gospodarkę można się przecież przedzierzgnąć w skruszonego liberała głoszącego po kryzysie 2008 r. „byliśmy głupi”. Znamy takie historie również z naszego podwórka. Polityczny życiorys Bidena przenicowany przez Marceticia przynosi jednak parę innych niepokojących wątków. Z nich najważniejsza jest wyjątkowa (nawet jak na amerykańskie standardy) łatwość w nawiązywaniu bliskich kontaktów z biznesowymi lobbystami.

Znów kilka przykładów: w latach 1989-2000 do grona największych donatorów prowadzonych przez Bidena kampanii wyborczych należała korporacja pożyczkowa MBNA (później przejęta przez Bank of America) z jego rodzinnego stanu Delaware. W tym samym czasie Biden jako polityk głosował przeciw wszelkim próbom wymagania od instytucji kredytowych większej przejrzystości informacyjnej wobec swoich klientów. A także (kilkakrotnie!) przyczynił się do utrącenia ustawy ułatwiającej ogłoszenie bankructwa osobistego przez najbiedniejszych pożyczkobiorców. Warto dodać również, że w tym czasie w MBNA zatrudniony został (tuż po studiach prawniczych) syn Bidena, Hunter. Ten sam, który prowadził potem (w czasach, gdy jego ojciec był już wiceprezydentem) interesy na Ukrainie. Ta ostatnia sprawa była zresztą szeroko opisywana nawet przez przychylne Demokratom media.


WOŚ SIĘ JEŻY: autorska rubryka Rafała Wosia co czwartek w serwisie "Tygodnika Powszechnego"


 

Takie historie – dowodzi Marcetic – nie były odosobnione w politycznym résumée obecnego prezydenta. Już w latach 70. Biden znalazł się w czołówce amerykańskich kongresmenów, którzy mogli się pochwalić najwyższymi dochodami ze źródeł innych niż parlamentarna dieta. W tym przypadku były to dochody z publicznych wystąpień na zaproszenie przeróżnych zamożnych korporacji czy biznesowych stowarzyszeń. Spora ich część z branży finansowej. Warto przypomnieć, że po kryzysie 2008 r. administracji Obamy przypadło zadanie uregulowania sektora bankowego oraz przekazanie miliardów dolarów antykryzysowej pomocy rządowej dla borykających się z trudnościami korporacji. A procesy te (zwłaszcza tzw. fiscal stimulus) koordynował nie kto inny jak… wiceprezydent Joe Biden.

Warto dobrze wyjaśnić formułowany tu przekaz. Nie chodzi o bawienie się w świętoszkowaty purytanizm i nakazywanie politykom życia o chlebie i wodzie. Trzeba jednak powiedzieć jasno, że pośród amerykańskich polityków minionych dekad znajdujemy bardzo różne postawy. Bernie Sanders, który w amerykańskiej polityce też jest dość długo, zawsze clintonowską trzecią drogę (słowem i czynem) odrzucał, skazując się przez lata na bycie na politycznym marginesie. A z kolei inna kontrkandydatka Bidena w demokratycznych prawyborach Elizabeth Warren nie jest znana z tak ścisłego zblatowania z amerykańskim biznesem. Przeciwnie. Na każdym kroku podkreślała, że na pasku Wall Street i Doliny Krzemowej chodzić nie zamierza. Ale wybrano jednak Bidena – co każe sformułować dość poważne obawy, czy aby na pewno liberalna Ameryka wyciągnęła wnioski z doświadczenia, jakim jest populistyczna i antyestablishmentowa rewolta, której symbolem stał się Donald Trump. Dodajmy z kronikarskiego obowiązku, że ani dla Sandersa, ani dla Warren miejsca w rządzie Bidena (mimo wcześniejszych sugestii) nie będzie.

Nawet w samej Ameryce – i to wcale nie pośród trumpistów – wielu podnosi podobne wątpliwości. „Kazali nam głosować na miernego, chwiejnego neoliberalnego centrystę, bo jest lepszy od faszysty. I może pokonaliśmy zagrożenie. Ale nie zmienia to faktu, że mamy u władzy miernego i chwiejnego neoliberała” – słowa te wypowiedział tuż po wyborczym zwycięstwie Bidena filozof Cornel West uważany za ucznia i kontynuatora misji Martina Luthera Kinga. Tego typu argumenty padają w Ameryce dość często, co nakazuje jednak poskromić entuzjazm wobec politycznej przyszłości pogromcy Trumpa.

Prokurator Harris

Co ciekawe, krytyka dotyczy nie tylko samego prezydenta, ale również jego zastępczyni. Tego typu argumentacja także rzadko przebija się w polskiej publicystyce. U nas Kamala Harris przedstawiana bywa zazwyczaj przez pryzmat tego, że jest pierwszą kobietą na stanowisku wiceprezydentki USA. I to na dodatek kobietą o niebiałym kolorze skóry, co ma czynić z niej symbol postępu nowej administracji. Warto wychwycić jednak głosy takie jak socjologa Tye Salandy'ego. Przypomina on, że Kamala Harris jako prokurator generalna stanu Kalifornia dała się poznać raczej jako zwolenniczka zdecydowanie mało postępowych programów. Pod jej politycznym parasolem wprowadzono program, który groził nawet więzieniem rodzicom, których dzieci nie chodzą do szkoły.

To w czasach Harris Sąd Najwyższy wskazywał, że więzienia w Kalifornii są przepełnione i nie są w stanie pełnić już żadnej funkcji reedukacyjnej. Jednocześnie urząd Harris bronił się rękami i nogami przed wypłatą odszkodowań dla niesłusznie skazanych. Jako prokurator generalna Kalifornii nie dała się też poznać z ani jednej inicjatywy próbującej w jakikolwiek sposób postawić tamę rozrostowi wpływów Doliny Krzemowej – znajdującej się przecież w jej własnym stanie. Przeciwnie, latem 2020 r. „Huffington Post” pokazał (opierając się na bogatej korespondencji mailowej) raczej zażyłe stosunki Harris z czołowymi postaciami świata „big tech” z Google’a czy Facebooka. Oczywiście „big tech” należał w 2020 r. do grona jej czołowych sponsorów w walce o prezydenturę.


Wojciech Jagielski: Bilans dyplomatycznych osiągnięć odchodzącego prezydenta USA jest mizerny, ale i tak odwracanie porządków, jakie próbował zaprowadzać, zajmie jego następcy wiele czasu.

Piotr Tarczyński: Jako prokuratorka Harris często wchodziła w rolę „złej policjantki”. Z drugiej strony, nie sposób zaprzeczyć, że od tamtego czasu przesunęła się politycznie w lewo, a w Senacie – a zwłaszcza, odkąd rozpoczęły się protesty Black Lives Matter – opowiada się za głęboką reformą policji.


 

„Co było, to było. Rozliczajmy ich z tego, co będzie” – odpowiadają zwykle na wszystkie te argumenty media sprzyjające Bidenowi i Harris. Nowy prezydent złożył przecież wiele pięknych zapowiedzi: wprowadzenie podatku dla bogatych, ulga przy spłacaniu zadłużenia zaciągniętego na studia, podwyżka płacy minimalnej. Pożyjemy, zobaczymy. Tymczasem zostańmy na gruncie faktów. Bo polityczne decyzje to zawsze suma światopoglądu decydentów z praktycznym polem manewru wyznaczanym z kolei przez interesy własnego otoczenia i oczekiwania wyborców.

Obietnice nowego ładu

Idąc tym tropem, wykonajmy proste ćwiczenie myślowe. Czy można oczekiwać, że prezydent mocno od półwiecza umocowany w establishmencie, który dał się w przeszłości poznać jako jeden z bardziej gorliwych budowniczych obecnego systemu, utrzymujący dobre stosunki z elitami (tymi samymi, które na funkcjonowaniu obecnego systemu tak mocno korzystają) oraz będący przez te elity otwarcie finansowany (analiza wpłat Doliny Krzemowej nie pozostawia wątpliwości, kogo w tej walce wspierali najbogatsi dziś ludzie świata) może przynieść faktyczny przełom? Wstać pewnego dnia z łóżka i pomyśleć sobie: będę nowym Theodorem Rooseveltem rozbijającym monopole? Albo Franklinem Delano Rooseveltem zaprowadzającym „Nowy Ład”? Oczywiście, że można to sobie wyobrazić. Bo wszystko można sobie wyobrazić.

Dużo bardziej prawdopodobne jest jednak to, że taki przełom po prostu nie zaistnieje. I będzie jak w scence, z którą niejeden z nas pewnie się w życiu zetknął. Ktoś, na kim nam zależy, obiecał, że zadzwoni. Czekamy dzień, drugi, trzeci. Nie dzwoni. W końcu chwytamy za telefon i wybieramy numer. Nie odbiera. Wystukujemy raz jeszcze. „A ehmmm, to Ty! No ja WŁAŚNIE MIAŁEM DO CIEBIE ZADZWONIĆ!” – słyszymy w słuchawce. Podobnie z liberalnymi elitami Ameryki. One też już właśnie miały naprawić swoje neoliberalne grzechy. Tylko przyszedł nie wiadomo skąd ten okropny Trump i wszystko popsuł.

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]