Reklama

Co po Trumpie?

Co po Trumpie?

w cyklu Woś się jeży
12.11.2020
Czyta się kilka minut
Czy w Ameryce przyszłości Republikanie wejdą w rolę lewicy broniącej lud przed globalizacją? A Demokraci okopią się na pozycjach konserwatywnych obrońców elit neoliberalnego kapitalizmu?
Wyborcy Josepha Bidena świętują jego wygraną w wyborach, Waszyngton 7 listopada 2020 r. Fot. ALEX EDELMAN/AFP/East News
A

Amerykańskie wybory prezydenckie wygrał Joe Biden. Biden jest Demokratą. Przegrał je zaś Donald Trump, Republikanin. Czyli (z grubsza) wygrała lewica, przegrała prawica. Dla poparcia jakaś tabelka dowodząca, że wśród ludzi z najniższymi dochodami wygrał Biden. Basta i koniec dyskusji. A może wcale nie koniec. Bo polityka to żywy organizm, który cały czas podlega zmianom. A w Ameryce ostatnich lat te zmiany zaczynają być fundamentalne. Efekt jest taki, że ani Republikanie, ani Demokraci nie są już dziś tym, czym się na pierwszy rzut oka wydają. Podobnie jest z Trumpem i Bidenem. Oraz z tymi, którzy przyjdą po nich w roku 2024, 2028 i później.

Reagan był kiedyś

Zacznijmy od Republikanów. Dominujące (nie tylko polskie) wyobrażenie na temat tego, czym jest i czego chce Grand Old Party, pochodzi mniej więcej sprzed… 40 lat. A konkretnie z czasów, gdy prezydentem USA był Ronald Reagan. Faktycznie, w tamtym okresie republikańska administracja, jej kongresowe zaplecze oraz szeroka sieć wspierających partię think-tanków wytworzyły dość spójną ideologię łączącą światopoglądowy konserwatyzm z ekonomicznym wspieraniem idei wolnego rynku oraz minimalnej ingerencji państwa w gospodarkę. W amerykańskiej tradycji filozoficznej ten eksperyment zyskał nazwę „fuzjonizmu”. Jego intelektualnymi prekursorami byli jeszcze przed erą Reagana neoliberalni ekonomiści tacy jak Friedrich von Hayek czy Milton Friedman oraz konserwatywni publicyści w stylu Franka Meyera czy Williama Buckleya juniora. Ideologia ta (co kluczowe) dość dobrze odpowiadała sporej części amerykańskiego biznesu. To wówczas Republikanie zyskali wielu nowych sojuszników w stylu miliarderów-libertarian braci Koch, którzy zaczęli stopniowo zastępować w roli głównych sponsorów partii nafciarsko-bankierski klan Rockefellerów (Nelson Rockefeller był nawet wiceprezydentem USA u Geralda Forda).

Reaganomika była kusząca dla biznesu również dlatego, że prócz podatkowych obniżek i deregulacji zapowiadała aktywne wsparcie dla rozprzestrzeniania idei wolnorynkowych na całym świecie w ramach reaganowskiej antykomunistycznej krucjaty. Była to oczywista przygrywka do globalizacji pod amerykańskie dyktando, która nastąpi już wkrótce po pokonaniu Związku Radzieckiego. Warto zwrócić jednak uwagę, że ten ostatni element (gotowość do wojskowego czy finansowego zaangażowania poza granicami kraju) była wręcz ostentacyjnym zerwaniem ze starą republikańską tradycją izolacjonizmu. Tradycją, która jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym rozbiła plan stworzenia pierwocin rządu światowego pod marką Ligi Narodów.

Historia nie stoi jednak w miejscu. Od czasów Reagana wiele się zmieniło – choćby to, że globalizacja zaczęła przynosić mieszkańcom Ameryki bardzo niejednoznaczne efekty.

A jednak nie skapuje

Owszem, w ciągu ostatnich czterech dekad powstała w USA licząca się kasta zwycięzców tego procesu. W pierwszej fazie zasilał ją przede wszystkim szeroko rozumiany sektor finansowo-ubezpieczeniowy, któremu globalna ekspansja pozwoliła na niespotykany rozrost. Tylko w latach 1980-2000 zyski tego sektora w USA zwiększyły się z 32 do 200 mld dolarów (czyli siedmiokrotnie!). A jego udział w amerykańskim PKB skoczył z 19 do 29 proc. Tej hossie położył kres kryzys roku 2008. Wówczas jednak siedziba prymusa globalizacji zaczęła się przenosić z Wall Street do Doliny Krzemowej. W konsekwencji to branża Big Tech (słynna FANGA czyli Facebook, Amazon, Netflix, Google i Apple) jest dziś miejscem, gdzie bije serce amerykańskiej gospodarki.

Jednocześnie te procesy nie przełożyły się na ogólną poprawę sytuacji pracującej Ameryki: zarówno samych pracowników, jak i tzw. Main Street, czyli sektora drobnych i średnich przedsiębiorstw. Przeciwnie: jeżeli w roku 1980 na dolną połowę amerykańskich gospodarstw domowych przypadało ok. 21 proc. całego PKB, to w roku 2015 było to już tylko 13 proc. W tym samym czasie udział górnego procenta najbogatszych urósł z 10 do prawie 20 proc. PKB. Słynne zdjęcie, na którym prezydent Reagan w towarzystwie najbliższych współpracowników śmieją się z czegoś jak mali chłopcy po opowiedzeniu sprośnego kawału, podpisane: „i wtedy powiedziałem im o teorii skapywania”, jest znane na całym świecie. Reagan, jak wiadomo, lubił powoływać się na „teorię skapywania”, dowodząc, że jeśli wzbogacą się najbogatsi, to skorzystają na tym również biedniejsi.

W reakcji na narastające poczucie porażki Reaganomiki w Partii Republikańskiej zaczęły się przesunięcia. Za pierwszy dzwonek alarmowy uchodzą wybory roku 1992 i porażka następcy Reagana George’a Busha seniora. Jedną z jej przyczyn okazał się atak, jaki przypuścili na niego Pat Buchanan (jeszcze na etapie republikańskich prawyborów) i miliarder Ross Perot. Obaj walczący pod sztandarem ochrony Ameryki przed skutkami wolnego handlu dla amerykańskiego przemysłu i miejsca pracy. Dekadę później błąd ojca próbował naprawić George Bush junior – dziś kojarzony głównie z awanturą iracką oraz wojną z terroryzmem. Niewielu pamięta jednak, że Bush nie był wcale kandydatem stuprocentowo wolnorynkowym. W 2002 roku wprowadził cła na import stali. Był to efekt obietnicy w obronie miejsc pracy w Pensylwanii, Zachodniej Wirginii i Ohio. Zniósł je rok później pod wpływem zmasowanej krytyki mediów. Co ciekawe, nie tych tradycyjnie prawicowych, lecz wyrażających punkt widzenia establishmentu: „New York Timesa” i „Wall Street Journal”.

Trumpizm jako oferta

Wszystko to była jednak ledwie przygrywka przed tym, co zrobił przed wyborami 2016 roku Donald Trump. Analizując na zimno jego kampanię sprzed czterech lat, widać najdalej idące odrzucenie reaganowskiego republikanizmu w dotychczasowej historii. Trump otwartym tekstem przekreślał pochwałę wolnego handlu, zapowiadając ochronę amerykańskich miejsc pracy przed outsourcingiem oraz nowe cła importowe. Obiecywał ograniczenie migracji zarobkowej, co przyniosło mu łatkę ksenofoba, cieszyło się jednak cichym poparciem organizacji pracowniczych, które od lat argumentowały, że przymykanie oka na migracje uniemożliwia w praktyce ochronę interesów pracującej Ameryki. Trump nie mówił też nic o tym, że „rząd federalny to bestia, którą trzeba zagłodzić”, ani o tym, że deficyt budżetowy jest wielkim nieszczęściem, z którym trzeba sobie poradzić choćby kosztem cięcia do kości wydatków publicznych.

Oczywiście, krytycy Trumpa starali się to przedstawiać w zupełnie innym świetle. Na każdym kroku szydzili z jego antyelitaryzmu, dowodząc, że jako człowiek bogaty z definicji jest częścią establishmentu. Niby logiczne. Z drugiej jednak strony, nawet sam Trump mówił, że gdyby był biedakiem, to nigdy nie mógłby rzucić wyzwania establishmentowi. Także swojej własnej partii. Podobny wniosek płynie z lektury nowej książki „Never Trump”, w której politolodzy Robert Saldin i Steven Teles pokazują, że żaden nominat Partii Republikańskiej w najnowszej historii nie był tak mocno zwalczany przez establishment swojej własnej partii (były prezydent Bush oraz kandydat z roku 2008 John McCain to tylko najbardziej znane przykłady republikańskich antytrumpistów). Jednocześnie żaden kandydat w najnowszej historii nie zdobył tak dużego poparcia w partyjnych prawyborach (gdzie głosuje baza) jak właśnie Donald Trump. Podobnie było z biznesowymi patronami Republikanów, choćby ze wspomnianymi już braćmi Koch. „Zwolennicy globalizacji bracia Koch stali się pośmiewiskiem wśród prawdziwych Republikanów. Nie potrzebuję ani ich pieniędzy, ani ich złych pomysłów” – tweetował w swoim stylu Trump. Już jako prezydent w roku 2018.


Wybory prezydenckie w USA 2020: serwis specjalny


 

Rzecz jasna istnieje spora niespójność pomiędzy agendą polityczną Trumpa z kampanii 2016 roku i Trumpem z lat 2017-2020, gdy już zasiadał w Białym Domu. Warto zwrócić uwagę, że jedyną spełnioną obietnicą była próba prowadzenia polityki ochrony amerykańskich miejsc pracy oraz przemysłu poprzez wprowadzenie ceł. Z wielu innych pomysłów ostały się tylko obniżki podatków dla biznesu. Czyli akurat ten element, który do starych reaganowskich wzorców pasował. Dlaczego tak się stało? Pytani o to komentatorzy amerykańskiego życia politycznego mówią o bolesnym zderzeniu polityka pozbawionego własnej bazy (także wewnątrz swojej partii) z machiną polityczną. Wzięli od niego tylko to, co im się podobało. A w innych tematach zostawili na pastwę politycznych przeciwników.

Restauracja kontra odwrócenie

W konsekwencji po czterech latach Trump odchodzi. Ale czy odejdzie także Trumpizm? To bardzo ciekawe pytanie zadał niedawno weteran amerykańskiego dziennikarstwa politycznego Nicholas Lemann, szkicując w odpowiedzi (na łamach „New Yorkera”) dwie drogi. Jedną nazywa „restauracją”. To sytuacja, w której Republikanie budzą się z Trumpizmu jak ze złego snu i wracają do swoich reaganowskich korzeni. Ale jest i drugi scenariusz, który można nazwać „odwróceniem”. To sytuacja, w której Republikanie wiedzą, że w całej swojej bufonadzie i szaleństwie Trump zauważył coś, czego partia (być może z powodu swojego odklejenia od zwykłej Ameryki) nie potrafiła dostrzec. To lekcja, z której wynika, że miejsce zajmowane od lat 30. XX wieku (czyli od Rooseveltowskiego „Nowego Ładu”) aż do mniej więcej końca zimnej wojny przez Demokratów jest puste. To zwykła Ameryka. Przaśna, nieudolna, nieprzystosowana, przerażona, poraniona, wzgardzona. To Ameryka różnych kolorów, nie tylko biała. To Ameryka młoda. Ameryka bez perspektyw. Ameryka, która ma dość pouczania przez zamożne, snobistyczne i zimne elity. Ameryka ludowa. Zdaniem Lemanna w partii Republikańskiej nie ma dziś konsensu, w którą stronę pójść. Opcja trumpowsko-ludowa jest jedną z rozważanych.

A Demokraci? Oczywiście oni także są ważni w tej układance. W ostatnich czterech latach postawili na antyTrumpizm. Nie zmienia to jednak faktu, że odpowiedź na pytanie „kogo reprezentujemy?” ciągle przed nimi. Analizując na zimno ich ostatnie posunięcia, wygląda na to, że zmierzają raczej w kierunku przeciwnym niż Republikanie. Fakt, że w prezydenckim wyścigu o partyjną nominację wygrał Joe Biden (a pokonani zostali uważany za „socjalistę” Bernie Sanders i zwolenniczka demonopolizacji gigantów Big Tech Elisabeth Warren), mówi wiele. To logiczne ukoronowanie procesów, które dzieją się w Partii Demokratycznej od trzech dekad. Rozpoczęły je rządy Billa Clintona, które były oczywistym zaprzeczeniem polityk lewicowych. To z inicjatywy Demokratów rozmontowano cały szereg instytucji państwa dobrobytu ustanowionych przez tych samych Demokratów w latach 60. Czasy Clintona to także deregulacja gospodarki (w tym sektora bankowego) oraz obniżki podatków. Z Bidenem jako politykiem aktywnie wspierającym tamten kurs.


WOŚ SIĘ JEŻY – autorska rubryka Rafała Wosia co czwartek w serwisie "Tygodnika Powszechnego"


 

Kontynuacja tych procesów to także dwie kadencje Baracka Obamy (z Bidenem jako wiceprezydentem). Tu bilans nie jest aż tak jednoznaczny jak u Clintona. Zwolennicy będą pewnie wskazywali na próbę poszerzenia publicznej opieki zdrowotnej. Krytycy podniosą jednak fakt, że dwie kadencje Obamy to przede wszystkim niewykorzystana okazja do głębszej reformy amerykańskiego kapitalizmu. Zwłaszcza po szoku, jakim był kryzys finansowy roku 2008. A może nawet przejawem podejrzanie dużej wrażliwości administracji Obamy na argumenty lobbystów sektora finansowego przy okazji uchwalania pokryzysowych (ostatecznie mocno rozwodnionych) regulacji dla Wall Street.

To ważne również w kontekście struktury sponsorów Partii Demokratycznej w ostatnich dekadach. Od czasów Clintona aż do Obamy (rok 2008) donatorzy z branży finansowej chętniej wspierali Demokratów. Po przerwie w 2020 roku Biden znów zebrał od tego sektora więcej pieniędzy niż kandydat Republikanów. Ta przewaga jest jeszcze wyraźniejsza, jeśli spojrzeć, dokąd płyną pieniądze (oraz wyrazy poparcia) Doliny Krzemowej. Płyną one także od amerykańskich miliarderów, z których 23 przekazało donację Bidenowi (na sumę 2,3 mln dol). Trumpa poparło tylko 10 z nich (niecały milion).

Te wyliczenia niczego oczywiście nie przesądzają, bo polityka to proces dynamiczny. Pamiętajmy jednak, że zmiana miejsc w amerykańskiej polityce nie byłaby niczym kompletnie nowym. Dość powiedzieć, że gdy wybuchała w USA wojna secesyjna, Republikanie prezydenta Lincolna byli postępowymi wyrazicielami politycznego interesu wielkomiejskiego Wschodniego Wybrzeża. Demokraci zaś ostoją konserwatywnych plantatorów z amerykańskiego Południa.


Marta Zdzieborska z Nowego Jorku: Mało kto się spodziewał, że trzymający w napięciu spektakl zacznie się długo po wyborach: zliczanie ostatnich głosów w kilku zaledwie stanach.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz ekonomiczny, laureat m.in. Nagrody im. Dariusza Fikusa, Nagrody NBP im. Władysława Grabskiego i Grand Press Economy, wielokrotnie nominowany do innych nagród dziennikarskich, np...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Co po Trumpie? Po Trumpie Fort Trump - oto on: https://youtu.be/7pNk6x7Gu6c
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]