Zielony Ład i szara strefa

Premier Morawiecki zakładał, że grożąc wetem uzyska lepszą pozycję podczas targów nad budżetem UE. Wypisując się na starcie z ekologicznych zobowiązań ryzykuje jednak coś więcej.
Czyta się kilka minut
Premier Mateusz Morawiecki na szczycie Unii Europejskiej, Bruksela, 13 grudnia 2019 r. / Fot. Radek Pietruszka / PAP /
Premier Mateusz Morawiecki na szczycie Unii Europejskiej, Bruksela, 13 grudnia 2019 r. / Fot. Radek Pietruszka / PAP /

Dyskusje nad strategicznymi decyzjami w sprawie ograniczenia skali zmian klimatycznych oznaczają wieloletnie wysiłki na rzecz przestawienia gospodarek i rozlicznych aspektów codzienności setek milionów ludzi. Krzyżujące się interesy generują chaos sprzecznych opinii i interpretacji. Z fizyką i nauką o klimacie się nie dyskutuje, ale makroekonomia, globalne finanse, strategie rozwojowe, zmiany obyczaju i wzorców konsumpcji to obszary, gdzie nikt nie może sobie rościć prawa do ostatecznej racji. Co jest ambitne i dalekowzroczne, a co jest szkodliwą utopią? Jak sprawiedliwie wyważyć obciążenia? Jaką wspólną miarę przyjąć dla krajów w tak różnej sytuacji jak np. Niemcy i Bułgaria?

Ostatnie dni przyniosły kilka niejednoznacznych sygnałów w tych sprawach: Komisja Europejska na początek urzędowania wyłożyła na stół założenia Nowego Zielonego Ładu. Wśród najważniejszych celów jest – ambitniejsze niż dotąd zakładano – zredukowanie emisji CO2 do 2030 r. (50–55 proc. zamiast 40), a także tzw. pełna neutralność klimatyczna do 2050 r. Kilka dni potem kwestia tego ostatniego zobowiązania stanęła na szczycie przywódców państw unijnych i spotkała się ze sprzeciwem Polski, który sprytnie ominięto, przyjmując jednomyślne zobowiązanie dla całej Unii z zastrzeżeniem, że jeden kraj nie jest na to gotowy. Co wcale zresztą nie oznacza, że Polska załatwiła sobie zwolnienie z np. wymogów redukcji emisji do 2030 r., które wkrótce Komisja zacznie wdrażać w ramach wspomnianego ładu.

Ten zielony pośpiech można wyjaśnić m.in. potrzebą wizerunkowego sukcesu nowej unijnej egzekutywy. Chodziło o to, by UE mogła zaznaczyć swoją czołową rolę podczas trwającego równolegle w Madrycie szczytu COP 25 poświęconego implementacji porozumień paryskich. Który to szczyt nie przyniósł rezultatów. Nie udało się m.in. doprecyzować zasad globalnego systemu handlu emisjami.

Trudno dociec, jak potoczą się dalej rozmowy i działania w skali globu. W skali europejskiej jest jasne, że rozwiązania Zielonego Ładu nabiorą wkrótce ciała. Premier Morawiecki zakładał, że grożąc wetem uzyska lepszą pozycję, by w ramach prac nad budżetem wytargować korzystniejsze zasady wsparcia finansowego dla – niewątpliwie kosztownej – transformacji polskiej energetyki i gospodarki. To prawda: bez wielkich pieniędzy z Unii Polsce nic się nie uda – chociaż na razie nasz rząd nie przedstawił przygotowywanej w bólach od paru lat strategii energetycznej z konkretnymi wyliczeniami. Ale wypisując się na starcie z tak istotnego zobowiązania, ryzykujemy, że stracimy w ogóle wpływ na to, jak te hipotetyczne fundusze zostaną ustalone i podzielone. Jedyna nadzieja Morawieckiego (i wielu jego wyborców) w tym, że większość krajów unijnych tylko udaje determinację w dążeniu do neutralności klimatycznej. Greta Thunberg przy okazji madryckiego fiaska mówiła: „największym zagrożeniem nie jest bezczynność, lecz to, gdy politycy i prezesi pozorują realne działania, podczas gdy prawie nic się nie dzieje poza sztuczkami księgowymi i kreatywnym PR-em”.

W swoich pokerowych zagrywkach premier przegapił ważną rzecz: działania na rzecz klimatu są kolejnym ćwiczeniem z unifikacji. Być może równie głębokim, jak proces akcesji poszczególnych krajów do Unii, który też nieraz wydawał się niemożliwy z racji ogromu zmian ustrojowych, prawnych i mentalnych. W ubiegłym tygodniu, przy okazji szczytu Rady Europejskiej, Polska dała sygnał, że tak jak było ją stać na tamten wielki wysiłek z przełomu tysiącleci, tak teraz – przynajmniej na razie – uważa, że szkoda zachodu.

Szkoda nas na Zachodzie.                       ©℗


CZYTAJ WIĘCEJ:

KRYZYS KLIMATYCZNY  ZOBACZ SERWIS SPECJALNY >>>

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 51/2019