Zacięta machina systemu

Po przejęciu władzy talibowie borykają się ze stworzeniem funkcjonującego państwa.

Reklama

Zacięta machina systemu

Zacięta machina systemu

z prowincji Kabul (Afganistan)
04.10.2021
Czyta się kilka minut
Po przejęciu władzy talibowie borykają się ze stworzeniem funkcjonującego państwa.
W dystrykcie Surobi talibowie walczyli od lat i musieli nieustannie ukrywać się przed dronami i nalotami. Teraz wyszli z kryjówek i stali się władzą, wrzesień 2021 r. paweł pieniążek
T

To raptem kilkadziesiąt domów, szkoła, a przed nią nieduży sklep spożywczy w blaszanej budzie. Do wsi Kas Mirali Chel wiedzie wyboista droga gruntowa, po której zwykły samochód osobowy przedziera się z pewnym trudem. Ciężko uwierzyć, że wieś położona jest całkiem niedaleko od jednej z najbardziej ruchliwych tras w Afganistanie – tej łączącej stołeczny Kabul z miastem Dżalalabad, stolicą prowincji Nangarhar we wschodniej części kraju.

Choć formalnie Kas Mirali Chel od lat było pod kontrolą władz w Kabulu, w rzeczywistości była to strefa niczyja. Wieś znajdowała się za ostatnim posterunkiem sił rządowych, a przed pierwszym posterunkiem talibów. Na szczęście na obu stali ludzie pochodzący z tej okolicy i nie pałali do siebie szczególną nienawiścią. Znali się, czasem nawet rozmawiali ze sobą przez krótkofalówki. Może dlatego w samej wsi nie dochodziło do walk. Groźba starcia wisiała jednak nieustannie w powietrzu.

– Mieliśmy poczucie, że walki mogą wybuchnąć w każdej chwili, i że jeśli tak się stanie, stracimy nasze dzieci i domy – mówi 21-letni Mahmud Wali, właściciel sklepu w Kas Mirali Chel.

Sytuacja miała się zgoła inaczej za posterunkiem talibów. Stamtąd dochodziły złowieszcze odgłosy walk, które potęgowało echo niosące się wśród wzgórz. Szczególnie gdy talibów atakował dron czy samolot.

Znajdując się między zwaśnionymi stronami, nie tak łatwo było się zdecydować, po której stronie stanąć. 26-letni Mohammad Bilal nie miał jednak wątpliwości. Niemal pół roku temu przystąpił do Narodowego Dyrektoriatu Bezpieczeństwa, czyli służby bezpieczeństwa i agencji wywiadowczej. – Wybrałem stronę rządową, bo za nią stał system. Widziałem tam przyszłość – mówi dziś Bilal.


26-letni MOHAMMAD BILALbył pracownikiem Narodowego Dyrektoriatu Bezpieczeństwa – służby bezpieczeństwa i agencji wywiadowczej. Teraz nie obawia się talibów, tylko bezrobocia, wrzesień 2021 r. fot. Paweł Pieniążek

Obstawił nie tę stronę. Po czterech miesiącach jego służby rząd w Kabulu upadł, a władzę w kraju przejęli talibowie. – Teraz oni stali się systemem – mówi Bilal.

Pozostawiony w spokoju

Mężczyzna stoi przy sklepie, a obok kręcą się talibowie. Nie wydaje się tym przejęty. A już na pewno nie jest przestraszony, że jego niedawna historia może wyjść na jaw.

– Oni wiedzą, czym się zajmowałem – mówi Bilal.

W dodatku obok niego stoi kuzyn, który twierdzi, że przez 20 lat był komandosem w armii rządowej. Większość czasu miał spędzić w sąsiedniej prowincji Logar.

Dwaj mężczyźni nie sprawiają wrażenia, jakby się ukrywali. Natomiast talibowie wydają się nie robić sobie nic z tego, że tamci kręcą się bezkarnie ani że udzielają wywiadu mediom. Jak twierdzi Bilal, większości jego znajomych, szeregowych pracowników służb państwowych, nie spotykają żadne problemy. Tylko część z nich musi się ukrywać, a jeszcze inni wyjechali.

Bilal nie tylko nie obawia się o własne bezpieczeństwo, ale wręcz podkreśla, że nareszcie zapanował spokój. Dopóki wieś znajdowała się między skonfliktowanymi stronami, ciągle obawiał się, że talibowie zrobią mu krzywdę. Na przykład że wyciągną go z samochodu albo porwą z domu. Po zapadnięciu zmroku lepiej było nie wychylać się poza własne cztery ściany.

Gdy ci, którzy za te incydenty odpowiadali, przejęli władzę w kraju, porachunki we wsi jakby automatycznie zostały wyrównane.

Państwowiec

Bilala martwi jednak co innego: perspektywa bezrobocia i malująca się ponuro przyszłość. – Wcześniej byłem sierżantem w Dyrektoriacie Bezpieczeństwa, teraz nie mam pracy – mówi.

Za poprzedniej władzy sytuacja również nie była kolorowa. Kraj był nękany biedą, korupcją i nepotyzmem. Zresztą sam Bilal wie o tym najlepiej. Po ukończeniu licencjatu z prawa na jednym z prywatnych kabulskich uniwersytetów musiał wrócić do swojej wsi – miał dosyć ciasnego mieszkania, w którym musiał żyć wraz z żoną i dwójką dzieci, bo nie mógł się nigdzie przebić. Machnął na to ręką. Wolał przestronny dom rodzinny.

Mimo tych niedostatków, za poprzedniej władzy mógł coś zakładać. Nawet jeśli była to tylko obietnica stałej pracy, a tym samym w miarę regularnie spływającej pensji na jego konto.

Co się zmieniło w jego życiu po przyjściu talibów? – Moje plany legły w gruzach i nie mam pojęcia, co mnie czeka – mówi.

Jeden system odszedł, ale drugi jeszcze nie powstał. Tymczasem dla Bilala istnienie systemu jest najważniejsze. On daje poczucie stabilności i wobec niego chce pozostać lojalny.

– Jak Bóg da, nowe władze będą mnie potrzebowały i wrócę do pracy. Nie ma znaczenia, kto rządzi, chcę służyć naszemu krajowi – dodaje.

Żołnierz w kolejce

Dzień przed tym, jak spotkałem Walego i Bilala, po trasie szybkiego ruchu – tej biegnącej w pobliżu Kas Mirali Chel – jechał 30-letni Amin Chan. Wybrał się ze swojej wsi w prowincji Nangarhar do stolicy, żeby wypłacić pieniądze z banku.


Paweł Pieniążek, korespondent „TP” z Afganistanu: Młodzi Afgańczycy nie pamiętają lat 90., często nie widzieli taliba na oczy. Dziś powtarzają, że ich marzenia zostały rozbite w pył, że nie mają już przyszłości. Ale dla części społeczeństwa kluczową wartością jest bezpieczeństwo, nawet za cenę wolności. Słuchaj rozmowy w Podkaście Powszechnym 


Do przejęcia władzy przez talibów Amin przez pięć lat służył w afgańskiej armii. Właśnie ostatni żołd wpłynął na jego konto. Wynosił 20 tys. afgani (równowartość 900 zł). To pieniądze, za które on, czterech braci, cztery siostry, dwie matki, ojciec, żona i dwójka dzieci mogą przeżyć miesiąc, a nawet dwa. Tylko on miał stałe zatrudnienie. Reszta rodziny uprawiała ziemię na własne potrzeby, co w połączeniu z jego zarobkami pozwalało najadać się im do syta.

– Bez mojej pracy trudno będzie się nam utrzymać – mówi Amin.

Podobnie jak dla Bilala, w kraju rządzonym przez talibów to bezrobocie, a nie nowe władze jest jego głównym zmartwieniem.

– Nie boję się ich. W końcu powiedzieli, że wszystkim wybaczają – ma nadzieję Amin.

Wątpi jednak, aby pozwolili mu znowu służyć. Dlatego zastanawia się, co ma teraz robić. Jest gotowy zaakceptować każdą pracę, do której ktoś zgodzi się go przyjąć.

Amin Chan musiał wyjechać z domu o świcie. Normalnie wypłacał pieniądze w oddalonym o godzinę drogi od jego wsi Dżalalabadzie, ale tam oddział banku jest zamknięty. Dlatego wybrał się dzieloną taksówką do Kabulu. Łącznie droga zajęła mu trzy i pół godziny.

Gdy go spotkałem, stał przed bankiem od sześciu godzin. Strażnicy przed wejściem sporadycznie wpuszczali kogoś z tłumu. Co jakiś czas, aby rozproszyć zebranych, rzucali się na nich z biczami. Na tych, którzy znaleźli się w zasięgu, zamachiwali się z dużą siłą. Chan stał z boku, więc uniknął chłosty.

Bank wkrótce miał zostać zamknięty, a były żołnierz miał coraz mniejsze złudzenia, że tego dnia dostanie się do środka. – Nie sądzę, by dzisiaj udało mi się wypłacić pieniądze. Mam nadzieję, że zrobię to jutro – mówił Chan.

Nie miał gdzie nocować, więc planował przespać się gdzieś na ulicy, bo nie stać go na hotel. Noce w Kabulu na szczęście były jeszcze względnie ciepłe. Chan zamierzał przyjść następnego dnia rano, żeby być przed bankiem jako jeden z pierwszych.

Zeszłoroczne przychody

20 tys. afgani lub 200 dolarów – to tygodniowy limit wypłat z banków. Został wprowadzony po tym, jak Afgańczycy zaczęli masowo wypłacać pieniądze ze swoich kont, gdy w sierpniu talibowie rozpoczęli zwycięską ofensywę. Dzisiaj wiele banków nie ma już pieniędzy w gotówce, a cały sektor bankowy chyli się ku upadkowi.

Owszem, taki tygodniowy limit to dla przeciętnego Afgańczyka wysoka kwota, która wystarcza – jak w przypadku Chana – na tygodnie. Inaczej ma się jednak kwestia z większymi przedsiębiorcami, których środki zostały zamrożone, blokując ich zdolności do działania, tym samym grożąc załamaniem afgańskiej gospodarki.


30-letni AMIN CHAN od sześciu godzin stoi przed jednym z otwartych banków w Kabulu. Kilkudziesięciu mężczyzn próbowało dostać się do środka, by wypłacić pieniądze. fot. Paweł Pieniążek

– Tylko w ciągu miesiąca państwo straciło miliardy afgani – mówi mi wysoko postawiony pracownik Banku Centralnego Afganistanu. – Obecne władze wydają zeszłoroczne przychody, ale co zrobią z budżetem na kolejny rok?

Mężczyzna prosi o zachowanie anonimowości, więc na potrzeby artykułu przedstawia się jako Sultanzaj.

Według danych Banku Światowego wcześniej aż 40 proc. afgańskiego budżetu stanowiły pieniądze z pomocy zagranicznej. Obecnie praktycznie całe wsparcie zostało wstrzymane. Ponadto aktywa Banku Centralnego Afganistanu – o wartości ok. 9,5 mld dolarów, znajdujące się za granicami kraju, w znacznym stopniu w Stanach Zjednoczonych – zostały zamrożone. Jak pokazuje praktyka Iranu, takie środki mogą być blokowane przez dekady.

Problemem jest jednak także sytuacja gospodarcza w samym kraju. Podatki – niezależnie od rozmiaru przedsiębiorstwa – nie są ściągane. Nikt z kraju ani zagranicy nie inwestuje środków, bo sytuacja jest niepewna. Z tego samego powodu słabnie popyt wewnętrzny, a dobija go dodatkowo wstrzymanie pensji wielu pracowników i rosnące bezrobocie.

Wreszcie, znacznie ograniczono przewóz towarów przez granice z sąsiednimi krajami, a przez to skurczyły się wpływy z cła. W zasadzie większość wpływów państwa pochodzi obecnie z podatku dochodowego od pracowników sektora publicznego – tych, którzy wciąż otrzymują regularnie pieniądze.

Reset nie nastąpił

Choć kwestie gospodarcze będą najbardziej dotkliwe dla Afgańczyków, to – jak uważa Sultanzaj – problem jest szerszy.

– System padł i nie nastąpił jego reset – mówi.

Jako przykład podaje Bank Centralny, w którym wciąż pracuje. Od zmiany władzy w kraju instytucja działa na pół gwizdka. Zarząd i rada nadzorcza banku to obecnie ludzie, których Sultanzaj określa mianem niewykwalifikowanych i niedoświadczonych. Jak dodaje, na szczęście przynajmniej część decyzji podejmują w konsultacji z pracownikami z wieloletnim stażem.

– Kierownictwo i rada banku to ludzie, którzy nie mają doświadczenia w bankowości, tylko w walce – mówi Sultanzaj. – Nie potrafią czytać ani pisać, znają tylko język przemocy. Czego pozytywnego możemy się po nich spodziewać?


Reportaże i korespondencje Pawła Pieniązka, analizy Wojciecha Jagielskiego, wiadomości i podkasty. Czytaj nasz serwis specjalny poświęcony sytuacji w Afganistanie


Kobiety, który stanowiły mniej więcej jedną piątą personelu Banku Centralnego, usłyszały, że mają nie przychodzić już więcej do pracy. Niektóre z nich pełniły funkcje kierownicze. Dodatkowo od 10 do 20 proc. pracowników wyjechało z kraju lub przestało stawiać się w pracy. Jak twierdzi Sultanzaj, reszta została nie dlatego, że nie chciała wyjechać z Afganistanu, tylko dlatego, że nie miała ku temu okazji.

– Jeśli nie utrzymają naszych pensji na obecnym poziomie, będę pierwszą osobą, która wyjedzie. Wielu z nas tak myśli. A to przecież jasne, że będą musieli obciąć pensje, bo nie będzie pieniędzy – mówi. – Spędziłem lata na nauce na prestiżowych uniwersytetach. Sprawdzam, jakie są możliwości.

Bez odpowiedzi

To, że reset systemu nie nastąpił, widać też w dzielnicy rządowej w Kabulu. W połowie września – czyli miesiąc po przejęciu władzy przez talibów – wraz z inną dziennikarką odwiedziłem trzy ministerstwa.

Do Ministerstwa Edukacji próbowaliśmy się dostać dzień po tym, jak jego kierownictwo wydało oświadczenie, że dziewczyny nie będą mogły kontynuować nauki w szkołach średnich. Na rozległym terytorium nie było jednak nikogo, kto mógłby udzielić informacji na temat działań ministerstwa. Strażnik powiedział, że dopiero spotykają się dyrektorowie poszczególnych departamentów i instytucja wciąż nie działa.

W Ministerstwie Spraw Zagranicznych spotkał nas pracownik zatrudniony jeszcze przez poprzednią ekipę. Widać, że dopiero niedawno zaczął zapuszczać brodę. W jego oczach malował się strach. Chciał jak najszybciej zniknąć z naszego pola widzenia. Powiedział, żebyśmy skontaktowali się ze służbą prasową, i podał numer telefonu (jak się potem okazało, zły). Na odchodnym powiedział, że chce stąd wyjechać, ale trzymają go jako zakładnika. Nim zdążyliśmy zapytać, co ma na myśli, skręcił w jeden z korytarzy.

Ostatecznie okazało się, że tylko minister może udzielać komentarzy mediom, ale nie było go w budynku. – Nie bądźcie rozczarowani. To dopiero początek – powiedział strażnik, gdy opuszczaliśmy teren tego urzędu.

Z kolei w Ministerstwie Finansów strażnik od razu powiedział nam, że kobieta nie może wejść. Mimo że, podobnie jak ja, była akredytowana przez talibskie już Ministerstwo Informacji i Kultury, co uprawniało ją do pracy na terenie Afganistanu.

Afganki, które próbowały się tam dostać, też nie zostały wpuszczone. Gdy chcieliśmy porozmawiać z jedną z nich, podszedł do nas strażnik i powiedział: – Jeśli to zrobicie, stanę się dla was najgorszą osobą na świecie.

Spod Ministerstwa Finansów także odeszliśmy z niczym.

Typowy proces

Brak kadr wydaje się obecnie największym problemem, z którym mierzy się Afganistan pod rządami talibów. Z czego nowe władze chyba zdają sobie sprawę – zapraszają bowiem byłych pracowników do podjęcia na nowo pracy. Wydzwaniają nawet do lepiej przeszkolonych funkcjonariuszy Narodowego Dyrektoriatu Bezpieczeństwa i proszą, aby wrócili. A w więzieniach, w których talibów spotykały okropności, mają pracować dawni strażnicy. Na granicach lądowych bojownicy niezbyt radzą sobie z kontrolą paszportów. Znaleźli się nagle w świecie, którego dotychczas nie znali. Teraz już nie tylko muszą walczyć o sprawę, ale trzymać w ryzach całe państwo. To trudna i niewdzięczna praca.

W wiosce Kas Mirali Chel właściciel sklepu Mahmud Wali podchodzi do tego ze zrozumieniem. Jak dotychczas nie doszło tam do wielu zmian systemowych. – To typowy proces. Jak zmienia się władza, to wszyscy stajemy się bezrobotni – ocenia.

W głosie Walego nie słychać złości, irytacji czy rozczarowania. Wydaje się pogodzony z takim losem. Przynajmniej groźba wojny odsunęła się od jego wsi, a może i zupełnie zniknęła.©


21-letni MAHMUD WALI przed swoim sklepem. Wieś, w której mieszka, znajdowała się między posterunkami sił rządowych i talibów. fot. Paweł Pieniążek
Galeria zdjęć

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz, stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego". Relacjonował wydarzenia m.in. z Afganistanu, Górskiego Karabachu, Iraku, Syrii i Ukrainy. Autor książek „Po kalifacie. Nowa wojna...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Jeśli tak, to nie ma się czego obawiać, nie po to zdradzili i dogadali się z Talibami, by teraz się bać, nooooo gdyby był Hazarem, lub Tadżykiem zapewne sprawa byłaby inna. Niemniej nadzieja jednak jest, jeśli Talibowie rzeczywiście oprą się na systemie władzy ostatniego króla Afganistanu i dopuszczą do władzy na równych zasadach inne mniejszości etniczne, wtedy może zapanuje pokój, ale jeśli odpuści się Talibom, ot tak, na piękne oczy, to rychło mordy i czystki etniczne zaczną się od nowa. Biedaczyny Talibowie borykają się z tym, że są nienawykli do tego by liczyć się z czyimkolwiek zdaniem poza doradcami z Pakistanu, a by panował pokój muszą się dogadać z Tadżykami, Hazarami i Uzbekami (reszta niech wybaczy, ale mają już mniejszy wpływ na stabilność Afganistanu), przy czym Hazarowie to jeszcze level trudności wyżej, bo to szyici. Pasztunowie to niespełna 40 % kraju, a mają wielką ochotę by autorytarnie rządzić wszystkim pozostałymi.

jeszcze raz widzimy przykład jak łatwo się niszczy w imię "szczytnych" celów i jak trudno cokolwiek zbudować, zwłaszcza kiedy steru dopadnie niepiśmienny i głupi. Obyśmy z tego wyciągnęli naukę dla siebie - fachowiec jest na wagę złota niezależnie od płci, sympatii kościelnej czy politycznej i długości brody. Jak się tego nie rozumie to głód będzie jedynym nauczycielem.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]