Zabawa w pamięć

W tym roku rocznica wybuchu powstania listopadowego przypadła w sobotę. Nazajutrz w pierwszym serwisie informacyjnym radiowa Dwójka powiadomiła tę (mniejszą zapewne) część odbiorców, którzy poprzedniego dnia fakt przeoczyli, że w stolicy uczczono pamięć owej daty "rekonstrukcją" napadu podchorążych na Belweder. Inscenizacją - jednym słowem. Informacji towarzyszyły odtworzone okrzyki polskie i rosyjskie, ba, nawet strzały. Raz jeszcze powiedziałam sobie: co za szczęście, że tego nie oglądałam.
Czyta się kilka minut

Ogarnęła nas mania rzekomych rekonstrukcji dziejów. Ściągają pono tłumy na coroczne zwycięstwo polsko-litewskiej konnicy i piechoty pod Grunwaldem. Ale tam przynajmniej fetuje się autentyczne zakończenie. Kiedy natomiast mali goście Muzeum Powstania Warszawskiego mogą wcielić się w rolę swoich rówieśników przenoszących na zapleczu barykady meldunki, mają pewność, że je przeniosą szczęśliwie i dumnie, bo strzały tylko słychać z nagrań. Tak samo jest z owym atakiem na Belweder sprzed stu siedemdziesięciu dziewięciu lat. Już nawet nie chcę pytać, czy aby na pewno wiemy, którymi ścieżkami biegli wtedy podchorążowie i czy rosyjscy żołnierze, takie właśnie jak teraz słyszymy, wydawali okrzyki. Nie to jest ważne, tak jak i wierność mundurów powstańczych, być może starannie odtworzona. Istotna jest właśnie prawda historyczna: był to zaczątek zwycięstwa czy nie? Biegną tam przyszli tryumfatorzy czy przyszli przegrani? Zdobycie Belwederu - jakie to krzepiące. I może nieobyci z historią - a takich nas coraz więcej - gotowi z widowiska wracać z satysfakcją, skrzepieni odegraną sceną? Nikt im przecież nie zaproponuje dziś, choćby jako dalszego ciągu tej samej, ale już wiodącej głębiej refleksji, nowej inscenizacji "Nocy listopadowej" czy jeszcze mniej prawdopodobne - "Warszawianki"...

Niedawno, będąc u przyjaciół, odsłuchałam dziesięciolatka wyśpiewującego w sąsiedztwie całą serię piosenek patriotycznych. Od "Pierwszej brygady" i "Strzelców wraz" aż po ułanów pod okienkiem. Młody człowiek znał świetnie teksty i rytmy, ale melodie całkowicie ignorował, wykrzykując byle jak, z całkowitym zadowoleniem dla swego wykonania. A nikt z dorosłych nie ingerował, by ratować tradycję przed (mimowolną pewnie) karykaturą. Pomyślałam, że to nie jest przypadkowe. To jakby symbol. Nasza pamięć o dziejach, słusznie i szczęśliwie wyczulona, za często niestety zadowala się byle czym. Jest zabawą w pamięć. To gorzkie stwierdzenie, ale nie mogę się przed nim obronić.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 49/2009